III SIEMIANOWICKI BIEG ŚWIETLIKÓW

23 czerwca w Siemianowicach Śląskich odbędzie się III Bieg Świetlików. Zapisy trwają…

Trzecia edycja biegu, ponownie jak pierwsza i druga, odbędzie się w klimatycznym miejscu, w okolicach Stawu Rzęsa, a trasa poprowadzona będzie w okolicach pola golfowego i bażantarni.
Partnerem biegu jest Siemianowickie Centrum Kultury, a Festiwal Świetlików odbywa się pod patronatem Prezydenta Miasta Siemianowice Śląskie, Rafała Piecha.

Tym razem, załoga MK team zorganizuje nie bieg, a  FESTIWAL ŚWIETLIKÓW, a to oznacza, że przez cały dzień zapewnimy Wam liczne atrakcje. Nie zabraknie zawodów dla dzieci, animacji i warsztatów. Nowością będzie eliminacyjny bieg przełajowy na dystansie 700 m – POSKROMIĆ ŚWIETLIKA.

Zapraszamy na stronę zapisów:

ZAPISY  NA  5 i 10 KM – T U T A J

ZAPISY  NA POSKROMIĆ ŚWIETLIKA (eliminacyjny bieg przełajowy na dystansie 700 m) – T U T A J 

ZAPISY NA BIEG DZIECI – T U T A J

ZAPISY NA BIEG „POSKROMIĆ ŚWIETLIKA” –  T  U  T  A  J

FERIE ZIMOWE W ANDALO

Paganella Ski czyli ferie zimowe we włoskim Andalo 🙂

Zapraszam do małej galerii 🙂
 Read more

ZAMIEĆ NA SZÓSTKĘ

Zamieć – 24h ultramaraton zimowy na Skrzyczne. Bieg w stylu anglosaskim, odbywający się po 14 km pętli. Słynie ze świetnego jedzenia, wspaniałych wolontariuszy, świetnej atmosfery. To tylko kilka suchych faktów. Co ma w sobie ten bieg tak naprawdę? Co w nim jest takiego, że jest niczym herpeswirus – raz załapiesz i już nie uwolnisz się do końca życia. Dlaczego to ,,bieganie po pętli” tak przyciąga?

            Zachorowałam na Zamieć rok temu. Brnąc w śniegu o konsystencji proszku zrobiłam tylko trzy pętle, męcząc się przy tym niemiłosiernie. Zamieć w 2017 roku poniżyła mnie, wyśmiała i ogólnie miałyśmy ze sobą na pieńku. Zakochałam się w niej i znienawidziłam równocześnie. W tym roku wszystko miało wyglądać inaczej i choć nie była ona moim głównym sportowym celem, a takim trochę romansem na boku, chciałam ją pobiec przyzwoicie – czyli co najmniej 4 pętle , mało odpoczywać w bazie, w żółwim tempie, ale do przodu, zrobić jak najdłuższy dystans, przy okazji nie robiąc sobie krzywdy.

            Rano w Szczyrku przywitała nas wiosna. Było kilka stopni na plusie, w prawdzie zachmurzone niebo, ale co jakiś czas przebijało się Słońce. Odebrałam pakiet startowy, zaczęłam się witać ze ,,znajomymi twarzami”. W między czasie , o 11ej wystartowała Zadyma i odbyła się odprawa dla Zamieci.

            W samo sobotnie południe wystartowaliśmy. Pierwszy kilometr po Szczyrku, płaski, po asfalcie, bez śniegu, lodu i mrozu to był pikuś, a nawet Pan Pikuś. Wszyscy po drodze wspominali, że na pewno w tym roku rekord trasy będzie , itp. Spacerujący mieszkańcy robili nam zdjęcia i machali do nas. Miło i sympatycznie. Zaczęło się podejście. Jak to zwykle na pierwszej pętli bywa, utworzyła się kolejka tuż przed wejściem między drzewa. Część ludzi przeciska się na łeb na szyję miedzy drzewami…uśmiecham się pod nosem. To jak przeciskanie się samochodem w korku, zyskujesz tylko kilka metrów, a zmęczysz się, zirytujesz…zapłacisz wysoką cenę na następnych kilometrach. Nie gnam, nie spieszy mi się. Chłonę atmosferę, przepuszczam cisnących mocniej zawodników. Po pokonaniu pierwszego podejścia trasa trochę się wypłaszcza, żeby za chwile poczęstować nas bardzo stromym i ciągnącym się w nieskończoność podejściem z piekła rodem. To mój najbardziej znienawidzony odcinek. Na każdej pokonanej pętli sobie dodawałam, że jak tylko skończy się to podejście, to już z górki będzie. Chociaż oczywiście tak nie jest. Wspinamy się dalej po mniej lub bardziej stromych zboczach góry, w niektórych miejscach dosłownie balansując nad przepaścią. Widoki wszystko wynagradzają. Po drodze zmieniają się pory roku – z wiosny – błotnista jesień, z żółtymi liśćmi , pachnąca ziemią , mchem i grzybami, nieoczekiwanie zamieniająca się w zimę – lód, a potem śnieg. Pełen przegląd nawierzchni. To spore wyzwanie dla biegaczy – jakie buty, jaki bieżnik, czy już zakładać raki, czy jeszcze nie, a może w ogóle raki olać. Jeden z moich ulubionych odcinków – to grań. Już blisko, do schroniska rzut beretem , a widoki zapierające dech.

Chmury przetaczające nad szczytem, prześwitujące słońce. Coś absolutnie pięknego. Na trasie pętli są tylko dwa krótkie odcinki, gdzie trasa ( góra/dół) się ze sobą skleja i można przybić piąteczke znajomym szybszym, lub wolniejszym – na samym dole przy starcie/mecie i na samej górze przy schronisku. Od dołu ciągnie powoli zastęp biegaczy, wspinający się do schroniska. Kontrastują oni z lecącymi w dół zawodnikami, zaczynającymi zbieg. W tym roku chipy ,,ukryte” były w numerach , na przodzie i tyle zawodnika. Żeby zaliczyć pętle, trzeba było odbić swój nr na górze – tj. znaleźć się pomiędzy czytającymi go ekranami. Organizatorzy, żeby ułatwić nam zadanie, ustawili na tarasie schroniska krzesło, które trzeba było obejść dookoła, żeby mieć pewność, że jesteśmy zczytani. Tym samym Zamieć w tym roku była biegiem ,,dookoła krzesła” 😉

Nie zabrakło niezastąpionego kciuka w górę dla każdego od chłopaka obsługującego punkt kontrolny. On zapewne ćwiczy to cały rok, bo spróbujcie tak robić przez 24h i jeszcze się uśmiechać. Przecież twarz musi go potem boleć przez miesiąc. Podziwiam go i chylę czoła.


                                                                                                                                     

fot. ULTRA LOVERS JACEK DENEKA

Zaczyna się zbieg. Zakłam raki, raki, z którymi przeprosiłam się w tym roku i rzucałam podziękowania w niebo, za ich zabranie. Bez raków zginęłabym marnie na tych stromych i wyślizganych zejściach. Na pierwszej pętli to jeszcze nie, ale na następnych został chyba pobity rekord Guinessa w najdłuższej ślizgawce na świecie. Ciągnęła się od schroniska na Skrzycznem do …prawie do końca strefy zimy. W tym roku miejsca oznaczone jako niebezpieczne ( POZOR !!!), naprawdę były niebezpieczne. Za to strefa jesień, wiosna pozwalały na swobodny i lajtowy bieg – jak po czerwonym dywanie. Po zaliczeniu pierwszej pętli, od razu poleciałam na drugą . Nadal byłam świeża, nie zmęczyłam się za bardzo. Przede wszystkim jak ognia chciałam uniknąć wchodzenia do bazy, będącej równocześnie punktem żywieniowym. To miejsce, to największa pułapka Zamieci. W bazie jest pyszne jedzenie, kawa, herbata, kanapki, ciasteczka, daktyle, pomarańcze, zupy, makaron, naleśniki(!). Jest ciepło, miło, wolontariusze stają na głowie, żebyś miał wszystko, czego zapragniesz, jest pełno fajnych ludzi, dodatkowo wszyscy są ,,z twojej bajki”, jest o czy pogadać. To jak oaza z on inclusive. Aż się łezka w oku kręci… Tyle że w bazie czas jakby przyspiesza, zmuszenie się do wyjścia z niej jest najtrudniejszym elementem Zamieci. Byłoby o tyle łatwiej, jakby były tylko banany i woda, orgi i wolontariusze nieprzyjemni, albo śpiący, jakby się tylko kopa w tyłek dostawało i na następną pętle. Ale nie, nie . Oni są jak najlepszy kumpel, mama i babcia równocześnie. Nie lubię ich za to 😀

Kolejne pętle już dużo luźniejsze. W Szczyrku zauważam, że mijam wesele i śmieję się sama do siebie, że w sumie takie wesele, to jak zawody ultra. Trzeba dobrze rozłożyć siły, odpowiednio pić i jeść, a i tak, możesz mieć słabszy dzień i może cie odciąć, możesz zaliczyć zgona albo się wywrócić, a możesz też bohatersko przetrwać do końca. No nic, biegnę dalej, a właściwie idę. Druga pętla jeszcze prawie w całości przy dziennym świetle. Przed  trzecią  znów opieram się pokusie wejścia do bazy ( ale twardzielka ze mnie), uzupełniam tylko wodę i wyruszam już w noc. W tym roku coś dziwnego zadziało się ze mną na robionych po ciemku pętlach. Byłam bardzo skupiona, zero muzyki. Ciągle sama ze sobą, góry i poruszanie się w grafitowej mgle, która pełzała po zboczach jak żywy organizm. Coś jakby wisiało w powietrzu, coś maiło się zaraz stać. Czułam cały czas lekki stan zagrożenia. Pilnowałam jedzenia i picia, nie forsowałam sił. Coś się czaiło w tej grafitowej ciemności, mrużyło ślepia, obserwowało, czekało…Utrzymanie takiej koncentracji przez kilkanaście godzin praktycznie ciągłego, i to forsownego ruchu, wysysa siły, niczym tasiemiec witaminę B. Zdarzały mi się omamy wzrokowe. No bo jak nazwać moje nagłe przerażenie, kiedy przy trasie nagle ,,zobaczyłam” brodatego pana, siedzącego na fotelu z biały lisem na kolanach ?! Oczywiście był to psikus zmęczonego umysłu, bo to ośnieżony korzeń sprawił takie wrażenie. Zmęczenie i lekki stan zagrożenia. Coś czaiło się w ciemności…Na imię tej bestii było Wichura. Zaczęło wiać około trzeciej w nocy. Rozhulało się na dobre rano. Nigdy nie biegłam w tak silnym wietrze. Podobno to było ,,tylko” 70 km/na godzinę, a dawało się we znaki na szczycie. Gdyby nie kolce, miałabym problem z utrzymaniem równowagi. Moja ostatnia, szósta pętla była pod znakiem tego piekielnego wiatru. Prawdziwa, bezlitosna, Jej Wysokość Zamieć.


 fot. ULTRA LOVERS JACEK DENEKA

W tym roku ukończyłam Zamieć na 8mym miejscu wśród kobiet, robiąc 6 pętli. Spędziłam na trasie prawie 23h. Posypałam się fizycznie na ostatnich dwóch pętlach. Uważałam na siebie , może nawet za bardzo – bo nie zaliczyć ANI JEDNEJ GLEBY na Zamieci to trochę wstyd 😉


fot. KAROLINA KRAWCZYK

A Ty, drogi czytelniku, czy byłbyś gotowy wyjść w noc i wichurę po zmęczenie i pułapki umysłu? Na ile pętli? Czy walczyłbyś całe 24h, czy uległ pokusom Bazy. Ryzykował na zbiegach, pędził jakby jutra nie miało być, czy schodził powoli w dół, katując mięśnie ud. Doszedłbyś do granic zmęczenia…i poszedł dalej? Kim byś był, kiedy kolejne pętle, zimno, noc, zmęczenie, odzierałoby cię z tego wszystkiego, w co ubierasz się na co dzień? Kim byś był, kiedy zostanie już tylko pierwotna cząstka samego siebie? Polubiłbyś tego gościa ?

Są takie biegi, są takie zawody, na których dowiadujesz się o sobie wszystkiego, albo prawie wszystkiego. Zamieć do nich należy. Polecam. Zdecydowanie polecam.

Mariola Powroźna

Wiedząca już o sobie prawie wszystko 😉

 

IV PARKOWE HERCKLEKOTY

Drodzy biegacze i walkerzy, z dniem 10 stycznia ruszają zapisy na IV Parkowe Hercklekoty.

Czwarta edycja biegu Parkowe Hercklekoty po raz pierwszy odbędzie się w Katowicach. Tym razem, będziecie mogli wystartować na dwóch dystansach. Do wyboru trasa na dystansie około 7 km oraz około 12 km. Nordic Walkerzy mogą wystartować na dystansie około 7 km. Postaramy się by mimo zmiany miejsca biegu, każdy mógł poczuć czym są hercklekoty 🙂

Zapoznajcie się proszę z regulaminem, który dostępny jest  T U T A J.

Zgłoszenia na bieg przyjmowane są  T U T A J.

Zapisy na biegi dla dzieci ruszą wkrótce, prosimy o cierpliwość.

Jeśli zastanawiacie się jaki wybrać dystans i uzależniacie to od godziny startu waszych pociech, informujemy, że starty odbywać się o następujących porach:

10:00 – start biegu na ok. 7 km

10:05 – start nordic walking

12:00 – start biegów dla dzieci

13:30 – start biegu na ok. 12 km

UWAGA!!!

Zniżka 10 zł przysługuje osobom, które wystartowały i ukończyły WSZYSTKIE biegi wchodzące w skład Grand Prix MK team 2017.

KOLEJNOŚĆ UCZUĆ CZYLI SILESIA MARATHON 2017

Maraton to mój ukochany dystans. Mimo uwielbienia dla ultra, coraz większej fascynacji triathlonem, największa miłość pozostaje jedna – maraton. Dlaczego? Przecież to asfalt, tłum, miasto, żaden wyczyn…tyle już biegających znajomych praktycznie całkowicie z niego zrezygnowało. Co, mimo wielu udanych romansów z innymi dystansami i Mordorami, sprawia, że maratony chce biegać, dopóki będę w stanie się przemieszczać? Może poniższy opis mojego dopiero/aż dziewiątego maratonu (w tym piątej Silesii) odpowie na to pytanie.

Pierwszego października 2017 odbyła się dziewiąta edycja Silesia Marathon. Uczestnictwo w tym maratonie uważam za taką moją małą tradycję i kultywuje od 2013 roku, gdzie na Silesii właśnie zadebiutowałam na maratońskim dystansie. Ta edycja miała być wyjątkowa – finisz i meta trasy maratonu i półmaratonu zostały umieszczone na odremontowanym Stadionie Śląskim. Dodatkowo, dzień maratonu był ,,dniem otwartym” na stadionie, więc każdy kibic, rodzina, mieszkaniec Katowic mógł być świadkiem finiszu tysięcy biegaczy. Ten kto liczył na piękne przeżycia związane z finiszem na takim obiekcie – nie zawiódł się.

Niedzielny poranek upłynął pod znakiem wyjazdu na maraton. Zwykle brałam rower, jednak w tym roku meta był w innym miejscu niż start. Późnym wieczorem w sobotę razem z koleżanką, która debiutowała na tym dystansie ( i wspaniale jej poszło) zorganizowałyśmy sobie przejazd na start. Samochód obładowany maratończykami dotarł bez problemu pod Silesia City Center. Poranek był zimny, ale słoneczny. Nie wróżyło to nic dobrego. W dzień mało być na słońcu do 20 stopni, zero opadów, lekkie zachmurzenie…bardzo niedobra pogoda dla maratończyków ;-). Na starcie kolorowo, gwarno, wesoło – wspaniała atmosfera. Co chwila pozdrawiałam w tłumie jakąś znajomą twarz. Po zdaniu depozytu do ciężarówek ( nasze rzeczy przewożone były na metę w strefie dla zawodników przy stadionie) ustawiłam się w tłumie oczekujących na start. Zaczęło się odliczanie od dziesięciu w dół. Odliczałam razem z setkami innych biegaczy. Nastąpił START i wszyscy ruszyliśmy.

Pierwsze kilometry nie biegło mi się jakoś specjalnie dobrze. Jest tak praktycznie zawsze i nie wiem z czego to wynika. Mimo, że początek trasy bardzo sympatyczny – okolice Spodka, potem trasa wiodła koło Muzeum śląskiego, następnie obok mojego osiedla – przybiłam piąsteczkę tak zwykle poważnemu sąsiadowi z góry, potem moje ulubione miejsca treningowe – Dolina Trzech Stawów…Ani się obejrzałam minęło pierwsze dziesięć kilometrów i zaczęło mi się biec rewelacyjnie. Złapałam taką fajną lekkość i dynamikę biegu. Przez kolejne18 km biegło mi się wyśmienicie. Nikiszowiec minął mi tak szybko, że nie zdążyłam się nim nacieszyć, potem Mysłowice, następnie na powrót zawitaliśmy do Katowic. Trasa Silesi jest bardzo urozmaicona. Nie bez powodu mówi się o niej – górski maraton. Jeszcze tuż przed 28 km byłam pewna, że będę próbować atakować moja magiczna barierę – czterech godzin w maratonie. Czułam się wspaniale, właściwie starałam trzymać tempo, żeby nie biec za szybko, ani za wolno…no i właśnie. Nigdy nie można być tak do końca pewnym siebie w maratonie. Nigdy.

Od trzydziestego kilometra załapałam klasyczną maratońska ścianę, mimo że piłam na każdym punkcie i jadłam sprawdzone rzeczy. Myślę, że mim wszystko zawiniły słońce, wysoka temperatura i zbyt duża pewność siebie. Zero cienia, gorąco parujące od nagrzanego asfaltu. Nogi stały się ciężkie. Tempo, które jeszcze przed chwilą nie stanowiło najmniejszego problemu stało się niemożliwe do utrzymania. Zwolniłam i brnęłam naprzód. Pojawiła się złość. Taka sportowa złość i żal do wszystkiego i wszystkich. W mojej głowie wyglądało to mniej więcej tak. ,,Miało być zachmurzenie! Dlaczego ani jednej chmury nie ma na niebie? Żądam zapowiadanych w prognozie pogody chmur! Dlaczego tak zawsze jest na Silesi? Nie dość, że same góry, to jeszcze zawsze słonecznie i ciepło. Co to ma być!? Już nigdy więcej nie biegnę Silesia Marathon. Nienawidzę cię Silesio. Sama się biegaj. Trzymam dietę, wstaję przed siódmą rano w niedzielę, żeby biegać, nie pije nawet piwa miesiąc przed maratonem…po co ?! Po co te wszystkie poświęcenia? Żeby teraz biec w tempie marszu…Dobre dziesięć kilometrów wylewałam te żale…dobrze, że tylko w myślach, bo jak sobie pomyślę, że ktoś musiałby biec obok i tego słuchać, to aż strach. Praktycznie końcówkę Silesia Marathon stanowi konkretny i długi podbieg za Siemianowicami Śląskimi (w samym mieście, jak zawsze zresztą , organizowana jest strefa kibica z prawdziwego zdarzenia i od kiedy biegam tam na trasie maratonu zawsze to miasto ciepło mi się kojarzy, właśnie z takim cudownym dopingiem i wspaniałą atmosferą). Na tym właśnie podbiegu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle powstałam z martwych. Biegnę co raz szybciej, mijam co raz więcej i więcej biegaczy poruszających się w trybie zombie. Na końcu podbiegu ustawiła się reprezentacja grupy biegowej Night Runners Gliwice. Od momentu przybicia im piąteczek ( byliście cudowni, dziękuję!) to już w ogóle dostałam skrzydeł. Oprócz tego trasa prowadziła mnie już teraz pomiędzy życiodajnym cieniem drzew Parku Śląskiego. Biegłam jak natchniona po znanych mi ścieżkach rowerowo – biegowych. Na playliście akurat wskoczył kawałek , który tak bardzo pasował mi do mojego stanu, mojej sytuacji…że zaczęłam go śpiewać na cały głos. To było taki niesamowite lecieć tak na pełnej kicie, kończyć maraton i śpiewać…Monikę Lewczuk ( nie osądzajcie mnie) ,,Tego nie da się powiedzieć, radość, słońce (patrzcie, że już jakoś nie przeszkadzało mi to mordercze słońce 😉 ), wiatr na ciele, łapie wszystkie te momenty by zatrzymać w sobie czar. Tylko tu i teraz liczą się sekundy, przegonimy razem czas”…Moje talenty wokalne są bardzo marne…więc jeśli ktoś to słyszał, to bardzo bym chciała w tym miejscu gorąco przeprosić za to karygodne zachowanie, ale nie mogłam się powstrzymać. Biegłam, śpiewałam, cieszyłam się z tego co się dzieje ze mną tu i teraz i naprawdę chciałam zatrzymać te chwile na zawsze. Czy mogło być piękniej na koniec maratonu? Mogło. Wbiegnięcie na niebieską, pachnącą nowością, bieżnię Stadionu Śląskiego i runda honorowa do mety…to była NAJPIĘKNIEJSZA META W MOIM ŻYCIU. Spodziewałam się, że to będzie piękny moment, ale to co wtedy czułam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wspaniała, piękna i niepowtarzalna chwila.

Trasa tegorocznej Silesi przeciągnęła mnie po wszystkich uczuciach – najpierw umiarkowane ,,lubię cię”, potem ,,kocham cię Silesio, kocham, jest nam razem cudownie”, następnie ,,nienawidzę cię, nie będę cię już biegać nigdy, co ty sobie wyobrażasz, jesteś niedobra, zła, podła, do tego są góry i jeszcze słońce świeci” aż po ,,ubóstwiam cię, jesteś moim marzeniem, będę cię wielbić i biegać zawsze”

Dlaczego tak kocham ten dystans? Maraton nie wybacza błędów. Wymaga koncentracji od początku do końca. Może cię obdarzyć najpiękniejszymi chwilami w życiu, może najgorszymi…a często i takimi i takimi. Jest nieprzewidywalny. Nigdy nie możesz się czuć pewnym. Nienawidzi pychy i lekkomyślności. Może cię odciąć 800 metrów przed metą, a możesz biec lekko od początku do końca. Możesz umrzeć na 30km, by odrodzić się na 40stym i lecieć sprintem do mety. Możesz go kochać i nienawidzić…jedno jest pewne. Nie przechodzisz obok tego dystansu obojętnie.

Parę lat temu natrafiłam przypadkowo na niemiecki film ,,Ostatni bieg Paula”. Krótki opis zachęcił mnie do obejrzenia…i byłam nim oczarowana. Film opowiada historię starszego małżeństwa, zmuszonego przez los do zamieszkania w domu starców. Główny bohater Paul – wielokrotny mistrz świata w maratonie, żeby odnaleźć sens życia i nie dać się przytłaczającej go rzeczywistości wegetacji zapisuje się na maraton w Berlinie i rozpoczyna do niego treningi. Piękny film o harcie ducha, pięknie sportu i ogromnej sile psychiki. Człowiek który stracił wszystko, na skraju swego życia ,nie poddał się i ukończył maraton na przepięknej niebieskiej bieżni ( tak! Jak na Stadionie śląskim!) stadionu olimpijskiego. Bohater w trakcie filmu wypowiada takie oto słowa, którymi chciałam zakończyć ten tekst – ,, Życie jest jak maraton. Pierwsze kroki przychodzą łatwo. Myślisz, że nic nie może cię zatrzymać. Ale potem przychodzi ból, z każdym metrem tracisz siły. Wydaje ci się, że już nie dasz rady, ale biegniesz dalej, wciąż naprzód, aż do całkowitego wyczerpania. A na końcu czeka cię zwycięstwo. To pewne. Zwycięstwo.”

Mariola Powroźna

JAK PRZEBIEC PÓŁMARATON NA WARZYWACH?

Mniej więcej pod koniec maja, zdecydowałam, że w tym roku przebiegnę PKO SILESIA MARATHON na dystansie półmaratonu. Postanowiłam, że nie będzie to taki sobie spontaniczny start, ale rzetelne treningi, dzięki którym osiągnę swój zamierzony cel, czyli „złamię” 2 godziny. Na swoją trenerkę wybrałam olimpijkę i mistrzynię Polski w chodzie sportowym – Agnieszkę Dygacz. 
Agnieszka bardzo profesjonalnie podeszła do tematu. Po szeregu pytań, na które musiałam odpowiedzieć, na moją skrzynkę mailową przyszła wiadomość – dzienniczek treningowy, z rozpisanym planem na pierwszy tydzień. Od tego wszystko się zaczęło….

Wg planu treningowego, na początku biegałam 3 x w tygodniu. Oprócz tego ćwiczenia stabilizacyjne, rozciąganie, rytmy i wiele innych ćwiczeń, dzięki którym miała się poprawić moja gibkość, zwinność i szybkość. Wszystko szło pięknie do czasu kiedy truchtałam. Kiedy plan zakładał bieg ciągły zaczynały się schody. Zbyt wysokie tętno, zmęczenie, zadyszka.
– To nic! – tłumaczyłam sobie – Przecież dopiero od niedawna trenuję, nie zrobię formy w dwa tygodnie – usprawiedliwiałam swój brak efektów.
Mijały tygodnie, a ja sportowo stałam w miejscu. Oprócz mojej rosnącej frustracji, rosła także waga i pogłębiało się moje niezadowolenie z samej siebie. Włączył się tak zwany dołek i bieganie, które miało wywoływać u mnie produkcje hormonu szczęścia, fundowało mi stany depresyjne.

Z okazji długiego, sierpniowego weekendu, wraz z grupą przyjaciół wyjechaliśmy na długi weekend do Poraja. Wyjazd ten nazwaliśmy roboczo mini obozem sportowym. Postanowiliśmy bowiem, że każdy dzień wypełnimy aktywnością: bieganie, rower rolki.
Pomimo, iż kocham rower i zawsze będzie on u mnie na pierwszym miejscu, Jura Krakowsko – Częstochowska dała mi mocno w kość. Czułam się z tym nieswojo. Nawet kiedy miewałam spadek formy, rower nigdy nie stanowił dla mnie problemu. Na wypady rowerowe czy rajdy, gdzie do pokonania było 100 km, zgłaszałam się chętnie. W Poraju po pokonaniu 25 km miałam wrażenie jakbym przejechała ich 250 i z chęcią kolejne dni spędziłabym w łóżku na regeneracji.

Zmęczenie, trudności z ruszeniem się z łóżka rano, ciągłe uczucie senności i towarzyszące temu „niechcemisię”, to tylko niektóre objawy, które utrudniały mi życie. Czułam, że coś jest nie tak i pomimo, że walczyłam z dolegliwościami własnymi sposobami, miałam wrażenie, że zamiast lepiej jest gorzej.  Moje ciśnienie uparcie wskazywało 80:50. Nic tylko leżeć i płakać.
Postanowiłam pójść do lekarza – nie jednego. Na tapetę poszło kilku, oczywiście wszystkie wizyty umawiałam prywatnie, ze względu na czas oczekiwania do specjalisty, który przyjmuję w ramach NFZ. Tym sposobem wydałam około 1500 zł w 2 tygodnie. Uważam jednak, że było warto, między innymi dlatego, że do endokrynologa od momentu wykonania telefonu do wizyty mięło 10 godzin. Z NFZ wizyta miała odbyć się w 2019 roku (!!!) do tego czasu w najlepszym wypadku mogłabym ważyć 100 kg, w najgorszym….wolę nie gdybać.

Całkiem sympatyczna pani endokrynolog, wysłuchała mojej historii. Najbardziej zaciekawił ją fakt, że dokucza mi problem obrzęku na nogach (ciągle czułam jakbym miała dwie kłody ważące tonę zamiast nóg). Po wywiadzie przyszła pora na USG.
Na początku mina pani doktor niczego nie zdradzała, ale gdy padło pytanie – Czy w pani rodzinie ktoś chorował na tarczycę? wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Otóż nie wiem czy ktoś chorował. Może chorował ale o tym nie wiem, a może ten ktoś sam o tym nie wie?

Okazało się, że jak na mój młody wiek (mam 34 lata) wyhodowałam sobie całkiem sporo, całkiem sporych guzów. Nie lubię słowa guz i nawet zapewnienia pani doktor, że w 95% przypadków, takie guzy są łagodne i oprócz tego, że są, nic więcej się nie dzieje, wystarczy obserwować. Mimo wszystko pozostało 5%.
Po dłuższej rozmowie z endokrynologiem uzyskałam wiele odpowiedzi na moje pytanie, które od dawna pojawiały się w głowie, ale nigdy nie sądziłam, że odpowiada za nie tarczyca – problem z połykaniem śliny, ucisk a nawet problem z szybkim bieganiem – winę za to ponosiły moje ponad 2 centymetrowe guzki.
Dostałam skierowanie na biopsję i listę badań do zrobienia. Zaczęło się…

Mój próg bólu jest bardzo wysoki, więc nie bałam się wbijania igły, zwłaszcza, że biopsja miała być wykonana cieńszą igłą niż np. pobranie krwi, jednak sam fakt, że ktoś mi będzie wbijać igłę w szyję trochę mnie martwił.
Na skierowaniu endokrynolog zaleciła biopsję dwóch płatów tarczycy, spodziewałam się więc dwóch nakłuć. Niestety, pomyliłam się. Lekarz aż cztery razy wbijał mi igłę w szyję i pobierał materiał do badania. Samo wbicie igły nie było straszne i nic nie bolało, jednak pobieranie materiału do badania było dość nieprzyjemnym uczuciem. Na szczęście badanie odbywało się inaczej niż się spodziewałam: trzeba położyć się na kozetce i odchylić głowę do tyłu, tak by lekarz miał naszą szyję na pierwszym planie. Dzięki temu nie widzimy kiedy lekarz ma zamiar przystąpić do zabiegu i nie musimy obawiać się nagłego ataku paniki 😉
Badanie trwało około 10 min, na wyniki czekałam 3 dni i mimo, iż byłam dobrej myśli, były to najdłuższe 3 dni od czasów operacji mojego Taty.
Po otrzymaniu wyników na maila, na kolejną wizytę u endokrynologa czekałam jeden dzień. Najważniejsze usłyszane wtedy zdanie brzmiało: guzy nie są złośliwe ale musimy się im bacznie przyglądać.

Nie będę się wdawać w szczegóły, ale oprócz wizyty u endokrynologa, zaliczyłam też wizytę u dietetyka (choroby tarczycy to często nietolerancje pokarmowe) i postanowiłam, że zafunduję mojemu organizmowi oczyszczanie w postaci postu leczniczego dr Ewy Dąbrowskiej. Jedyne co mnie przed nim blokowało to półmaraton Silesia.

Długo się nad tym wszystkim zastanawiałam i postanowiłam, że zrobię i post i wystartuję w półmaratonie. Mój kompromis polegał na tym, że przestałam martwić się o czas na mecie. Najważniejsze było dla mnie ukończyć bieg w limicie.

W innym wpisie opiszę Wam na czym polega post (dzisiaj jest mój 25 dzień z 42 dni postu, potem czeka mnie jeszcze 42 dni wychodzenia z postu) teraz wkleję Wam jedynie tabelkę co jem, a czego nie mogę jeść, więc pewnie sami zrozumiecie skąd moje obawy przed startem w zawodach. Dodam, że liczba kalorii na dobę nie powinna przekraczać 800 kalorii.

Tydzień przed półmaratonem, razem z Mamą wystartowałyśmy w Biskupicach na dystansie 6 km. Biegło mi się fantastycznie, świetna pogoda i doping, uśmiech nie schodził mi z buzi. To mnie wyluzowało przed startem.

Przed PKO Silesia Marathon wystartował jeszcze Mini Silesia Marathon, na który też zdecydowałam się iść w towarzystwie Mamy i przyjaciół z naszego teamu. Nie wiem czy podjęłam słuszną decyzję, że przed półmaratonem zafundowałam sobie prawie 5cio km rozgrzewkę. Na pewno dobrze się bawiłam i po biegu zaobserwowałam ważne dla mnie reakcje organizmu na aktywność fizyczną podczas postu.

W sobotę położyłam się spać o 1:25 (byliśmy jeszcze na weselu) a w niedzielę obudziłam się o 6:30. O godzinie 7:00 zjadłam cztery pieczone jabłka z cynamonem, a do pudełka wzięłam pieczone frytki z dyni piżmowej, które zjadłam około 8:30. W butelce miałam swoją wodę z cytryną.

Bardzo się stresowałam, ciągle chciało mi się siku i byłam chyba marudna, takie przynajmniej odniosłam wrażenie, obserwując moją towarzyszkę Beti 😉 Pozdro Beti 🙂

Kilka minut przed godziną zero, nasza ekipa pod czujnym okiem Ani ze Studia Masażu Balans rozgrzała swoje ciała, a potem wszyscy usłyszeli AC/DC z głośników i było jasne, że czas się ruszyć. Miejmy to z głowy – pomyślałam 🙂

Pierwsze 5 km biegło mi się super. Nie wiem kiedy te kilometry przeleciały. Nagle przede mną pojawił się punkt z wodą, znaleźliśmy się na Dolinie Trzech Stawów, byłam z siebie zadowolona i szczęśliwa. Biegłam dalej, pełna nadziei i optymizmu.

Kolejne kilometry mijały, a ja wciąż miałam siłę i energię. W słuchawkach leciał audiobook ale kibice tak pięknie i głośno kibicowali, że szkoda było ich nie słyszeć. Biegłam sama, swoim tempem, nikt mnie nie poganiał i niczego nie narzucał, biegłam tak jak lubię najbardziej. Dla siebie. Ta myśl krążyła mi w głowie.

Mniej więcej na 12 km zaczęłam odczuwać zmęczenie. Zwolniłam, próbowałam nawet przejść do marszu by trochę odpocząć ale ten pomysł nie był dobry. Musiałam biec. Wolno ale biec. Około 12:00 zadzwoniłam do rodziców i dałam im znać, że wbiegłam do Siemianowic, poprosiłam o wodę z cytryną i cisnęłam do nich ile sił w nogach. I głowie. W centrum miasta nabrałam wiatru w żagle. Mnóstwo kibiców i znajomych, którzy dali dużego kopa. To było niesamowite i na samą myśl o tym, znowu łzy napływają mi do oczu. Kiedy znalazłam się przy rondzie z kulami wiedziałam, że najgorsze przede mną. 2 km podbiegu ze słońcem świecącym w twarz. Pocieszałam się, że zaraz spotkam rodziców. Była to ostatnia górka, do mety zostanie już tak niewiele. Uda mi się!

Tyle razy tam biegałam, chodziłam. Znam ten podbieg od 34 lat….i nienawidzę go. Miałam dość. Ja i wszyscy wokoło mnie, mało kto miał siłę by wbiegać pod tę ciągnącą się w nieskończoność górę, gdybym nie wiedziała, że zaraz ujrzę rodziców, z pewnością całą trasę pokonałabym marszem. Zdecydowałam się jednak na bieg, chciałam pokazać rodzicom, że jeszcze nie umieram i wbiegam żwawo pod taką górę 🙂

Świetnie było spotkać rodziców. Byli przejęci. Przygotowali mi wodę i jabłka 🙂 wiedzieli, że na punktach odżywczych, ze względu na post nie tknę się nawet banana. Zdecydowałam się jednak tylko na wodę. Na pożegnanie od mamy usłyszałam, że nie wyglądam na zmęczoną i na kogoś kto już ma 16 km w nogach. Cóż 🙂 może jednak mogłam biec szybciej?

Kiedy wbiegłam do Parku byłam najszczęśliwsza na świecie. Meta była tak blisko. Już nic nie mogło się stać. Biegłam z górki ile sił w nogach. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Stadionie Śląski nadchodzę.
Ostatni podbieg pod stadion już nawet tak nie bolał. Fakt, że widzę kopułę stadionu dodawał mi sił. Kiedy znalazłam się przed bramą szczęka mi opadła, a łzy napłynęły mi do oczu. Bieg po murawie był najbardziej wzruszającym uczuciem jaki mi ostatnio towarzyszyło. Miałam wrażenie, że Ci wszyscy kibice na trybunach patrzą na mnie. Nie wiedziałam czy biec, czy zatrzymać się i podziwiać widok czy włączyć telefon i nagrać to wszystko.
META!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Boże! Udało mi się. Pomimo, że miałam obawy i przygody po drodze, nie poddałam się. Osiągnęłam swój cel, chociaż nie pobiegłam w zakładanym przez siebie i Agnieszkę czasie. Nieważne. Świat się z tego powodu nie skończył. Przede mną jeszcze mnóstwo biegów. Nowe cele do zrealizowania. Najważniejsza dla mnie lekcja jaką wyciągnęłam po tym biegu jest taka, że nie należy się poddawać, załamywać i odkładać marzeń. Dopóki mam zdrowe nogi będę szła przed siebie. W jakim czasie? Nieważne. On i tak upłynie.
Przekonałam się też, że dieta wegańska nie pozbawia organizmu energii i kiedy tylko zakończę post, na pewno będę ją kontynuować, ale o tym w kolejnym wpisie.

SZTUKA BYCIA (PRAWIE) OSTATNIĄ

Janusze zawodów, zawalidrogi, po co się pchacie na zawody…takie, tylko wybrane i mniej wulgarne określenia, słyszą czasem ci, którzy są ostatni. Ci którzy kończą zawody tuż przed limitem…albo zaraz po…Zjawisko, które mnie ominęło…choć często sama przecież ,,pcham się” tam gdzie nie trzeba i jestem ,,Januszem zawodów”. Dlaczego moim zdaniem nie należy się tego bać i nigdy nie doświadczyłam osobiście tego zjawiska? Dlaczego uważam, że ( na szczęście!) to marginalne zjawisko? Zbliżają się jesienne maratony, połówki, wielu ludzi będzie realizowało na przykład swoje postanowienia noworoczne, wiele miesięcy przygotowując się do swojego pierwszego maratonu…i boją się, że będą ostatni…nie macie się czym przejmować…bo bycie ostatnim nie oznacza porażki.

Fot. Krzysztof Porębski

Zacznijmy od tego, że nie jestem wybitym biegaczem…ba, jestem biegaczem ledwo przeciętnym, jeszcze gorszym triathlonistą, amatorem, który traktuje sport jako zabawę, przyjemną formę spędzania wolnego czasu, którego mam bardzo niewiele. Strzelają mi do głowy czasem bardzo szalone pomysły startów i lubię to u siebie bardzo, bo to dodatkowa motywacja do zdwojenia swoich wysiłków, poprawienia się w nowych dyscyplinach…i tak dalej. Owszem, miewam swoje wzloty…ale upadków i porażek jest znacznie więcej. Nie jest to jednak kwestia życia lub śmierci. W 2016 roku spróbowałam swoich sił w triatlonie, na dystansie ¼ Ironmana. Podchodziłam do zawodów totalnie zielona. Bałam się potwornie, że zrobię z siebie głupka. Podobnie, gdy rzuciłam się nawet nie na głęboką wodę , a prawdziwe tsunami – Diablak Exstrime Triathhlon w czerwcu tego roku – bałam się najbardziej tego, że zrobię z siebie idiotkę…koniec sierpnia i ½ Silesiamana na Dolinie Trzech Stawów …wyleczyły mnie chyba na dobre z wszelkich możliwych ,,kompleksów”.

27 sierpnia odbyły się ostatnie zawody z serii Etixx Silesiamn Triathlon. Tak jak już pisałam wystartowałam na dystansie ½ IronManna. 1,9 km pływania, 90 km na rowerze, i 21,1 km biegu. Zawody odbywały się dwa tygodnie po III Mistrzostwach Polski Lekarzy Weterynarii w Ultramaratonie. Prawie 60 km po górach dało mi w kość chyba trochę więcej niż się spodziewałam. Nic nie bolało…ale czułam się zmęczona, bez mocy. Zastanawiałam się do ostatniej chwili nad zmianą dystansu na ¼ (nawet los mi to ,,podpowiadał”, bo wygrałam pakiet właśnie na ten krótszy dystans), ale stwierdziłam, że będzie co ma być, i muszę się zmierzyć z połówką. Polecę ją sobie spokojnie i tyle. Zawodników startujących na dłuższym dystansie było poniżej setki…i wszyscy traktowali się naprawdę po przyjacielsku. To nie są słowa na wyrost. Na starcie pojawiły się międzynarodowe sławy…które przed zawodami witały się z innymi zawodnikami, a na trasie dopingowały innych zawodników ( na przykład na rowerowej trasie, tracąc przez to przecież mimo wszystko jakieś tam sekundy).


Z wody na moim dystansie wyszłam jako ostatnia zawodniczka, nie płynęło mi się dobrze, prawie dwa miesiące nie robiłam nic jeśli chodzi o trening w wodzie (skupiłam się na przygotowaniach do Mistrzostw Weterynarzy) i to niestety dało efekt. Mimo wszystko, zrobiłam wodę w godzinę ( do limitu zostało 20 min), całość kraulem, więc jak na moje ,,nie pływanie’’ nie byłam jakoś specjalnie załamana. Wychodząc z wody dostałam takie owacje i oklaski od kibiców, że nie mogłam w to uwierzyć. To takie wspaniałe uczucie. Nie czułam się wcale Januszem zawodów, kimś słabym, kimś, kogo nie powinno tu być. Rower też nie poszedł mi jakoś specjalnie dobrze, wiatr i górki na trasie dały mi w kość, naciągnięty przy pływaniu mięsień na plecach i brak pary nie pomagały. To, na jakim poziomie są niektórzy zawodnicy triatlonu, jakie prędkości potrafią generować i utrzymywać na rowerze, jest wprost niebywałe. Nie zapomnę momentu, na którym jadąc lekko z górki uzyskałam prędkość 45 km/h, cieszę się w duchu, że zapie…dalam tak ładnie…a tu nagle mija mnie rower, i kolejny, i kolejny, jakbym stała w miejscu…no cóż. Powiem tylko, że czeka mnie bardzo dużo pracy i w wodzie i na lądzie. Mimo wszystko tak jak pisałam wcześniej, zawodnicy ,,śmigający” dopingowali na trasie ślimaki (czyli mnie).
Tak samo było na bieganiu. Półmaraton stanowiły cztery pętle, na bardzo popularnym (zwłaszcza od momentu powstania wodnego placu zabaw) spacerowo/wypoczynkowym fragmencie Doliny Trzech Stawów. Było gwarno, wesoło…i pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi biegaliśmy my, triathloności…i podczas tych właśnie kółek…nie cisnęłam na bieganiu, nie tylko z powodu pleców i braku mocy, ale też z powodu obżerania się arbuzem na punktach odżywczych…doszłam do paru wniosków. Po pierwsze wcale nie przeszkadzało mi, że jestem praktycznie ostatnia (wyprzedziłam na rowerze jedną zawodniczkę mojego dystansu i na biegu już się nie dałam ), po drugie doświadczałam na każdym odcinku gorącego dopingu, po trzecie i chyba najważniejsze, cieszyła mnie każda chwila spędzona na trasie. Naprawdę, nie chciało mi się kończyć zawodów. Nie byłam wyczerpana, nie marzyłam wcale o tym, żeby ,,wreszcie był już koniec’’. Mogło to tak trwać i trwać…To niesamowite, ale w triatlonie, chyba jak w żadnym innym sporcie, można choć na chwilę dotknąć ,,wielkiego świata sportu” , stanąć ramię w ramię z mistrzem światowej klasy , mijać go na trasie…usłyszeć od niego doping i słowa pochwały za walkę…a żeby jeszcze tego było mało kibice i wolontariusze traktują tak samo mistrzów jak i ,,zwykłych szaraczków”.

Zastanawiam się czasem, czy nie ,,przekoloryzowuję „ amatorskiego sportu, czy nie patrzę tylko na dobre strony…a tych złych nie dostrzegam lub nie chcę dostrzegać….Być może tak jest. Czy miałam do tej pory szczęście obracać się w świecie przyjaznym, a co najmniej pobłażliwym dla ślimaków? Nie sądzę i myślę, że warto doświadczyć tego na własnej skórze.

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że jeśli chce się odzyskać wiarę w ludzi , to trzeba iść pokibicować na trasę maratonu. To absolutna prawda, choć dodałabym tu również triathlon i biegi górskie…a nawet uliczną lub leśną ,,piątkę” lub Test Coopera… Drodzy zawodnicy lub przyszli zawodnicy…nie bójcie się bycia ostatnimi. To żaden powód do wstydu. Wstydem byłoby wyśmiewanie słabszych zawodników, tych, którzy pierwszy raz mierzą się z wyzwaniem, tych, których dopadło coś, co uniemożliwia szybsze bieganie, a mimo to nie schodzą z trasy, walczą do końca.

Nie chciałabym również, żeby mój tekst został opatrznie zrozumiany. Nie chodzi mi o to, żeby ktoś kto siedzi za biurkiem, a po powrocie do domu pełni funkcję ogrzewacza kanapy zapisał się na maraton, który ma być za dwa tygodnie – bo ,,nie trzeba się bać być ostatnim”, bo ,,warto podejmować wyzwania”…nie tędy droga, choć kierunek jak najbardziej prawidłowy – trzeba wstać z kanapy! A to jak ogromną radość da ukończenie (choćby na ostatnim miejscu) pierwszej w życiu ,,piątki” nie dowie się nikt z kanapowców, dopóki nie spróbuje.

P.S. Mimo wszystko, dokonałam rachunku sumienia po moim ostatnim starcie na ½ IM i postanowiłam, że jeszcze wspanialej byłoby być chociaż w środku stawki…o ukończeniu Diablaka 2018 nie wspominając…Więc biorę się bardzo ostro do pracy…a na Babiej Górze mogę być ostatnia, byle w limicie 😉

LECYMY DURŚ 8 PAŹDZIERNIKA!

W imieniu organizatorów – Stowarzyszenia Lecymy Durś, zapraszamy na I BIEG CHARYTATYWNY POMAGAMY DURŚ, który odbędzie się 8 października 2017 roku w Piekarach Śląskich o godzinie 13:00

Stowarzyszenie Lecymy Durś i Polskie Stowarzyszenie na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną Koło w Piekarach Śląskich zaprasza na bieg, którego start i meta usytuowane będą na stadionie KS Orkan Dąbrówka Wielka przy ulicy Szymanowskiego 2 b w Piekarach Śląskich.

Zawodnicy będą mieli do pokonania pętlę o długości 5,5 km lub dwie wynoszące łącznie 11 km. Opłata startowa (35 zł) zostanie zebrana i przekazana Warsztatom Terapii Zajęciowych w Piekarach Śląskich.

Zapisy i regulamin T U T A J.

ps. ekipa MK team też tam będzie!!

BIEG GÓRSKI W CHORZOWIE? DLACZEGO NIE!

Jesień tuż tuż, więc czas najwyższy odpalić zapisy na trzeci już bieg cyklu Śląskie Biegi Górskie. Tym razem w imieniu organizatorów zapraszamy Was 21 października do Parku Śląskiego – miejsca, wydawało by się, dobrze znanego i w pełni obieganego. Jak mówią organizatorzy  trasa zaskoczy i pokaże Park od ciekawej strony. Do pokonania trasę o długości 5-7 kilometrów. Poprowadzona zostanie w większości wąskimi ścieżkami, które gęsto oplatają Górę Parkową. Będą ostre sztajchy, kręte zbiegi i możliwie szeroki wachlarz wrażeń. Zapraszamy!

Zapisy – TUTAJ
Data: 21 października 2017
Dystans: 5-7 km
Start: 10:30

Wpisowe:
– do końca września 40 zł
– do 11.10.2017 – 50 zł
– w biurze zawodów w dniu startu – 70 zł

MARATOŃSKI/BIEGOWY SLANG

„W tym roku to już nie poszaleję, ale przyszły sezon będzie mój. Całą zimę polecę Skarżyńskim”. Ten tekst mojego biegowego kolegi zainspirował mnie do dzisiejszego tekstu. Bo kto jak nie maratończyk zrozumie o co chodzi?
Chodzi oczywiście o tzw. ,,Metodę Skarżyńskiego”- plany treningowe na maraton, na różne czasy, zawarte w książce ,,Maraton” (bardzo gorąco polecam i uważam, że każdy maratończyk przeczytać powinien). Autorem jest Jerzy Skarżyński – legenda biegów maratońskich, do tej pory czynnie biorący udział w biegach na różnych dystansach. Olbrzymi propagator tej formy ruchu. Wychwala, nie bez powodu, tzw. Zimową orkę, trening wytrzymałościowy w jesienno-zimowym okresie, wspaniale procentujący na cały następny sezon startowy.

Obracając się w biegowym światku, czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, że mówimy ,,biegowym” językiem…który postronnego, nie biegającego słuchacza może wprawić w osłupienie. Poniżej przedstawię parę określeń…z pewnością, to nie wszystko. Zachęcam do podzielenia się swoimi zwrotami w komentarzach. Może kiedyś wspólnie stworzymy ,,Słownik”?

,,Dzień Konia” – marzenie każdego biegacza. Bardzo pożądana ekstremalna dyspozycja i szczyt biegowej formy przypadający na dzień zawodów. Czasem usłyszy się bardziej ,,fachowe „ określenie – superkompensacja. O co chodzi? O to, że w dzień biegu (zasłużenie, rzadziej z przypadku, chociaż też się zdarza) czujemy się, jakbyśmy mogli góry przenosić. Robimy ,,życiówki”, po drodze przybijając piąteczki kibicom. Wpadamy na metę, nie dość, że ze świetnym czasem, to jeszcze nawet z niedosytem. Najlepsi potrafią tak ustawić sobie trening, przygotowania, by właśnie w dzień ważnych zawodów ,,Dzień Konia” wypadł…niestety, nie zawsze wychodzi. Bywa, że w tygodniu, na jakimś środowym treningu lecimy lekko, nie mogąc wprost uwierzyć w swoją formę…by w niedzielę, na zawodach, wlec się noga, za nogą. Jakby powietrze zmieniło swoją gęstość.

,,Zając” lub Pacemaker – zawodnik prowadzący kogoś, lub całą grupę biegaczy na określony czas, np. na złamanie czterech godzin w maratonie. Czysto teoretycznie jest to doświadczona biegaczka lub biegacz, który potrafi utrzymywać równe tempo, pomaga innym zwalczyć kryzysy, dodaje otuchy…wielu zawodników, zawdzięcza dobremu zającowi ,,dowiezienie” się na metę i upragniony wynik…Niestety bywają i złe zające (to brzmi jak tytuł bajki dla niegrzecznych dzieci), ale najczęściej to kwestia niedomówień – jak chce prowadzić bieg na konkretny czas, konkretny zając. Niestety spotykałam w swojej ,,karierze ‘’ pacemakerów, którzy szarpali tempo z sobie tylko znanych powodów, gubiąc przy okazji połowę swoich podopiecznych. Jeśli jednak śledzicie moje teksty, to pamiętacie, że najlepszych pacemakerów spotkałam na swoim pierwszym maratonie, Silesii Marathon w 2013 roku (tekst – Święty Grall)

,,Złamać czwórkę” (albo inną cyfrę) – nie chodzi o złamanego zęba, tylko o ukończenie zawodów, w tym wypadku maratonu, poniżej danej godziny. Jest moje osobiste niespełnione marzenie i obiecałam sobie wiele nagród po osiągnięciu tego celu.

,,Iść w trupa” – to nic innego jak dać z siebie 200% możliwości i paść za linią mety, biec tak, jakby od tego zależało życie.

,,Euforia Biegacza”, ,,Endorfiny” – legendarny stan szczęśliwości dopadający głównie uczestników biegów na dłuższych dystansach. Taki mały, przyjemny efekt uboczny. Nie dostaje się jej na zawołanie, ale nic nie wiesz o bieganiu, jeśli nie przeżyłeś choć raz tej fali szczęścia.

,,Ściana” – w slangu biegowym nie oznacza elementu konstrukcyjnego budynku. Ścianą nazywamy moment , kiedy kończą się rezerwy energetyczne organizmu, uniemożliwiające lub utrudniające dalszy bieg. Najczęściej o ścianę rozbijają się uczestnicy maratonów na około 30 – 32 km biegu. Najłatwiej jest uniknąć tego nieprzyjemnego uczucia regularnie pijąc i jedząc podczas maratońskiego biegu na wszystkich punktach. Często nagrodą za przezwyciężenie takiego kryzysu jest właśnie euforia biegacza…akurat kumulująca się z osiągnięciem mety na 42 km. Przypadek ? 😉

,,Pudło”– podium – czyli jeśli ktoś gratuluje komuś pudła, oznacza to, że ten ktoś zajął pierwsze, drugie lub trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej lub w kategorii wiekowej, jeśli tak podczas danego biegu jest.

,,Pasta party” – akcja masowego pożerania makaronu z jakimś sosem ( lub nawet nie) w przeddzień biegu maratońskiego. Okazja do spotkania wielu sobie podobnych zapaleńców, ponarzekania na kontuzję, ponarzekania na pogodę i ogólnie wyrażenia swojego strachu i obaw przed biegiem mającym się odbyć następnego dnia.

,,Ładowanie węgli” – akcja masowego pożerania makaronu każdego dnia w tygodniu poprzedzającym maraton. Głównie odbywa się w samotności

,,Życiówka” – najlepszy czas uzyskany po przebiegnięciu danego dystansu. Marzenie biegacza. Jeśli ktoś na przykład uzyskał w maratonie choć raz wynik poniżej 4h, to już do końca życia, może legitymować się tym, że ma ,,Trójkę z przodu”, wszyscy kosmici mają 2 z przodu…a jedynki jeszcze nikt nie dostał 😉

,,Planszówki” – praktycznie jedyny sposób, by spędzić czas z biegaczami poza zawodami i treningami, choć wcale o ten czas nie tak łatwo. Biegacz lub rodzina biegacza wie, że praktycznie w każdy weekend mogą być zawody, więc znalezienie wolnego terminu na zorganizowanie planszówek i zaproszenie większej grupy znajomych biegaczy – graniczy z cudem. Mimo wszystko są ludzie, którzy się nie poddają, zapraszają, organizują…bo fajnie jest się spotkać w innej strefie, niż strefa startowa, nawet jeśli to wyimaginowany świat smoków, wojen i terraformacji Marsa . Z grillem byłoby za dużo zachodu – a to ktoś bezglutenowy, albo bezcukrowy, albo mięsa nie, piwa nie, bo jutro zawody…tak, planszówki zdecydowanie ratują życie towarzyskie biegaczy.

,,Ultras” – w slangu biegacza oznacza kogoś, kto ukończył zawody o dystansie powyżej maratońskiego, czyli -42,195 km. Można poznać taką osobę dość łatwo. Pakując się na zawody zabiera ze sobą zarówno czołówkę, jak i okulary przeciwsłoneczne…w sumie to wychodząc nawet na chwilę na miasto, zabiera ze sobą wodę, okulary przeciwsłoneczne …i czołówkę (!) Aha, trzeba uważać podobno z nadmiernym chwaleniem się tym określeniem, bo podobno Ultras to również określenie zorganizowanych grup kibiców…stąd też może od ultrasa (biegacza) nie dowiemy się, że jest ultrasem (w przeciwieństwie od triathlonisty, który sam nam o tym powie 😉

To tylko wybrane ,,biegowe słówka ‘’ i określenia, które jako pierwsze przyszły mi do głowy. Jest tego dużo, dużo więcej…ba, języki i slangi ,,specjalizują„ się w zależności od dystansów, rodzajów sportów (biegi asfaltowe, górskie, triathlon) i to …fascynujące! Wspaniale jest być w grupie ludzi, którzy porozumiewają się swoim własnym językiem, słówkami, określeniami, zrozumiałymi tylko dla nich…lub dla tych, którzy chcą należeć do tego świata, jeśli nie jako biegacz, to chociaż jako kibic…

Wspaniale jest być w grupie ludzi, którzy na hasło ,,robimy połówkę” wyciągają z szafy buty biegowe, a nie żołądkową gorzką 🙂

Mariola Powroźna.