KOLEJNOŚĆ UCZUĆ CZYLI SILESIA MARATHON 2017

Maraton to mój ukochany dystans. Mimo uwielbienia dla ultra, coraz większej fascynacji triathlonem, największa miłość pozostaje jedna – maraton. Dlaczego? Przecież to asfalt, tłum, miasto, żaden wyczyn…tyle już biegających znajomych praktycznie całkowicie z niego zrezygnowało. Co, mimo wielu udanych romansów z innymi dystansami i Mordorami, sprawia, że maratony chce biegać, dopóki będę w stanie się przemieszczać? Może poniższy opis mojego dopiero/aż dziewiątego maratonu (w tym piątej Silesii) odpowie na to pytanie.

Pierwszego października 2017 odbyła się dziewiąta edycja Silesia Marathon. Uczestnictwo w tym maratonie uważam za taką moją małą tradycję i kultywuje od 2013 roku, gdzie na Silesii właśnie zadebiutowałam na maratońskim dystansie. Ta edycja miała być wyjątkowa – finisz i meta trasy maratonu i półmaratonu zostały umieszczone na odremontowanym Stadionie Śląskim. Dodatkowo, dzień maratonu był ,,dniem otwartym” na stadionie, więc każdy kibic, rodzina, mieszkaniec Katowic mógł być świadkiem finiszu tysięcy biegaczy. Ten kto liczył na piękne przeżycia związane z finiszem na takim obiekcie – nie zawiódł się.

Niedzielny poranek upłynął pod znakiem wyjazdu na maraton. Zwykle brałam rower, jednak w tym roku meta był w innym miejscu niż start. Późnym wieczorem w sobotę razem z koleżanką, która debiutowała na tym dystansie ( i wspaniale jej poszło) zorganizowałyśmy sobie przejazd na start. Samochód obładowany maratończykami dotarł bez problemu pod Silesia City Center. Poranek był zimny, ale słoneczny. Nie wróżyło to nic dobrego. W dzień mało być na słońcu do 20 stopni, zero opadów, lekkie zachmurzenie…bardzo niedobra pogoda dla maratończyków ;-). Na starcie kolorowo, gwarno, wesoło – wspaniała atmosfera. Co chwila pozdrawiałam w tłumie jakąś znajomą twarz. Po zdaniu depozytu do ciężarówek ( nasze rzeczy przewożone były na metę w strefie dla zawodników przy stadionie) ustawiłam się w tłumie oczekujących na start. Zaczęło się odliczanie od dziesięciu w dół. Odliczałam razem z setkami innych biegaczy. Nastąpił START i wszyscy ruszyliśmy.

Pierwsze kilometry nie biegło mi się jakoś specjalnie dobrze. Jest tak praktycznie zawsze i nie wiem z czego to wynika. Mimo, że początek trasy bardzo sympatyczny – okolice Spodka, potem trasa wiodła koło Muzeum śląskiego, następnie obok mojego osiedla – przybiłam piąsteczkę tak zwykle poważnemu sąsiadowi z góry, potem moje ulubione miejsca treningowe – Dolina Trzech Stawów…Ani się obejrzałam minęło pierwsze dziesięć kilometrów i zaczęło mi się biec rewelacyjnie. Złapałam taką fajną lekkość i dynamikę biegu. Przez kolejne18 km biegło mi się wyśmienicie. Nikiszowiec minął mi tak szybko, że nie zdążyłam się nim nacieszyć, potem Mysłowice, następnie na powrót zawitaliśmy do Katowic. Trasa Silesi jest bardzo urozmaicona. Nie bez powodu mówi się o niej – górski maraton. Jeszcze tuż przed 28 km byłam pewna, że będę próbować atakować moja magiczna barierę – czterech godzin w maratonie. Czułam się wspaniale, właściwie starałam trzymać tempo, żeby nie biec za szybko, ani za wolno…no i właśnie. Nigdy nie można być tak do końca pewnym siebie w maratonie. Nigdy.

Od trzydziestego kilometra załapałam klasyczną maratońska ścianę, mimo że piłam na każdym punkcie i jadłam sprawdzone rzeczy. Myślę, że mim wszystko zawiniły słońce, wysoka temperatura i zbyt duża pewność siebie. Zero cienia, gorąco parujące od nagrzanego asfaltu. Nogi stały się ciężkie. Tempo, które jeszcze przed chwilą nie stanowiło najmniejszego problemu stało się niemożliwe do utrzymania. Zwolniłam i brnęłam naprzód. Pojawiła się złość. Taka sportowa złość i żal do wszystkiego i wszystkich. W mojej głowie wyglądało to mniej więcej tak. ,,Miało być zachmurzenie! Dlaczego ani jednej chmury nie ma na niebie? Żądam zapowiadanych w prognozie pogody chmur! Dlaczego tak zawsze jest na Silesi? Nie dość, że same góry, to jeszcze zawsze słonecznie i ciepło. Co to ma być!? Już nigdy więcej nie biegnę Silesia Marathon. Nienawidzę cię Silesio. Sama się biegaj. Trzymam dietę, wstaję przed siódmą rano w niedzielę, żeby biegać, nie pije nawet piwa miesiąc przed maratonem…po co ?! Po co te wszystkie poświęcenia? Żeby teraz biec w tempie marszu…Dobre dziesięć kilometrów wylewałam te żale…dobrze, że tylko w myślach, bo jak sobie pomyślę, że ktoś musiałby biec obok i tego słuchać, to aż strach. Praktycznie końcówkę Silesia Marathon stanowi konkretny i długi podbieg za Siemianowicami Śląskimi (w samym mieście, jak zawsze zresztą , organizowana jest strefa kibica z prawdziwego zdarzenia i od kiedy biegam tam na trasie maratonu zawsze to miasto ciepło mi się kojarzy, właśnie z takim cudownym dopingiem i wspaniałą atmosferą). Na tym właśnie podbiegu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle powstałam z martwych. Biegnę co raz szybciej, mijam co raz więcej i więcej biegaczy poruszających się w trybie zombie. Na końcu podbiegu ustawiła się reprezentacja grupy biegowej Night Runners Gliwice. Od momentu przybicia im piąteczek ( byliście cudowni, dziękuję!) to już w ogóle dostałam skrzydeł. Oprócz tego trasa prowadziła mnie już teraz pomiędzy życiodajnym cieniem drzew Parku Śląskiego. Biegłam jak natchniona po znanych mi ścieżkach rowerowo – biegowych. Na playliście akurat wskoczył kawałek , który tak bardzo pasował mi do mojego stanu, mojej sytuacji…że zaczęłam go śpiewać na cały głos. To było taki niesamowite lecieć tak na pełnej kicie, kończyć maraton i śpiewać…Monikę Lewczuk ( nie osądzajcie mnie) ,,Tego nie da się powiedzieć, radość, słońce (patrzcie, że już jakoś nie przeszkadzało mi to mordercze słońce 😉 ), wiatr na ciele, łapie wszystkie te momenty by zatrzymać w sobie czar. Tylko tu i teraz liczą się sekundy, przegonimy razem czas”…Moje talenty wokalne są bardzo marne…więc jeśli ktoś to słyszał, to bardzo bym chciała w tym miejscu gorąco przeprosić za to karygodne zachowanie, ale nie mogłam się powstrzymać. Biegłam, śpiewałam, cieszyłam się z tego co się dzieje ze mną tu i teraz i naprawdę chciałam zatrzymać te chwile na zawsze. Czy mogło być piękniej na koniec maratonu? Mogło. Wbiegnięcie na niebieską, pachnącą nowością, bieżnię Stadionu Śląskiego i runda honorowa do mety…to była NAJPIĘKNIEJSZA META W MOIM ŻYCIU. Spodziewałam się, że to będzie piękny moment, ale to co wtedy czułam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wspaniała, piękna i niepowtarzalna chwila.

Trasa tegorocznej Silesi przeciągnęła mnie po wszystkich uczuciach – najpierw umiarkowane ,,lubię cię”, potem ,,kocham cię Silesio, kocham, jest nam razem cudownie”, następnie ,,nienawidzę cię, nie będę cię już biegać nigdy, co ty sobie wyobrażasz, jesteś niedobra, zła, podła, do tego są góry i jeszcze słońce świeci” aż po ,,ubóstwiam cię, jesteś moim marzeniem, będę cię wielbić i biegać zawsze”

Dlaczego tak kocham ten dystans? Maraton nie wybacza błędów. Wymaga koncentracji od początku do końca. Może cię obdarzyć najpiękniejszymi chwilami w życiu, może najgorszymi…a często i takimi i takimi. Jest nieprzewidywalny. Nigdy nie możesz się czuć pewnym. Nienawidzi pychy i lekkomyślności. Może cię odciąć 800 metrów przed metą, a możesz biec lekko od początku do końca. Możesz umrzeć na 30km, by odrodzić się na 40stym i lecieć sprintem do mety. Możesz go kochać i nienawidzić…jedno jest pewne. Nie przechodzisz obok tego dystansu obojętnie.

Parę lat temu natrafiłam przypadkowo na niemiecki film ,,Ostatni bieg Paula”. Krótki opis zachęcił mnie do obejrzenia…i byłam nim oczarowana. Film opowiada historię starszego małżeństwa, zmuszonego przez los do zamieszkania w domu starców. Główny bohater Paul – wielokrotny mistrz świata w maratonie, żeby odnaleźć sens życia i nie dać się przytłaczającej go rzeczywistości wegetacji zapisuje się na maraton w Berlinie i rozpoczyna do niego treningi. Piękny film o harcie ducha, pięknie sportu i ogromnej sile psychiki. Człowiek który stracił wszystko, na skraju swego życia ,nie poddał się i ukończył maraton na przepięknej niebieskiej bieżni ( tak! Jak na Stadionie śląskim!) stadionu olimpijskiego. Bohater w trakcie filmu wypowiada takie oto słowa, którymi chciałam zakończyć ten tekst – ,, Życie jest jak maraton. Pierwsze kroki przychodzą łatwo. Myślisz, że nic nie może cię zatrzymać. Ale potem przychodzi ból, z każdym metrem tracisz siły. Wydaje ci się, że już nie dasz rady, ale biegniesz dalej, wciąż naprzód, aż do całkowitego wyczerpania. A na końcu czeka cię zwycięstwo. To pewne. Zwycięstwo.”

Mariola Powroźna

JAK PRZEBIEC PÓŁMARATON NA WARZYWACH?

Mniej więcej pod koniec maja, zdecydowałam, że w tym roku przebiegnę PKO SILESIA MARATHON na dystansie półmaratonu. Postanowiłam, że nie będzie to taki sobie spontaniczny start, ale rzetelne treningi, dzięki którym osiągnę swój zamierzony cel, czyli „złamię” 2 godziny. Na swoją trenerkę wybrałam olimpijkę i mistrzynię Polski w chodzie sportowym – Agnieszkę Dygacz. 
Agnieszka bardzo profesjonalnie podeszła do tematu. Po szeregu pytań, na które musiałam odpowiedzieć, na moją skrzynkę mailową przyszła wiadomość – dzienniczek treningowy, z rozpisanym planem na pierwszy tydzień. Od tego wszystko się zaczęło….

Wg planu treningowego, na początku biegałam 3 x w tygodniu. Oprócz tego ćwiczenia stabilizacyjne, rozciąganie, rytmy i wiele innych ćwiczeń, dzięki którym miała się poprawić moja gibkość, zwinność i szybkość. Wszystko szło pięknie do czasu kiedy truchtałam. Kiedy plan zakładał bieg ciągły zaczynały się schody. Zbyt wysokie tętno, zmęczenie, zadyszka.
– To nic! – tłumaczyłam sobie – Przecież dopiero od niedawna trenuję, nie zrobię formy w dwa tygodnie – usprawiedliwiałam swój brak efektów.
Mijały tygodnie, a ja sportowo stałam w miejscu. Oprócz mojej rosnącej frustracji, rosła także waga i pogłębiało się moje niezadowolenie z samej siebie. Włączył się tak zwany dołek i bieganie, które miało wywoływać u mnie produkcje hormonu szczęścia, fundowało mi stany depresyjne.

Z okazji długiego, sierpniowego weekendu, wraz z grupą przyjaciół wyjechaliśmy na długi weekend do Poraja. Wyjazd ten nazwaliśmy roboczo mini obozem sportowym. Postanowiliśmy bowiem, że każdy dzień wypełnimy aktywnością: bieganie, rower rolki.
Pomimo, iż kocham rower i zawsze będzie on u mnie na pierwszym miejscu, Jura Krakowsko – Częstochowska dała mi mocno w kość. Czułam się z tym nieswojo. Nawet kiedy miewałam spadek formy, rower nigdy nie stanowił dla mnie problemu. Na wypady rowerowe czy rajdy, gdzie do pokonania było 100 km, zgłaszałam się chętnie. W Poraju po pokonaniu 25 km miałam wrażenie jakbym przejechała ich 250 i z chęcią kolejne dni spędziłabym w łóżku na regeneracji.

Zmęczenie, trudności z ruszeniem się z łóżka rano, ciągłe uczucie senności i towarzyszące temu „niechcemisię”, to tylko niektóre objawy, które utrudniały mi życie. Czułam, że coś jest nie tak i pomimo, że walczyłam z dolegliwościami własnymi sposobami, miałam wrażenie, że zamiast lepiej jest gorzej.  Moje ciśnienie uparcie wskazywało 80:50. Nic tylko leżeć i płakać.
Postanowiłam pójść do lekarza – nie jednego. Na tapetę poszło kilku, oczywiście wszystkie wizyty umawiałam prywatnie, ze względu na czas oczekiwania do specjalisty, który przyjmuję w ramach NFZ. Tym sposobem wydałam około 1500 zł w 2 tygodnie. Uważam jednak, że było warto, między innymi dlatego, że do endokrynologa od momentu wykonania telefonu do wizyty mięło 10 godzin. Z NFZ wizyta miała odbyć się w 2019 roku (!!!) do tego czasu w najlepszym wypadku mogłabym ważyć 100 kg, w najgorszym….wolę nie gdybać.

Całkiem sympatyczna pani endokrynolog, wysłuchała mojej historii. Najbardziej zaciekawił ją fakt, że dokucza mi problem obrzęku na nogach (ciągle czułam jakbym miała dwie kłody ważące tonę zamiast nóg). Po wywiadzie przyszła pora na USG.
Na początku mina pani doktor niczego nie zdradzała, ale gdy padło pytanie – Czy w pani rodzinie ktoś chorował na tarczycę? wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Otóż nie wiem czy ktoś chorował. Może chorował ale o tym nie wiem, a może ten ktoś sam o tym nie wie?

Okazało się, że jak na mój młody wiek (mam 34 lata) wyhodowałam sobie całkiem sporo, całkiem sporych guzów. Nie lubię słowa guz i nawet zapewnienia pani doktor, że w 95% przypadków, takie guzy są łagodne i oprócz tego, że są, nic więcej się nie dzieje, wystarczy obserwować. Mimo wszystko pozostało 5%.
Po dłuższej rozmowie z endokrynologiem uzyskałam wiele odpowiedzi na moje pytanie, które od dawna pojawiały się w głowie, ale nigdy nie sądziłam, że odpowiada za nie tarczyca – problem z połykaniem śliny, ucisk a nawet problem z szybkim bieganiem – winę za to ponosiły moje ponad 2 centymetrowe guzki.
Dostałam skierowanie na biopsję i listę badań do zrobienia. Zaczęło się…

Mój próg bólu jest bardzo wysoki, więc nie bałam się wbijania igły, zwłaszcza, że biopsja miała być wykonana cieńszą igłą niż np. pobranie krwi, jednak sam fakt, że ktoś mi będzie wbijać igłę w szyję trochę mnie martwił.
Na skierowaniu endokrynolog zaleciła biopsję dwóch płatów tarczycy, spodziewałam się więc dwóch nakłuć. Niestety, pomyliłam się. Lekarz aż cztery razy wbijał mi igłę w szyję i pobierał materiał do badania. Samo wbicie igły nie było straszne i nic nie bolało, jednak pobieranie materiału do badania było dość nieprzyjemnym uczuciem. Na szczęście badanie odbywało się inaczej niż się spodziewałam: trzeba położyć się na kozetce i odchylić głowę do tyłu, tak by lekarz miał naszą szyję na pierwszym planie. Dzięki temu nie widzimy kiedy lekarz ma zamiar przystąpić do zabiegu i nie musimy obawiać się nagłego ataku paniki 😉
Badanie trwało około 10 min, na wyniki czekałam 3 dni i mimo, iż byłam dobrej myśli, były to najdłuższe 3 dni od czasów operacji mojego Taty.
Po otrzymaniu wyników na maila, na kolejną wizytę u endokrynologa czekałam jeden dzień. Najważniejsze usłyszane wtedy zdanie brzmiało: guzy nie są złośliwe ale musimy się im bacznie przyglądać.

Nie będę się wdawać w szczegóły, ale oprócz wizyty u endokrynologa, zaliczyłam też wizytę u dietetyka (choroby tarczycy to często nietolerancje pokarmowe) i postanowiłam, że zafunduję mojemu organizmowi oczyszczanie w postaci postu leczniczego dr Ewy Dąbrowskiej. Jedyne co mnie przed nim blokowało to półmaraton Silesia.

Długo się nad tym wszystkim zastanawiałam i postanowiłam, że zrobię i post i wystartuję w półmaratonie. Mój kompromis polegał na tym, że przestałam martwić się o czas na mecie. Najważniejsze było dla mnie ukończyć bieg w limicie.

W innym wpisie opiszę Wam na czym polega post (dzisiaj jest mój 25 dzień z 42 dni postu, potem czeka mnie jeszcze 42 dni wychodzenia z postu) teraz wkleję Wam jedynie tabelkę co jem, a czego nie mogę jeść, więc pewnie sami zrozumiecie skąd moje obawy przed startem w zawodach. Dodam, że liczba kalorii na dobę nie powinna przekraczać 800 kalorii.

Tydzień przed półmaratonem, razem z Mamą wystartowałyśmy w Biskupicach na dystansie 6 km. Biegło mi się fantastycznie, świetna pogoda i doping, uśmiech nie schodził mi z buzi. To mnie wyluzowało przed startem.

Przed PKO Silesia Marathon wystartował jeszcze Mini Silesia Marathon, na który też zdecydowałam się iść w towarzystwie Mamy i przyjaciół z naszego teamu. Nie wiem czy podjęłam słuszną decyzję, że przed półmaratonem zafundowałam sobie prawie 5cio km rozgrzewkę. Na pewno dobrze się bawiłam i po biegu zaobserwowałam ważne dla mnie reakcje organizmu na aktywność fizyczną podczas postu.

W sobotę położyłam się spać o 1:25 (byliśmy jeszcze na weselu) a w niedzielę obudziłam się o 6:30. O godzinie 7:00 zjadłam cztery pieczone jabłka z cynamonem, a do pudełka wzięłam pieczone frytki z dyni piżmowej, które zjadłam około 8:30. W butelce miałam swoją wodę z cytryną.

Bardzo się stresowałam, ciągle chciało mi się siku i byłam chyba marudna, takie przynajmniej odniosłam wrażenie, obserwując moją towarzyszkę Beti 😉 Pozdro Beti 🙂

Kilka minut przed godziną zero, nasza ekipa pod czujnym okiem Ani ze Studia Masażu Balans rozgrzała swoje ciała, a potem wszyscy usłyszeli AC/DC z głośników i było jasne, że czas się ruszyć. Miejmy to z głowy – pomyślałam 🙂

Pierwsze 5 km biegło mi się super. Nie wiem kiedy te kilometry przeleciały. Nagle przede mną pojawił się punkt z wodą, znaleźliśmy się na Dolinie Trzech Stawów, byłam z siebie zadowolona i szczęśliwa. Biegłam dalej, pełna nadziei i optymizmu.

Kolejne kilometry mijały, a ja wciąż miałam siłę i energię. W słuchawkach leciał audiobook ale kibice tak pięknie i głośno kibicowali, że szkoda było ich nie słyszeć. Biegłam sama, swoim tempem, nikt mnie nie poganiał i niczego nie narzucał, biegłam tak jak lubię najbardziej. Dla siebie. Ta myśl krążyła mi w głowie.

Mniej więcej na 12 km zaczęłam odczuwać zmęczenie. Zwolniłam, próbowałam nawet przejść do marszu by trochę odpocząć ale ten pomysł nie był dobry. Musiałam biec. Wolno ale biec. Około 12:00 zadzwoniłam do rodziców i dałam im znać, że wbiegłam do Siemianowic, poprosiłam o wodę z cytryną i cisnęłam do nich ile sił w nogach. I głowie. W centrum miasta nabrałam wiatru w żagle. Mnóstwo kibiców i znajomych, którzy dali dużego kopa. To było niesamowite i na samą myśl o tym, znowu łzy napływają mi do oczu. Kiedy znalazłam się przy rondzie z kulami wiedziałam, że najgorsze przede mną. 2 km podbiegu ze słońcem świecącym w twarz. Pocieszałam się, że zaraz spotkam rodziców. Była to ostatnia górka, do mety zostanie już tak niewiele. Uda mi się!

Tyle razy tam biegałam, chodziłam. Znam ten podbieg od 34 lat….i nienawidzę go. Miałam dość. Ja i wszyscy wokoło mnie, mało kto miał siłę by wbiegać pod tę ciągnącą się w nieskończoność górę, gdybym nie wiedziała, że zaraz ujrzę rodziców, z pewnością całą trasę pokonałabym marszem. Zdecydowałam się jednak na bieg, chciałam pokazać rodzicom, że jeszcze nie umieram i wbiegam żwawo pod taką górę 🙂

Świetnie było spotkać rodziców. Byli przejęci. Przygotowali mi wodę i jabłka 🙂 wiedzieli, że na punktach odżywczych, ze względu na post nie tknę się nawet banana. Zdecydowałam się jednak tylko na wodę. Na pożegnanie od mamy usłyszałam, że nie wyglądam na zmęczoną i na kogoś kto już ma 16 km w nogach. Cóż 🙂 może jednak mogłam biec szybciej?

Kiedy wbiegłam do Parku byłam najszczęśliwsza na świecie. Meta była tak blisko. Już nic nie mogło się stać. Biegłam z górki ile sił w nogach. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Stadionie Śląski nadchodzę.
Ostatni podbieg pod stadion już nawet tak nie bolał. Fakt, że widzę kopułę stadionu dodawał mi sił. Kiedy znalazłam się przed bramą szczęka mi opadła, a łzy napłynęły mi do oczu. Bieg po murawie był najbardziej wzruszającym uczuciem jaki mi ostatnio towarzyszyło. Miałam wrażenie, że Ci wszyscy kibice na trybunach patrzą na mnie. Nie wiedziałam czy biec, czy zatrzymać się i podziwiać widok czy włączyć telefon i nagrać to wszystko.
META!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Boże! Udało mi się. Pomimo, że miałam obawy i przygody po drodze, nie poddałam się. Osiągnęłam swój cel, chociaż nie pobiegłam w zakładanym przez siebie i Agnieszkę czasie. Nieważne. Świat się z tego powodu nie skończył. Przede mną jeszcze mnóstwo biegów. Nowe cele do zrealizowania. Najważniejsza dla mnie lekcja jaką wyciągnęłam po tym biegu jest taka, że nie należy się poddawać, załamywać i odkładać marzeń. Dopóki mam zdrowe nogi będę szła przed siebie. W jakim czasie? Nieważne. On i tak upłynie.
Przekonałam się też, że dieta wegańska nie pozbawia organizmu energii i kiedy tylko zakończę post, na pewno będę ją kontynuować, ale o tym w kolejnym wpisie.

SZTUKA BYCIA (PRAWIE) OSTATNIĄ

Janusze zawodów, zawalidrogi, po co się pchacie na zawody…takie, tylko wybrane i mniej wulgarne określenia, słyszą czasem ci, którzy są ostatni. Ci którzy kończą zawody tuż przed limitem…albo zaraz po…Zjawisko, które mnie ominęło…choć często sama przecież ,,pcham się” tam gdzie nie trzeba i jestem ,,Januszem zawodów”. Dlaczego moim zdaniem nie należy się tego bać i nigdy nie doświadczyłam osobiście tego zjawiska? Dlaczego uważam, że ( na szczęście!) to marginalne zjawisko? Zbliżają się jesienne maratony, połówki, wielu ludzi będzie realizowało na przykład swoje postanowienia noworoczne, wiele miesięcy przygotowując się do swojego pierwszego maratonu…i boją się, że będą ostatni…nie macie się czym przejmować…bo bycie ostatnim nie oznacza porażki.

Fot. Krzysztof Porębski

Zacznijmy od tego, że nie jestem wybitym biegaczem…ba, jestem biegaczem ledwo przeciętnym, jeszcze gorszym triathlonistą, amatorem, który traktuje sport jako zabawę, przyjemną formę spędzania wolnego czasu, którego mam bardzo niewiele. Strzelają mi do głowy czasem bardzo szalone pomysły startów i lubię to u siebie bardzo, bo to dodatkowa motywacja do zdwojenia swoich wysiłków, poprawienia się w nowych dyscyplinach…i tak dalej. Owszem, miewam swoje wzloty…ale upadków i porażek jest znacznie więcej. Nie jest to jednak kwestia życia lub śmierci. W 2016 roku spróbowałam swoich sił w triatlonie, na dystansie ¼ Ironmana. Podchodziłam do zawodów totalnie zielona. Bałam się potwornie, że zrobię z siebie głupka. Podobnie, gdy rzuciłam się nawet nie na głęboką wodę , a prawdziwe tsunami – Diablak Exstrime Triathhlon w czerwcu tego roku – bałam się najbardziej tego, że zrobię z siebie idiotkę…koniec sierpnia i ½ Silesiamana na Dolinie Trzech Stawów …wyleczyły mnie chyba na dobre z wszelkich możliwych ,,kompleksów”.

27 sierpnia odbyły się ostatnie zawody z serii Etixx Silesiamn Triathlon. Tak jak już pisałam wystartowałam na dystansie ½ IronManna. 1,9 km pływania, 90 km na rowerze, i 21,1 km biegu. Zawody odbywały się dwa tygodnie po III Mistrzostwach Polski Lekarzy Weterynarii w Ultramaratonie. Prawie 60 km po górach dało mi w kość chyba trochę więcej niż się spodziewałam. Nic nie bolało…ale czułam się zmęczona, bez mocy. Zastanawiałam się do ostatniej chwili nad zmianą dystansu na ¼ (nawet los mi to ,,podpowiadał”, bo wygrałam pakiet właśnie na ten krótszy dystans), ale stwierdziłam, że będzie co ma być, i muszę się zmierzyć z połówką. Polecę ją sobie spokojnie i tyle. Zawodników startujących na dłuższym dystansie było poniżej setki…i wszyscy traktowali się naprawdę po przyjacielsku. To nie są słowa na wyrost. Na starcie pojawiły się międzynarodowe sławy…które przed zawodami witały się z innymi zawodnikami, a na trasie dopingowały innych zawodników ( na przykład na rowerowej trasie, tracąc przez to przecież mimo wszystko jakieś tam sekundy).


Z wody na moim dystansie wyszłam jako ostatnia zawodniczka, nie płynęło mi się dobrze, prawie dwa miesiące nie robiłam nic jeśli chodzi o trening w wodzie (skupiłam się na przygotowaniach do Mistrzostw Weterynarzy) i to niestety dało efekt. Mimo wszystko, zrobiłam wodę w godzinę ( do limitu zostało 20 min), całość kraulem, więc jak na moje ,,nie pływanie’’ nie byłam jakoś specjalnie załamana. Wychodząc z wody dostałam takie owacje i oklaski od kibiców, że nie mogłam w to uwierzyć. To takie wspaniałe uczucie. Nie czułam się wcale Januszem zawodów, kimś słabym, kimś, kogo nie powinno tu być. Rower też nie poszedł mi jakoś specjalnie dobrze, wiatr i górki na trasie dały mi w kość, naciągnięty przy pływaniu mięsień na plecach i brak pary nie pomagały. To, na jakim poziomie są niektórzy zawodnicy triatlonu, jakie prędkości potrafią generować i utrzymywać na rowerze, jest wprost niebywałe. Nie zapomnę momentu, na którym jadąc lekko z górki uzyskałam prędkość 45 km/h, cieszę się w duchu, że zapie…dalam tak ładnie…a tu nagle mija mnie rower, i kolejny, i kolejny, jakbym stała w miejscu…no cóż. Powiem tylko, że czeka mnie bardzo dużo pracy i w wodzie i na lądzie. Mimo wszystko tak jak pisałam wcześniej, zawodnicy ,,śmigający” dopingowali na trasie ślimaki (czyli mnie).
Tak samo było na bieganiu. Półmaraton stanowiły cztery pętle, na bardzo popularnym (zwłaszcza od momentu powstania wodnego placu zabaw) spacerowo/wypoczynkowym fragmencie Doliny Trzech Stawów. Było gwarno, wesoło…i pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi biegaliśmy my, triathloności…i podczas tych właśnie kółek…nie cisnęłam na bieganiu, nie tylko z powodu pleców i braku mocy, ale też z powodu obżerania się arbuzem na punktach odżywczych…doszłam do paru wniosków. Po pierwsze wcale nie przeszkadzało mi, że jestem praktycznie ostatnia (wyprzedziłam na rowerze jedną zawodniczkę mojego dystansu i na biegu już się nie dałam ), po drugie doświadczałam na każdym odcinku gorącego dopingu, po trzecie i chyba najważniejsze, cieszyła mnie każda chwila spędzona na trasie. Naprawdę, nie chciało mi się kończyć zawodów. Nie byłam wyczerpana, nie marzyłam wcale o tym, żeby ,,wreszcie był już koniec’’. Mogło to tak trwać i trwać…To niesamowite, ale w triatlonie, chyba jak w żadnym innym sporcie, można choć na chwilę dotknąć ,,wielkiego świata sportu” , stanąć ramię w ramię z mistrzem światowej klasy , mijać go na trasie…usłyszeć od niego doping i słowa pochwały za walkę…a żeby jeszcze tego było mało kibice i wolontariusze traktują tak samo mistrzów jak i ,,zwykłych szaraczków”.

Zastanawiam się czasem, czy nie ,,przekoloryzowuję „ amatorskiego sportu, czy nie patrzę tylko na dobre strony…a tych złych nie dostrzegam lub nie chcę dostrzegać….Być może tak jest. Czy miałam do tej pory szczęście obracać się w świecie przyjaznym, a co najmniej pobłażliwym dla ślimaków? Nie sądzę i myślę, że warto doświadczyć tego na własnej skórze.

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że jeśli chce się odzyskać wiarę w ludzi , to trzeba iść pokibicować na trasę maratonu. To absolutna prawda, choć dodałabym tu również triathlon i biegi górskie…a nawet uliczną lub leśną ,,piątkę” lub Test Coopera… Drodzy zawodnicy lub przyszli zawodnicy…nie bójcie się bycia ostatnimi. To żaden powód do wstydu. Wstydem byłoby wyśmiewanie słabszych zawodników, tych, którzy pierwszy raz mierzą się z wyzwaniem, tych, których dopadło coś, co uniemożliwia szybsze bieganie, a mimo to nie schodzą z trasy, walczą do końca.

Nie chciałabym również, żeby mój tekst został opatrznie zrozumiany. Nie chodzi mi o to, żeby ktoś kto siedzi za biurkiem, a po powrocie do domu pełni funkcję ogrzewacza kanapy zapisał się na maraton, który ma być za dwa tygodnie – bo ,,nie trzeba się bać być ostatnim”, bo ,,warto podejmować wyzwania”…nie tędy droga, choć kierunek jak najbardziej prawidłowy – trzeba wstać z kanapy! A to jak ogromną radość da ukończenie (choćby na ostatnim miejscu) pierwszej w życiu ,,piątki” nie dowie się nikt z kanapowców, dopóki nie spróbuje.

P.S. Mimo wszystko, dokonałam rachunku sumienia po moim ostatnim starcie na ½ IM i postanowiłam, że jeszcze wspanialej byłoby być chociaż w środku stawki…o ukończeniu Diablaka 2018 nie wspominając…Więc biorę się bardzo ostro do pracy…a na Babiej Górze mogę być ostatnia, byle w limicie 😉

LECYMY DURŚ 8 PAŹDZIERNIKA!

W imieniu organizatorów – Stowarzyszenia Lecymy Durś, zapraszamy na I BIEG CHARYTATYWNY POMAGAMY DURŚ, który odbędzie się 8 października 2017 roku w Piekarach Śląskich o godzinie 13:00

Stowarzyszenie Lecymy Durś i Polskie Stowarzyszenie na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną Koło w Piekarach Śląskich zaprasza na bieg, którego start i meta usytuowane będą na stadionie KS Orkan Dąbrówka Wielka przy ulicy Szymanowskiego 2 b w Piekarach Śląskich.

Zawodnicy będą mieli do pokonania pętlę o długości 5,5 km lub dwie wynoszące łącznie 11 km. Opłata startowa (35 zł) zostanie zebrana i przekazana Warsztatom Terapii Zajęciowych w Piekarach Śląskich.

Zapisy i regulamin T U T A J.

ps. ekipa MK team też tam będzie!!

BIEG GÓRSKI W CHORZOWIE? DLACZEGO NIE!

Jesień tuż tuż, więc czas najwyższy odpalić zapisy na trzeci już bieg cyklu Śląskie Biegi Górskie. Tym razem w imieniu organizatorów zapraszamy Was 21 października do Parku Śląskiego – miejsca, wydawało by się, dobrze znanego i w pełni obieganego. Jak mówią organizatorzy  trasa zaskoczy i pokaże Park od ciekawej strony. Do pokonania trasę o długości 5-7 kilometrów. Poprowadzona zostanie w większości wąskimi ścieżkami, które gęsto oplatają Górę Parkową. Będą ostre sztajchy, kręte zbiegi i możliwie szeroki wachlarz wrażeń. Zapraszamy!

Zapisy – TUTAJ
Data: 21 października 2017
Dystans: 5-7 km
Start: 10:30

Wpisowe:
– do końca września 40 zł
– do 11.10.2017 – 50 zł
– w biurze zawodów w dniu startu – 70 zł

MARATOŃSKI/BIEGOWY SLANG

„W tym roku to już nie poszaleję, ale przyszły sezon będzie mój. Całą zimę polecę Skarżyńskim”. Ten tekst mojego biegowego kolegi zainspirował mnie do dzisiejszego tekstu. Bo kto jak nie maratończyk zrozumie o co chodzi?
Chodzi oczywiście o tzw. ,,Metodę Skarżyńskiego”- plany treningowe na maraton, na różne czasy, zawarte w książce ,,Maraton” (bardzo gorąco polecam i uważam, że każdy maratończyk przeczytać powinien). Autorem jest Jerzy Skarżyński – legenda biegów maratońskich, do tej pory czynnie biorący udział w biegach na różnych dystansach. Olbrzymi propagator tej formy ruchu. Wychwala, nie bez powodu, tzw. Zimową orkę, trening wytrzymałościowy w jesienno-zimowym okresie, wspaniale procentujący na cały następny sezon startowy.

Obracając się w biegowym światku, czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, że mówimy ,,biegowym” językiem…który postronnego, nie biegającego słuchacza może wprawić w osłupienie. Poniżej przedstawię parę określeń…z pewnością, to nie wszystko. Zachęcam do podzielenia się swoimi zwrotami w komentarzach. Może kiedyś wspólnie stworzymy ,,Słownik”?

,,Dzień Konia” – marzenie każdego biegacza. Bardzo pożądana ekstremalna dyspozycja i szczyt biegowej formy przypadający na dzień zawodów. Czasem usłyszy się bardziej ,,fachowe „ określenie – superkompensacja. O co chodzi? O to, że w dzień biegu (zasłużenie, rzadziej z przypadku, chociaż też się zdarza) czujemy się, jakbyśmy mogli góry przenosić. Robimy ,,życiówki”, po drodze przybijając piąteczki kibicom. Wpadamy na metę, nie dość, że ze świetnym czasem, to jeszcze nawet z niedosytem. Najlepsi potrafią tak ustawić sobie trening, przygotowania, by właśnie w dzień ważnych zawodów ,,Dzień Konia” wypadł…niestety, nie zawsze wychodzi. Bywa, że w tygodniu, na jakimś środowym treningu lecimy lekko, nie mogąc wprost uwierzyć w swoją formę…by w niedzielę, na zawodach, wlec się noga, za nogą. Jakby powietrze zmieniło swoją gęstość.

,,Zając” lub Pacemaker – zawodnik prowadzący kogoś, lub całą grupę biegaczy na określony czas, np. na złamanie czterech godzin w maratonie. Czysto teoretycznie jest to doświadczona biegaczka lub biegacz, który potrafi utrzymywać równe tempo, pomaga innym zwalczyć kryzysy, dodaje otuchy…wielu zawodników, zawdzięcza dobremu zającowi ,,dowiezienie” się na metę i upragniony wynik…Niestety bywają i złe zające (to brzmi jak tytuł bajki dla niegrzecznych dzieci), ale najczęściej to kwestia niedomówień – jak chce prowadzić bieg na konkretny czas, konkretny zając. Niestety spotykałam w swojej ,,karierze ‘’ pacemakerów, którzy szarpali tempo z sobie tylko znanych powodów, gubiąc przy okazji połowę swoich podopiecznych. Jeśli jednak śledzicie moje teksty, to pamiętacie, że najlepszych pacemakerów spotkałam na swoim pierwszym maratonie, Silesii Marathon w 2013 roku (tekst – Święty Grall)

,,Złamać czwórkę” (albo inną cyfrę) – nie chodzi o złamanego zęba, tylko o ukończenie zawodów, w tym wypadku maratonu, poniżej danej godziny. Jest moje osobiste niespełnione marzenie i obiecałam sobie wiele nagród po osiągnięciu tego celu.

,,Iść w trupa” – to nic innego jak dać z siebie 200% możliwości i paść za linią mety, biec tak, jakby od tego zależało życie.

,,Euforia Biegacza”, ,,Endorfiny” – legendarny stan szczęśliwości dopadający głównie uczestników biegów na dłuższych dystansach. Taki mały, przyjemny efekt uboczny. Nie dostaje się jej na zawołanie, ale nic nie wiesz o bieganiu, jeśli nie przeżyłeś choć raz tej fali szczęścia.

,,Ściana” – w slangu biegowym nie oznacza elementu konstrukcyjnego budynku. Ścianą nazywamy moment , kiedy kończą się rezerwy energetyczne organizmu, uniemożliwiające lub utrudniające dalszy bieg. Najczęściej o ścianę rozbijają się uczestnicy maratonów na około 30 – 32 km biegu. Najłatwiej jest uniknąć tego nieprzyjemnego uczucia regularnie pijąc i jedząc podczas maratońskiego biegu na wszystkich punktach. Często nagrodą za przezwyciężenie takiego kryzysu jest właśnie euforia biegacza…akurat kumulująca się z osiągnięciem mety na 42 km. Przypadek ? 😉

,,Pudło”– podium – czyli jeśli ktoś gratuluje komuś pudła, oznacza to, że ten ktoś zajął pierwsze, drugie lub trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej lub w kategorii wiekowej, jeśli tak podczas danego biegu jest.

,,Pasta party” – akcja masowego pożerania makaronu z jakimś sosem ( lub nawet nie) w przeddzień biegu maratońskiego. Okazja do spotkania wielu sobie podobnych zapaleńców, ponarzekania na kontuzję, ponarzekania na pogodę i ogólnie wyrażenia swojego strachu i obaw przed biegiem mającym się odbyć następnego dnia.

,,Ładowanie węgli” – akcja masowego pożerania makaronu każdego dnia w tygodniu poprzedzającym maraton. Głównie odbywa się w samotności

,,Życiówka” – najlepszy czas uzyskany po przebiegnięciu danego dystansu. Marzenie biegacza. Jeśli ktoś na przykład uzyskał w maratonie choć raz wynik poniżej 4h, to już do końca życia, może legitymować się tym, że ma ,,Trójkę z przodu”, wszyscy kosmici mają 2 z przodu…a jedynki jeszcze nikt nie dostał 😉

,,Planszówki” – praktycznie jedyny sposób, by spędzić czas z biegaczami poza zawodami i treningami, choć wcale o ten czas nie tak łatwo. Biegacz lub rodzina biegacza wie, że praktycznie w każdy weekend mogą być zawody, więc znalezienie wolnego terminu na zorganizowanie planszówek i zaproszenie większej grupy znajomych biegaczy – graniczy z cudem. Mimo wszystko są ludzie, którzy się nie poddają, zapraszają, organizują…bo fajnie jest się spotkać w innej strefie, niż strefa startowa, nawet jeśli to wyimaginowany świat smoków, wojen i terraformacji Marsa . Z grillem byłoby za dużo zachodu – a to ktoś bezglutenowy, albo bezcukrowy, albo mięsa nie, piwa nie, bo jutro zawody…tak, planszówki zdecydowanie ratują życie towarzyskie biegaczy.

,,Ultras” – w slangu biegacza oznacza kogoś, kto ukończył zawody o dystansie powyżej maratońskiego, czyli -42,195 km. Można poznać taką osobę dość łatwo. Pakując się na zawody zabiera ze sobą zarówno czołówkę, jak i okulary przeciwsłoneczne…w sumie to wychodząc nawet na chwilę na miasto, zabiera ze sobą wodę, okulary przeciwsłoneczne …i czołówkę (!) Aha, trzeba uważać podobno z nadmiernym chwaleniem się tym określeniem, bo podobno Ultras to również określenie zorganizowanych grup kibiców…stąd też może od ultrasa (biegacza) nie dowiemy się, że jest ultrasem (w przeciwieństwie od triathlonisty, który sam nam o tym powie 😉

To tylko wybrane ,,biegowe słówka ‘’ i określenia, które jako pierwsze przyszły mi do głowy. Jest tego dużo, dużo więcej…ba, języki i slangi ,,specjalizują„ się w zależności od dystansów, rodzajów sportów (biegi asfaltowe, górskie, triathlon) i to …fascynujące! Wspaniale jest być w grupie ludzi, którzy porozumiewają się swoim własnym językiem, słówkami, określeniami, zrozumiałymi tylko dla nich…lub dla tych, którzy chcą należeć do tego świata, jeśli nie jako biegacz, to chociaż jako kibic…

Wspaniale jest być w grupie ludzi, którzy na hasło ,,robimy połówkę” wyciągają z szafy buty biegowe, a nie żołądkową gorzką 🙂

Mariola Powroźna.

OPALANIE NATRYSKOWE – TAK CZY NIE?

Słońce poprawia nastrój. Zdecydowanie dużo lepiej czuję się gdy za oknem świeci słońce, niż pada deszcz i jest szaro. Mogłabym nawet rzec, że jestem ładowana na baterie słonecznie….no chyba, że mówimy o temperaturach zbliżających się do 40 stopni Celsjusza, a ja muszę siedzieć w pracy….
Inaczej sprawa się ma jeśli chodzi o moją skórę. Pomimo, że lubię kiedy jest muśnięta słońcem i przybiera złoto, brązowy kolor, raczej nie jest to wynikiem leżakowania na plaży. Jest to efektem przypadkowego opalania np. podczas jazdy na rowerze.

Kilka tygodni temu, wraz z moim chłopakiem, zrobiłam sobie zdjęcie. Skóra przy skórze. Moja skóra biała, pewnie dla niektórych wręcz przezroczysta, skóra chłopaka – lekko muśnięta słońcem, zdrowo brązowa. Byłam na wakacjach w ciepłych krajach, z których wróciłam blada, mam ogródek, na którym zawsze rozkładam leżak w cieniu, zawsze noszę okulary przeciwsłoneczne. Nie chcę się opalać ale chciałabym być lekko opalona. Hmmm… na solarium też nie chodzę – lampy mogą być groźniejsze dla skóry od słońca. Szukałam alternatyw….

Intensywne opalanie może być przyczyną przebarwień, przesuszenia, a nawet raka skóry. Lista wad opalania jest długa, podobnie jak korzyści, jakie dają słoneczne promienie. Dla mnie najważniejszym powodem, dla którego rezygnuję z opalania (oprócz tego, że to cholernie nudne) są przebarwienia skórne. 

Tego lata zainteresowałam się tematem opalania natryskowego. OPALANIE NATRYSKOWE – jest jedną z bezpiecznych metod opalania. Zaletą zabiegu jest natychmiastowy efekt, a cena warta jest rezultatów. Po opalaniu natryskowym skóra jest nawilżona, dobrze odżywiona i złoto brązowa w 10, 15 min. Opalanie natryskowe jest całkowicie bezpieczne dla zdrowia.

NA CZYM TO POLEGA?
Opalanie natryskowe polega na nałożeniu na skórę delikatnej mgiełki opalającej. Osoba, która zdecyduje się na opalanie musi przygotować się na około 15 minutowy „zabieg”. Opalanie odbywa się w bieliźnie – własnej lub jednorazowej, którą dostaje się w gabinecie. Można też opalać się tylko w majtkach.
Zabieg wykonuje się w gabinecie kosmetycznym w specjalnie przygotowanej do tego kabinie. Kosmetyczka spryskuje ciało używając do tego urządzenia przypominającego nawilżacz do kwiatów.
Sama aplikacja preparatu brązującego trwa z reguły 15 minut, ale należy również wziąć pod uwagę czas potrzebny na przygotowanie do zabiegu (ok. 5 minut) oraz kilka minut przeznaczonych na suszenie ciała. Ja, przed zabiegiem brałam jeszcze prysznic oraz zmywałam makijaż więc czas spędzony w gabinecie znacznie się wydłużył.
Sam demakijaż i prysznic to nie wszystko, przed zabiegiem trzeba wykonać jeszcze kilka czynności:

Zdrowe opalanie. Salon opalania natryskowego w Katowicach
Gabinet, który wybrałam na wykonanie zabiegu opalania nie został przeze mnie wybrany przypadkowo:
– ktoś mi go polecił
– gabinet pracuje na naturalnych kosmetykach
– właścicielka gabinetu to prawdziwa pasjonatka, która nie tylko rzetelnie wykonuje natrysk, o czym przekonałam się już po zabiegu, ale przede wszystkim, ma wiedzę i znała odpowiedź na wszystkie zadane przeze mnie pytania, których miałam całe mnóstwo przed pierwszym spotkaniem. 

W DNIU ZABIEGU…
Byłam trochę zestresowana, głównie dlatego, że będę musiała się rozebrać przed obcą kobietą i stać w samych majtkach przez 15 minut, kiedy ona będzie mnie opalać. Po drugie bałam się efektu oraz tego, że opalenizna zostanie mi na ubraniach.

PO ZABIEGU

Kiedy stanęłam przed lustrem byłam w szoku. WOW jestem brązowa, cała! wszystko jest równo rozprowadzone, wygląda naturalnie i zajęło chwilę. Nie mogłam się napatrzeć. Kiedy wróciłam do domu, bałam się iść pod prysznic, nie chciałam by opalenizna zeszła pod wodą. Oczywiście nie zeszła, za wyjątkiem warstwy, która miała zostać zmyta wodą.

KILKA DNI PO…
Efekt opalenizny utrzymuje się na skórze od kilku do kilkunastu dni. U mnie efekt WOW obserwowałam przez około 5 dni. Znajomi pytali gdzie byłam na wakacjach. Ciało ładnie się mieniło na złoto. Efekt był satysfakcjonujący. Niestety, z racji mojego trybu życia po 5 dniach opalenizna zaczęła schodzić. Sport, treningi, pocenie się, częste prysznice – to nie sprzyja utrzymywaniu opalenizny dłużej. Niestety powoduje dodatkowo, że brązowy odcień nie znika ze skóry równomiernie.
Regularne nawilżanie skóry spowoduje, że barwnik będzie schodził regularnie, a skóra z dnia na dzień będzie jaśniejsza. Kosmetyczka zaleca – jeśli pojawią się zacieki lub nieestetyczne plamy, wtedy należy wykonać w tym miejscu peeling, który dodatkowo przyspieszy usuwanie zabarwienia na skórze.
Pot treningowy a także ten związany z obecnymi upałami spowodował, że brązowy kolor w każdym miejscu schodzi w swoim czasie, powodując u mnie nieestetyczne plamy. Pewnie gdyby była zima, mniej by mi przeszkadzał ten fakt, ale ponieważ jest lato i odsłaniamy więcej ciała, plamy i zacieki trochę mnie irytują.

MOJA OPINIA O OPALANIU NATRYSKOWYM
Lubię moją bladość. To moja uroda. Nie zaszkodzi jednak latem nieco przyciemnić kolor skóry. Następnym razem, na pewno dużo szybciej zmyję mgiełkę z mojego ciała lub poproszę o jaśniejszy kosmetyk. Mimo efektu wow, patrząc w lustro, czułam się jakbym z dnia na dzień z brunetki stała się blondynką. Efekt był zbyt intensywny jak dla mnie.
Kolejny zabieg wykonam dopiero jak na zewnątrz będzie trochę chłodniej. Myślę, że osoby, które planują częsty wysiłek fizyczny powinny wziąć pod uwagę moje uwagi (krótszy czas cieszenia się opalenizną, nierównomierne schodzenie opalenizny).
Jeśli ktoś prowadzi spokojne życie z pewnością będzie długo cieszyć się opalenizną.
Czy zrobiłabym zabieg drugi raz? Tak! To świetne rozwiązanie dla osób, które nie mogą i nie chcą się opalać, dla kobiet, które nie chcą straszyć bladym ciałem na wakacjach, wybierają się na imprezę lub po prostu chcą być ładnie i równo opalone.

 Adres gabinetu, w którym wykonałam zabieg, i który mogę szczerze polecić:

Zdrowe opalanie. Salon opalania natryskowego.
kom: 725 725 334
FB – klik klik

PIŁKARZE Z KATOWIC MOGĄ ZOSTAĆ MISTRZAMI EUROPY. POTRZEBUJĄ JEDNAK POMOCY.

Drużyna z Katowic grająca w 6-cio osobową piłkę nożną może zostać mistrzem Europy podczas rozgrywanych we wrześniu w Słowenii zawodów EMF Ligii Mistrzów. Żeby jednak spełniło się jej marzenie, piłkarze potrzebują pomocy kibiców.

Jest szansa na mistrzostwo!

Chociaż 6-cio osobowa piłka nożna nie jest w Polsce tak popularna i znana jak tradycyjna piłka, to już wkrótce może znaleźć się na ustach wszystkich kibiców nad Wisłą. Wszystko za sprawą drużyny piłkarskiej Dentim Clinic Katowice. Ekipa w tym roku nie miała sobie równych. Zespół zaliczył 14 meczy ligowych strzelając w sumie 149 bramek, ostatecznie zdobywając –  najpierw Final Eight Puchar Katowic, a w lipcu podczas turnieju w Warszawie Fortuna Puchar Polski Playarena 2017.

To właśnie dzięki temu ostatniemu zwycięstwu, zespół ma teraz spore szanse na tytuł mistrza Europy. Już 7-10 września w słoweńskim Terme Čatež  zorganizowane zostaną  kolejne rozgrywki EMF Ligii Mistrzów. Zmierzą się w nich najlepsze, sześcioosobowe drużyny z całej Europy –  w sumie ponad 80 drużyn z całego kontynentu!  Żeby jednak móc wyjechać na zawody, drużyna potrzebuje pomocy kibiców.

 

Sportowcy potrzebują pomocy kibiców

Drużyna ze strony Playareny ma zagwarantowane już m.in. wyżywienie, zakwaterowanie na miejscu oraz opłatę na start w zawodach. Żeby jednak zwiększyć sportowe szansę na zwycięstwo, ekipa musi zebrać jeszcze na m.in. trenera, fizjoterapeutę oraz napoje izotoniczne, a także przejazd. Piłkarze się nie poddają. Już rozpoczęli zbiórkę przez portal PolakPotrafi.pl. Do pomocy może przyłączyć się każdy!

– Liczymy na wsparcie fanów piłki nożnej oraz kibiców. Mamy nadzieję, że z ich pomocą uda nam się zebrać pieniądze na te elementy, które zapewnią nam jeszcze lepszy start w zawodach. Jesteśmy zdeterminowani i gotowi godnie reprezentować Polskę. Dla każdego z chłopaków start w Lidze Mistrzów to okazja, żeby pokazać swoje umiejętności na arenie międzynarodowej i zmierzyć się z najlepszymi w Europie – mówi Marcin Rosiński, kapitan drużyny Dentim Clinic Katowice.

Szanse na podium są spore. – Nasza kadra to zawodnicy na co dzień grający w śląskich klubach III i IV ligi m.in. Szombierki Bytom, Gwarek Tarnowskie Góry czy Podlesianka Katowice. Chłopaki wiedzą więc, jak ważna jest ciężka praca w drodze po zwycięstwo. Treningi do mistrzostw już trwają. Rozpoczęliśmy je w lipcu zaraz po powrocie z Pucharu Polski. Cała drużyna jest w świetnej formie. Ostatnie zwycięstwa i zdobyte puchary tylko zaostrzyły nasz apetyt na walkę o kolejny tytuł  –  zapewnia kapitan.

W zbiórce piłkarzom można pomóc wchodzą na portal PolakPotrafi.pl i odnajdując w zakładce sport projekt „Reprezentujemy Polskę podczas Ligii Mistrzów”. Pieniądze można wpłacać poprzez portal.

 

Link do zbiórki: https://polakpotrafi.pl/projekt/reprezentujemy-polske-podczas-ligi-mistrzow-w-slowieni

 Zobacz co mówią sami piłkarze:

https://www.youtube.com/watch?time_continue=16&v=O48q3ESKVGQ

 

Europejska Federacja Minifutbolu (EMF) jest organem administracyjnym minifutbolu w Europie (część Światowej Federacji Minifutbolu) – analogicznie jak w przypadku tradycyjnej piłki nożnej (jedenastoosobowej), gdzie UEFA jest częścią FIFA. Europejska Federacja Minifutbolu zrzesza 28 narodowych związków, w tym Polskę.  EMF organizuje Mistrzostwa Europy dla drużyn narodowych oraz coroczny turniej Ligi Mistrzów dla drużyn klubowych (na który właśnie jedziemy). Tegoroczny turniej Champions League będzie rozgrywany przez cztery dni na boiskach słoweńskiego Terme Catez. Weźmie w nim udział 85 najlepszych zespołów z całej Europy. W pierwszej fazie turniej będzie rozgrywany w grupach, a potem systemem pucharowym. Jest to najważniejszy i najbardziej prestiżowy turniej piłki nożnej 6-osobowej, w jakim można uczestniczyć w Europie.

MARATOŃCZYK NA WAKACJACH

Świadectwa rozdane, ostatni dzwonek…Wakacje, wakacje!!! Cieszą się dzieci wybiegając ze szkoły. Wakacje…jeee…super…powtarza sobie smutno pod nosem rodzic maratończyk. Bo oto nadchodzi dla trenujących regularnie rodziców ciężki okres. Teoretycznie powinno być łatwiej. Rano więcej czasu, bo nie trzeba wyprawiać latorośli do szkoły, nie trzeba odbierać, odpada wieczorne siedzenie przy lekcjach, wywiadówki…Niestety, przynajmniej u mnie, większość mojej regularności potężnie sypie się w okresie wakacyjnym i tylko siłą woli potrafię utrzymać w ryzach plan treningowy.

W ciągu roku szkolnego wszystko musi być poukładane pod plan lekcji i plan pracy. Dość łatwo jest mi wtedy zaplanować – tu masz godzinę na trening, tu masz dwie, tu się nie wyrobisz, biegasz wieczorem…itp. I mimo, że czasami wyskakują jakieś ,,zonki”, to jakoś wszystko trzyma się kupy, można to sobie tak ułożyć, że doba ma 36 a 24 godziny. Kosztuje to oczywiście dużo wysiłku, ale to wymuszone uporządkowanie bardzo dyscyplinuje. A tu nagle wyskakują wakacje. Ma się dużo czasu rano, wcześnie jest jasno, można nawet na 6 rano ustrzelić solidny trening i nie spieszyć się do domu, żeby zdążyć odprowadzić dziecko do szkoły, o zrobieniu i wmuszeniu śniadania i spakowaniu plecaka nie wspominając…tymczasem, człowiek…śpi. Mam ten problem w wakacje. Jeśli nie muszę…nie mogę się podnieść z łóżka! Próbuję wszystkich sposobów – czeka koło łóżka przygotowane ubranie biegowe i buty, ułożone na krześle zapraszająco, wystawiam sobie rower pod drzwi z powieszonym kaskiem, napełnionym bidonem …i takim tyci tyci maleńkim batonikiem do włożenia do tylnej kieszeni koszulki rowerowej ( to potężna zachęta, o raczej staram się prowadzić ,,życie bez cukru”)…i nic. Owszem budzi mnie budzik, i potem następny i następny…i wstaję tylko kiedy już absolutnie muszę, trening przerzucając na wieczór…przez co często tracę, bo mogę wtedy już zrobić tylko jedną jednostkę…a w roku szkolnym często rano był bieg, albo rower, a wieczorem basen, albo inna kombinacja norweska.


Może jakiś potężny naukowy umysł podejmie się wyjaśnienia, dlaczego łatwiej jest wstać i rano biegać prawie po ciemku przy zacinającym śniegu z deszczem…To przecież nie ma najmniejszego sensu. Kiedy już w końcu nadchodzi wieczór i mięśnie drżą z niecierpliwości …czeka na nas dziecko. Dziecko stęsknione i wynudzone po całym dniu rodzica w pracy. Dziecko , które chce i musi spędzić z nim trochę czasu , dodatkowo fajnie, jeśli na sportowo.
Na tym polu na szczęście udało mi się wypracować całkiem niezły kompromis. W wakacje praktycznie codziennie funkcjonuje jednostka treningowa pod tytułem ,,rower-bieg” , czyli Milenka na rowerze, a ja obok biegiem. Początki tej dyscypliny nie były łatwe – trzeba było czekać, zatrzymywać się, albo wręcz przeciwnie, sprintem dobiegać, kiedy potomek zbliżał się beztrosko do skrzyżowania, krzyczeć ,,w prawo”!, ,,w to drugie w prawo”!!! Trud i zaciskanie zębów opłaciły się, bo teraz mam partnera treningowego, o jakim mogłabym tylko marzyć, wiozącego mi wodę, pilnującego tempa, znającego moje trasy, małego człowieka, który z przyjemnością spędzam w ten sposób czas.


Okres wakacji, to również czas urlopów. Słowo egzotycznie brzmiące dla kogoś prowadzącego własną działalność gospodarczą. Kiedy mimo wszystko udaje się wreszcie wyszarpać jakiś krótki ,,wolny czas” i związany z nim wyjazd, trening też może ucierpieć i trzeba się nieźle napocić, dobrze rozłożyć logistykę, żeby móc choć na chwilę pobiegać lub popływać w innych okolicznościach przyrody niż za zwyczaj. W tym roku na wakacyjnym wyjeździe w słowackie góry opracowałam całkiem dobry patent. Otóż nie było żadnych ,,negocjacji” – po prostu szłam wieczorem albo rano ( tak, parę razy się udało) pobiegać i koniec. Tak byłam zaskoczona swoją determinacją , że nie miałam kiedy zorientować się, że po całym dniu łażenia z plecakami i dzieckiem po szlakach…jestem zmęczona.


Tak się cieszyłam, że mogę szczególnie urokliwą ścieżkę, którą parę godzin wcześniej wlokłam się noga za nogą, przebiec teraz lekko, bez obciążenia, bez marudzenia. Dotrzeć, do miejsc, które  szczególnie mnie zachwyciły, tym razem biegowo( z elementami wspinaczki), by się jeszcze raz nimi zachwycić. Da się to zrobić, nie czyniąc nikomu przykrości. Myślę, że każdy zasługuje na taki moment ciszy, wytchnienia i nomen omen biegowej ucieczki. To wspaniała odskocznia. Dodatkowo, nie ma lepszej formy zwiedzenia okolicy niż w formie biegowej. Można na przykład odkryć gotową do użycia szubienicę na tyłach jakiejś małej słowackiej wioseczki ( do tej pory łudzę się, że to po prostu jakiś ponury żart), albo wyleczyć się z lęku wysokości, wbiegając w miejsca, gdzie wcześniej strach było wejść. Można spróbować obiec nieznane jezioro a potem drobić kroki po torach kolejowych metalowym mostem przy pionowej skalnej ścianie, bo to jedyna droga…i odkryć po drugiej stronie ,,normalny” sklep spożywczy i wracając na pole namiotowe przynieść takie rarytasy jak bułki i mleko na śniadanie.

Można popływać w jeziorze, w wodzie o temperaturze górskiego strumienia, obiecując sobie, że na następną wyprawę zabieram piankę, przy każdym zamachu ramionami, można biegać bez bidonu popijając wodę z górskich strumyków…To niesamowite, jak silnym psychicznie i fizycznie powraca się z takiej wyprawy. Nie dość, że były ,,wakacje”, to jeszcze udało się potrenować. A jaka jest satysfakcja przy oglądaniu wykresów wysokości z takich biegowych eskapad… Oczywiście, potraktujcie ten tekst z przymrużeniem oka. Uwielbiam wakacje, wspólne rodzinne wyjazdy ( tym bardziej, że nie siedzimy przy hotelowym basenie), ale przysięgam, że dużo łatwiej jest przygotować się do wiosennego maratonu niż do jesiennego. Przy odrobinie determinacji, małych ustępstwach i wyćwiczeniu talentów negocjacyjnych wszystko się da zrobić, wszystko pogodzić…choć, nie wiem dlaczego, człowiek tak jakoś niecierpliwie wypatruje września ….i pierwszego dzwonka.

autor: Mariola Powroźna

DIABLAK – CZĘŚĆ DRUGA

Diablak Beskid Extreme Triatlon 2017 – W objęciach Barloga

Jest po trzeciej w nocy. Jadę autokarem i próbuję dostrzec za oknem coś więcej niż ciemność pochmurnej nocy. Razem z innymi zawodnikami przysłuchuję się odprawie, którą serwuje nam Daniel Wójcik przez mikrofon, niczym kierownik wycieczki….

Dowiadujemy się, że trasa wodna nie będzie w tym roku oznaczona bojami. Mamy się trzymać lewej strony i płynąć za jedną z ubezpieczających nas motorówek Beskidzkiego WOPR. Dostaliśmy też ostrzeżenie o wietrze i fali na jeziorze …no to super, pomyślałam sobie, naprawdę, nie ma jak dobre wiadomości z rana…Dojechaliśmy. Wysiadamy z autokaru. Każdy trzyma maleńki worek ze swoim numerem z napisem start (na odprawie w pakiecie startowym zawodnicy dostali worki na przepaki w różnych strefach, a że nie było jednego miejsca – tradycyjnej strefy zmian, gdzie leży wszystko, tylko było ich parę w pary miejscach i trzeba było sobie to logistycznie dobrze rozłożyć i się nie pomylić. Mnie, pakowanie worów zajęło dobrą godzinę). Do worka Start wrzucało się klapki i coś, co tam się miało no sobie i oddawało się do ,,różowej skody” jednego z wolontariuszy…która na szczęście okazała się bordowa 😉

W ręce trzymam okularki i czepek, zapinam do końca piankę…i czuję się w niej jak w zbroi. Niebo zaczyna nieśmiało się rozjaśniać, ale o malowniczym świcie i romantycznej mgiełce schodzącej z jeziora (jak na pierwszej edycji) można zapomnieć…ehhh, a myślałam, że to będzie zapewnione ,,w pakiecie”. Na osłodę pojawiła się egzotycznie wyglądająca para – dziewczyna i chłopak w góralskich strojach ze skrzypcami i dudami. Mieli nam przygrywać przy wchodzeniu do wody. Jeszcze raz otrzymujemy krótką odprawę i dwójkami schodzimy do jeziora. Przy samej zaporze na Jeziorze czeka już na nas osobowy stateczek, do którego trzeba dopłynąć ok. 200 metrów. Ma nam dać syreną sygnał do startu. Podoba mi się taki początek. Godny Diablaka.

Wchodzę do wody koloru ołowiu…która okazuje się zadziwiająco ciepła. Wiatr wzmaga się, a deszcz dosłownie wisi w powietrzu. Jestem pełna podziwu dla tej dwójki muzyków, która mimo takich warunków dzielnie nam przygrywa z brzegu. Zanurzam się w ciemnych wodach Jeziora Żywieckiego. Czy będą mi przyjazne? Myślę sobie płynąc powoli do burty statku. Przez chwilę wszystko wydaje mi się taki surrealistyczne – 4 rano, płynięcie do statku, mroczna aura…poczułam się trochę jak jakaś tajna agentka, na misji, w drużynie komando foki, czy jak im tam…Przyjemnie myśl ta połechtała moje ego 
Tak się uśmiechałam do tych myśli, że omal nie przegapiłam startu. Spodziewałam się potężnej syreny, a statek wydobył z siebie cichy gwizd. Zawodnicy koło mnie też wydali się zaskoczeni – ,,To już”? zapytał mnie zawodnik obok. ,,Chyba tak” odparłam niepewnie, ale że reszta ruszyła już potężnie młócąc ramionami wodę, nie mieliśmy wątpliwości.


W jednej chwili ekscytacja sięgnęła zenitu. To zadziwiające co adrenalina potrafi wyprawiać z organizmem. Człowiek nagle czuje się niepokonany. Dobra, wiem że to dopiero pierwsze metry, ale cieszyłam się jak mała foczka, płynąc kraulem tak, że prawie nadążałam za resztą triathlonistów. Szybko jednak otrzeźwiałam i w głowie zaczęły mi huczeć słowa Pani Agaty, która jak przypominam, stała się niechcący moją pływacką mentorką, ,,Na długim dystansie pływackim nie możesz zmęczyć się na początku. Płyń spokojnie, swoim tempem, nie przejmuj się tymi z przodu, trzymaj rytm, długie ruchy, ramiona do przodu i pilnuj pracy nóg”. No dobrze, dobrze. Płyń spokojnie, trzymaj rytm, licz sobie do trzech …powtarzałam sobie. Przede mną praktycznie dwie godziny spędzone w większości z twarzą zwróconą do niewidocznego dna. Woda nie okazuje się taka strasznie czarna ( bo już myślałam, że na początku będzie mi się płynęło jak w czarnej smole), Płynę w świecie koloru sepii urozmaiconym pęcherzami powietrza tworzącymi się od pracy rąk…które pod koniec dystansu brałam czasem za ryby. Nie muszę chyba pisać, że jestem na końcu stawki. W pewnym momencie okrąża mnie motorówka WOPRu. Zatrzymuję się (przestraszyłam się, że widząc, że wolno płynę i odstaję od reszty, chcą mnie wyjmować z wody), na szczęście otrzymuje tylko doping – ,,Dawaj, dawaj”!!! Krzyczą mi z motorówki i odpływają. Zostaje przy mnie dziewczyna w kajaku, która bardzo sprytnie koryguje mój kurs. Po wypłynięciu z zatoki, na bardziej otwarte wody pojawia się na jeziorze fala. Zaczyna też padać deszcz. A padaj sobie myślę, w międzyczasie licząc 1,2,3 oddech, 1,2,3 oddech…Co jakiś czas sprawdzam czy dobrze płynę. Różnica temperatur pomiędzy wodą a powietrzem jest tak duża, że moje nie parujące okularki parują tak, że nie widzę na powierzchni nic, oprócz jakiś rozmytych plam. Na szczęście kajakowa asysta spisuje się na medal. Mimo, że dziewczyna sama walczy z falą, wiatrem, do tego z deszczem samotnie na kajaku, to jeszcze pilnuje mojego w miarę równego płynięcia. Przy nabieraniu oddechu słyszę – ,,W lewo”!, Przy następnym oddechu ,,Jest dobrze”, Przy następnym ,,W prawo”! Robię taki slalom na tej wodzie, jakbym była po czterech piwach…albo pięciu. Im dalej na bardziej otwarte wody, tym fala większa. Przy nabieraniu oddechu na prawą stronę opijam się żywieckiej wody. Spoko, przecież woda ,,Żywiec” to twoja ulubiona woda, płyń dalej – uśmiecham się pod nosem, ale gdy kolejna i kolejna próba zaczerpnięcia powietrza na prawo, kończy się zaczerpnięciem wody modyfikuję kraula. Jak dobrze, że improwizacja to moja mocna strona. Próbuję sobie na spokojnie paru możliwości…i najkorzystniejsze okazuje się branie oddechu co szósty ruch ramionami, tylko na lewo. Dopływają do mnie dwie motorówki Żywieckiego WOPRu. Zatrzymuję się, żeby przetrzeć okularki i zagadać – ,,Daleko jeszcze‘’? (miałam dodać – Papo Smerfie, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Jeszcze pomyślą, że bredzę i wyciągną mnie z wody). ,,Już niedaleko, zaraz za cyplem”. Odkrzykują mi. Bez umawiania się dwie łodzie ustawiają się w ten sposób, że mając mnie po środku eskortują do Przystani (miejsce mojego noclegu, i początek odcinka rowerowego). Ten fragment jeziora obserwowałam wieczorem z brzegu i wydawał mi się taki długi…teraz wydawał się śmiesznie krótki. W asyście dwóch motorówek czuję się niczym VIP. Płynę, płynę i dopływam do miejsca, gdzie powinno być dno. Zatrzymuję Garmina. Patrzę na niego skołowana…jak to 4 320km?! Miało być 3,8 km!! Podnoszę się, okazuje się , że woda sięga mi do kolan! Zataczam się lekko w momencie, kiedy dopada mnie grawitacja. Po jakie licho kręgowce wyłaziły z oceanów…pomyślałam i krzyczę do ,,obstawy na brzegu” Jaki czas?! ,,Masz jeszcze całe osiem minut!” odkrzykuje mi Daniel. Odwracam się do motorówek. Na obu pokładach biją mi brawo. Macham im i krzyczę – ,,Dziękuję”. To był chyba jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Poczułam się …no nie wiem, jakbym przepłynęła La Manche. Dopłynęłam ostatnia…ale dopłynęłam. Całość kraulem i w limicie.I nie czułam się ,,zajechana”, ramiona mnie nawet nie bolały. Dystans Iron Mana! Potem okazało się, że walka z falą ,,dorobiła „mi pół kilometra. Jaka wielka była moja satysfakcja, gdy okazało się, że przepłynęłam 4 320 m w 1.50.44.


Wybiegam z wody. O dziwo biegnie mi się …super. Nie czuję tej wielkiej ,,miękkości „ nóg, tak jak po ¼. Ahh…adrenalino, najmocniejszy narkotyku świata! Biegnę między domkami do strefy zmian, znajdującej się na korcie tenisowym. I tam też po vipowsku. Namiot do przebrania tylko dla mnie. Samotna Biała Strzała wisi podwieszona za siodełko i czeka.

Łapię za mój worek wpadam do namiotu. Ciężko idzie mi przebieranie. Kończyny górne zapomniały chyba przez te dwie godziny, że mają też właściwości chwytne. Pada. Deszcz bębni w dach i ścianki namiotu, dodatkowo podwiewa poły namiotu. Mimo, że jestem praktycznie na golasa, nie przejmuję się tym w ogóle. Jestem już tylko skupiona na następnym odcinku. Tu popełniam też największy błąd. Nie biorę kurtki przeciwdeszczowej. Moje myślenie opierało się na – będzie ci zimno, to będziesz szybciej pedałować. To była głupota, za którą przyszło mi bardzo słono zapłacić. Ale na razie wybiegam z namiotu, wskakuję na rower i jadę. No właśnie, jadę sama! Nie zdążyłam wgrać sobie tracka na garmina, ani na kom., ale myślę będzie dobrze, oglądałam zdjęcia z tarasy na FB, znam też po kolei miejscowości na trasie, na skrzyżowaniach i na ulicy będą strzałki ,mam przy sobie GPSa…jak gdzieś pobłądzisz, to org zadzwoni i cię naprowadzi…( i opieprzy 😉 Tu też dałam solidnie ciała, bo przez niepewność i zatrzymywania się na trasie traciłam bardzo dużo cennego czasu. Wróćmy jednak do tego, co dzieję się teraz – przede wszystkim jest cholernie mokro. Tego najbardziej się obawiałam. Jak będzie zachowywać się dzielna Biała Strzała na mokrej nawierzchni. Zrobiłam parę kontrolnych hamowań, w tym jedno ostrzejsze, ale mimo obaw, hamulce jakoś łapały, nie stawiało mnie bokiem…jedź, jedź kobieto, nie myśl o tych cieniutkich łysych oponkach bez bieżnika, po prostu jedź!!! Nawet jak się wywalisz, to masz GPSa, znajdą cię. Jadę. Po paru kilometrach dostrzegam rowerzystę. Niemożliwe, że to ktoś z Diablaka. Ależ to zapaleniec, trenować w taka pogodę, po szóstej rano…no zuch chłopak, myślę sobie. Dojeżdżam do niego…patrzę, a na plecach powiewa mu numer startowy Diablaka…Pogubiłem się na początku, krzyczy do mnie, chyba z 10 km zrobiłem bez sensu…Aha, pocieszam się, to nie tylko ja dałam ciała, z obowiązkową znajomością trasy. Stanęliśmy za rondem . Nie ryzykuję…dzwonie do Organizatora ( biedny Daniel Wójcik – wpisałam sobie jego numer pod OGR i zamęczałam telefonami przed, po i w trakcie, wiem, na pewno wiem, że jestem na Czarnej Liście). Daniel – Ok., widzę Was na ekranie, musicie jechać tu i tu…Żadnego opieprzu, sprawnie, miło i rzeczowo…Dzięki, jeszcze raz dzięki ogromne za to niańczenie.
Jedziemy. Leje. Na razie moja strategia – z rozgrzewaniem się działa bardzo dobrze. Gdzieś po godzinie pedałowania przypominam sobie, że funkcjonuje na ½ drożdżówki i wodzie wypitej z Jeziora Żywieckiego. Chwytam za pierwszego z brzegu batonika, zmuszam się do wypicia paru łyków wody ( nie czuję pragnienia w ogóle), i wciągam Kubusiowy mus…to najlepszy ,,rowerowy posiłek pod słońcem. Dojeżdżam do Szczyrku. Uśmiecham się pod nosem. Przypomina mi się styczniowy wyjazd do Szczyrku na Zamieć…cóż, mam same dobre wspomnienia związane z tą miejscowością. Nagle robi się ciemno i w jednym momencie zderzam się ze ścianą deszczu. Dosłownie. Nigdy nie jechałam w takiej ulewie. To było tak, jakby strażacy polewali mnie z węża. Nie widziałam praktycznie nic. W niektórych miejscach tworzą się takie kałuże, że koła roweru zanurzają się w nich do 1/3. W czymś takim przynajmniej się nie poślizgnę – dodaję sobie, jadąc powoli. Przed jakimś skrzyżowaniem zatrzymuje się. Kompletnie nie wiem gdzie jestem. Ściana wody zalała mi oczy i nagle spanikowałam, że zgubiłam trasę. Odpalam komórkę. Na stronie Diablaka jest mapka, gdzie można śledzić zawodników. Nie będę z siebie głupka robić i znów dzwonić do orga, bo przecież to niepoważne, zobaczę czy jestem na trasie, czy nie. Niestety, jakoś ta mapka nie chciała mi się odpalić…dobra, musisz zadzwonić. Ale to już ostatni raz! Widzę cię, jesteś na trasie, jedź cały czas prosto. Otrzymałam jasny komunikat. Deszcz trochę zelżał. Jadę z lekkim dołem, bo czuję się beznadziejnie przez to wydzwanianie. Normalnie mogła jechać za mną kobieta z dzwonem w ręku i wołać ,,Shame! Shame!”


Dalej pada. Jest mrocznie i mgliście. Zaczyna się podjazd pod Przełęcz Salmopolską . Tutaj Biała Strzałą pokazuję swoją całą przewagę nad góralem. Na szosówce podjedzie się wszędzie. Pracuję mocno. Chyba dopiero tutaj zaczynam się czuć komfortowo. Jest mi ciepło, dobrze mi się jedzie. Jest super. Za jednym z zakrętów z naprzeciwka jedzie jakiś samochód i zatrzymuje się na mojej wysokości. Rozpoznaję chłopaków z odprawy w Żywcu. Patrzą na mnie i miny mają zatroskane. ,,Za chwilę będzie bardzo długi zjazd. Uważaj, mocno się na nim wychłodzisz”. Ok.! Dzięki! Odpowiadam…ale myślę, zjazd, to zjazd, i tak będę wolno jechać, bo ślisko…ach, jak oni dobrze wiedzieli, te zatroskane miny, naprawdę wyrażały to, co mnie miało czekać. Zjazd był cholernie długi i cholernie niebezpieczny. W paru miejscach musiałam po prostu się zatrzymać. Tym zjazdem przegrałam Diablaka. Nie dość, że zrobiło mi się tak potwornie zimno, że szczękałam zębami niczym zombie goniący swoją ofiarę, to jeszcze traciłam cenny czas. Ręce bolały mnie od ciągłego hamowania…ale nie miałam odwagi rozpędzić się. Na mokrej powierzchni przy szybszej jeździe nie miałam żadnej kontroli. Dodatkowym niebezpieczeństwem, było to, że nie można było ścinać zakrętów. Diablak odbywał się przy normalnym ruchu ulicznym. W pewnym momencie w ostatniej chwili uciekłam przed terenówką, która na zakręcie, przy podwójnej ciągłej wyprzedzała sobie autokar. Na centymetry, prawie otarłam się o ten samochód. Zatrzymałam się i zsiadłam z roweru. Trzęsłam się cała. Nie wiem czy bardziej ze strachu, czy z zimna. Poczułam się pokonana. Złamana i rozłożona na łopatki. Chciałam to zakończyć. Jesteś zwykłym tchórzem Mariola, nikim innym. Wsiadaj na rower i dojedź chociaż do żywieniówki. Ze spuszczoną głową, powoli dojechałam do miejsca, gdzie na przystanku autobusowym stał bus organizatorów. To był dopiero 45 km trasy…


Dojechałam. Spod przystanku wyskoczył wysoki chłopak w okularach. No w końcu jesteś, już się martwiliśmy, że coś ci się stało. Mówił do mnie, pomagając mi zsiąść z roweru. Telepało mną jak w delirium. Rzucił na mnie okiem. Wsiadaj do busa, rozgrzejesz się. Na fotelu pasażera rozłożony był śpiwór, okryłam się nim, dostałam kubek herbaty. Chciałam powiedzieć, że rezygnuję…ale odwlekałam ten moment. Nigdy, nigdy, przenigdy nie schodziłam z trasy. Nigdy nie powiewałam białą flagą. Nie mogło mi to przejść przez gardło. Gorąca herbata działała kojąco. Chłopak usiadł koło mnie w busie i dodawał otuchy. Opowiedział, że kiedyś też się tak wychłodził na trasie we Francji, że nie był w stanie jechać i musiał rezygnować…i że tak w ogóle, to w tym miejscu przed chwilą zrezygnowało czterech zawodników. Musieli ich zwozić…Spojrzał na mnie poważnie i dodał ,,Ale ty dojedziesz do Żywca” Nie wiem czy te słowa były ,,magicznym zaklęciem”, ale podziałały na mnie właśnie w ten sposób. Nie zrezygnuje, dojadę do końca chociaż pierwszej pętli. Poznam trasę. Potraktuję to jako przygotowanie do następnego Diablaka. Teraz, albo nigdy – Wysiadaj i jedź!!!

Chociaż telepało mnie z zimna dalej szarpnęłam za klamkę drzwi busa i w tempie ewakuacji z płonącego budynku wysiadłam i złapałam za rower. Chłopak pchał mi go jeszcze z dziesięć metrów…Są tacy ludzie, którzy ratują tonących, nie zdając sobie pewnie z tego sprawy. Od tego momentu zaczęły się najwspanialsze momenty rowerowego odcinka. Podjazd pod zameczek był przewspaniały, jazda szczytem, potem zjazd, już mniej stromy i krótszy…nawet padać przestało, ba, wyszło na chwilę słońce. To było tak, jakby Diablak nagradzał mnie za decyzję powrotu na trasę. Tak się czułam…Przegrana i wygrana równocześnie. Czekała mnie jeszcze jedna nagroda. Był taki fragment trasy, którą stanowiła nowa droga techniczna przy drodze szybkiego ruchu. Był to zjazd, chwilę nie padało i asfalt był w miarę suchy. Ręce bolały mnie od wcześniejszych hamowań…Na tym odcinku ,,puściłam wodze” i pozwoliłam Białej Strzale rozpędzić się tak jak chciała. To było coś cudownego…ta prędkość…jest coś w tym pięknego, groźnego i uzależniającego równocześnie. Pęd powietrza wyciskał mi łzy z kącików oczu…których nie chciało się przymykać. Chłonęłam ten moment wszystkimi zmysłami. Wszystko inne przestało istnieć. Byłam tylko ja i prędkość. Coś takiego, taką wolność, doświadczyłam tylko raz na końskim grzebiecie w pełnym galopie, gdześ na otwartym terenie, nigdy na rowerze…ach,ach,ach….cholernie warto było wziąć udział w Diablaku choćby dla tej ulotnej chwili.


Dotarłam do Żywca. Ukończyłam pierwszą pętle. Poczułam wielki smutek i żal, kiedy musiałam zdecydować, że nie jadę na drugą pętle, ale czas jaki mi pozostał do limitu, był już tak niewielki, że nie miałam najmniejszych szans się zmieścić. Z prawdziwą zazdrością patrzyłam na innych zawodników, którzy szykowali się do odcinka biegowego. Do dziś żałuję tylko jednej rzeczy, że nie poprosiłam organizatorów o możliwość pobiegnięcia na Babią Górę po ukończeniu tylko pierwszej pętli. Nieważne, że nie byłabym klasyfikowana. Biegowe zdobycie Diablaka było moim największym marzeniem, a sam bieg, miał być moją najmocniejszą stroną…cóż niedosyt pozostał mi potworny. Może to i dobrze…Choć przegrałam sromotnie ( bo dotarcie do połowy zawodów, to rozłożenie na łopatki) nie żałuję ani sekundy spędzonej na Diablaku.


Chciałabym w tym miejscu podziękować wszystkim, którzy pomagali mi na trasie Danielowi Wójcikowi, chłopakom z samochodu na przełęczy, chłopakowi z busa na żywieniówce, dziewczynie na kajaku, chłopakom na motorówkach, wolontariuszom na rynku w Żywcu…wszystko, absolutnie wszystko było na medal i czułam się, „zaopiekowana” w każdym miejscu. Dziękuję też jeszcze raz wszystkim, którzy mi kibicowali i trzymali kciuki, pomagali, pożyczali sprzęt…To było piękne przeżycie i nie byłoby możliwe, gdyby nie Wasza pomoc.


A teraz kilka słów do Ciebie Diablaku, mój prywatny Barlogu – dziękuję, że utarłeś mi nosa, że mnie pokonałeś, pokazałeś swoją wielkość i siłę, i to, że trzeba się z Tobą liczyć. Wrócę, zejdę znów do Morii, by stoczyć z Tobą bój. Obiecuję

Mariola Powroźna

 

 

fot. OLIVKOVELOVE – FOTOGRAFIA
f
ot. PSTRYKAWKA.PL