SPORT W WIELKIM MIEŚCIE

NIEZNANE WODY CZYLI UNDERGROUND SWIM

Zacznijmy od tego, że w grupie ludzi, wśród której spędzam czas wolny ( czyli biegaczy, triathlonistów, a ostatnio też pływaków i morsów), zdążyłam już, sama nie wiem dlaczego, zyskać opinie człowieka lubiącego sportowe wyzwania. Wyzwania, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się bardzo trudne…cóż  pewnie sobie trochę na to zasłużyłam. Niektórzy zaczęli już się podobno bać opowiadać mi i wysyłać informację o jakiś nietypowych zawodach, challengach, bo …istnieje duże prawdopodobieństwo, że pojadę i to zrobię.

I tak, jakiś czas temu ktoś podesłał mi informację dotyczącą bardzo nietypowych zmagań pływackich. Miały się one rozgrywać na trzech dystansach 100, 500 i 1000 metrów, w wodzie o temperaturze około 8 stopni…do tej pory wszystko brzmi spoko ( z wyjątkiem może tych 8 stopni). Cała niezwykłość rywalizacji polegała na tym, że zawodnicy mieli pływać pod ziemią! Tak !!! Początkowo lokalizacja wydarzenia miała się znajdować w Złotym Stoku, potem organizatorzy zmienili miejsce na ,,depozyt Trzeciej Rzeszy”, czyli podziemny kompleks RIESE . Nikogo, kto mnie choć trochę zna, chyba nie zastanawia, dlaczego byłam baaaaardzo na ,,TAK”. Pomysłodawcą i głównym organizatorem Underground SWIM ( czyli Sprawcą ) był Krzysztof Gajewski. Jest to człowiek, propagujący pływanie w wodach otwartych bez względu na jej temperaturę, oczywiście bez pianki. Tak jakoś ( pewnie pod wpływem takich filmów jak Sanctum, albo Jaskinia ) wymyśliło mu się to ,,Underground”…i myślę, że za bardzo się nie zdziwił, iż pomysł tak bardzo rozpalił wyobraźnię osób krócej lub dłużej uprawiających ,,zimowe pływanie” lub triathlon.

Przed zapisaniem się na poszczególne dystanse, trzeba było ,,udowodnić”, że ,,da się radę”. Pamiętam, że kiedy, z wypiekami na twarzy, czytałam wszystkie punkty regulaminu, zdałam sobie sprawę, że może jednak tak średnio się nadaję. Od początku myślałam tylko i wyłącznie o dystansie 100 metrów. Bawiłam się w pływanie bez pianki w zimnej wodzie od półtorej miesiąca. Ani razu ( w tamtym momencie) nie morsowałam. Tak jakoś wyszło, że przeskoczyłam ten etap i po prostu zaczęłam od pływania, a że mieszkam przy Dolinie Trzech Stawów, pływałam w popularnym wśród zimowych pływaków Stawie Kąpielowym, przy którym udało mi się któregoś dnia poznać celebrytę wśród ludzi lubiących wyzwania, czyli Leszka Naziemca ( jeszcze przed jego wyjazdem na Antarktydę ). I kiedy powiedziałam o tym Krzysztofowi Gajewskiemu, do którego zadzwoniłam z zapytaniem ,,Czy mogę ‘’, od razu padło ,,Tak”. Są takie nazwiska ….ha ha.

Termin zawodów zbliżał się nieubłagalnie. Nie mam samochodu i nie znałam nikogo innego wybierającego się na to podziemne pływanie. W akcie desperacji wrzuciłam post z zapytaniem o transport na FB wydarzenia. Od razu odezwał się Krzysztof ( tak, Sprawca) z informacją – ,,Leszek Naziemiec jedzie, zabierz się z nim”…cóż…przyznam się, że choć poznałam go już osobiście, to miałam opory. Ja, zwykły szarak, świerzak i początkujący przez duże P, mam ,,uderzać „ o transport do kogoś, kto w wakacje przepłynął Wisłę ( Odyseja Wiślana), i przed chwilą wrócił z zawodów pływackich rozgrywanych na Antarktydzie. No, ale odważnym przecież trzeba być. Napisałam. I tak, już nie wchodząc w szczegóły, 16ego grudnia 2018 roku znalazłam się w jednym samochodzie z Leszkiem Naziemcem, Bartoszem Sztabą, Kamilem Bieszczadem i Januszem Machaczkiem ( naszym kierowcą), czyli z nieustraszoną brygadą morsów i zimowych pływaków.

Możecie sobie tylko wyobrazić jakie opowieści leciały po drodze do Włodarza. Lepszego transportu i towarzystwa nie mogłabym sobie wymarzyć…A moment, kiedy zatrzymaliśmy się na kawę na Orlenie i całkiem na poważnie rozważaliśmy zakup worka lodu z zamrażalnika, żeby robić aklimatyzację…bezcenny.

Włodarz i RIESE. Jesteśmy. Jedziemy powoli ośnieżoną drogą. Gdybym miała przez chwilę wątpliwości gdzie jadę i na co, to rozwiewa je gościu w krótkim rękawku przechadzający się wśród śniegów…cóż, muszę się przyzwyczaić do takich widoków i już.

Wysiadamy. Ekipa, z którą jechałam, wita się ze znajomymi. Grzecznie się do wszystkich uśmiecham i nadrabiam miną…choć, mimo tego, że jestem zielona, nie czułam się jakoś specjalnie obco. Było podobnie jak na biegach ultra. Niby nie znasz ludzi, albo znasz niewielu, ale i tak czujesz się jak wśród swoich. To bardzo przyjemne uczucie. Nikt nikogo nie dzieli, że ty ,,tylko” 100, a ja tysiąc ( chodzi o dystans). Ale żeby nie było, że tak nikogo nie znam. W kantynie ( baza zawodów) spotykam Kasię Gniot. Jeśli ktoś uważnie czyta moje teksty, to skojarzy to imię i nazwisko z relacji z Diablaka ( Diablak Beskid Extreme Triatlon). To Twardzielka w całym tego słowa znaczeniu. Oprócz trenowania i startowania w triatlonach, maratonach, uprawia ,,zimowe pływanie”, sama organizuje z powodzeniem zawody, normalnie pracuje i wychowuje trójkę synów…to tylko mała wzmianka dla tych, którzy ,,nie mają czasu na bieganie”. Strasznie podziwiam i ogromnie szanuję.

Przed rejestracją mają miejsce dwie wspaniałe ,,okoliczności”. Po pierwsze Leszek Naziemiec ( taka rola celebryty ) robi pokaz zdjęć i opowiada o swojej wyprawie i samych zawodach . Pokaz miał z resztą miejsce dwa razy. Swoją drogą naprawdę bardzo fajnie oglądało się zdjęcia ludzi w kolorowych strojach kąpielowych, przytulających góry lodowe, a same opowieści o pingwinach, ssakach morskich, procedurach zejścia na ląd, samej podróży, gigantycznych falach, pracy naukowców…wspaniałe i inspirujące.

Następnie zostaliśmy poproszeni o wyjście na zewnątrz, gdzie przy ognisku i Tablicy Pamiątkowej nastąpiło oficjalne otwarcie. Najpierw głos zajął zarządca obiektu. Poprosił nas o zachowanie powagi podczas rywalizacji, wspomniał, że absolutnie nie było to ,,miejsce kaźni” ani obóz zagłady. Mimo wszystko do budowy tuneli i pomieszczeń wykorzystywani byli przez Trzecią Rzeszę więźniowie…i tak zrobiliśmy. Nikt nie traktował tej przygody jak wycieczki do wesołego miasteczka. Nikt też nie rywalizował o nie wiadomo jakie czasy. Liczył się Challenge i miejsce. To było to. Po to właśnie wszyscy zjawiliśmy we Włodarzu. Po paru dodatkowych słowach Krzysztofa Gajewskiego,  organizatorzy podeszli do Pomnika Pamięci i złożyli tam kwiaty. I to był bardzo piękny gest.

Zaczyna się rejestracja zawodników. W trakcie komputer, na którym byliśmy rejestrowani, dokonał sabotażu, i trzeba było zrobić to ponownie…i to, że nawet nie było jakiś jęków i wymownych westchnień przy tej operacji, najlepiej świadczy o ludziach, którzy brali udział w wydarzeniu. Mi został przyznany nr 117. I wierzcie, czy nie, pierwszy raz miałam wyrysowane na ramionach numery startowe ( czułam prawdziwy żal, kiedy zmywałam je w nocy już w Katowicach).

Przy rejestracji trzeba było orientacyjnie podać szacowany czas przepłynięcia deklarowanego dystansu. Wiele osób miało z tym problem ( w tym ja), bo …cóż. Każdy raczej zna swój czas na setkę, 500 metrów i kilometr…ale okoliczności przyrody delikatne różniły się od basenowych, czy OW. Wszyscy więc chyba lekko zawyżali czasy, żeby potem ,,nie było”. Ja zadeklarowałam 3 minuty ( pamiętacie o podziemiach i temperaturze wody, prawda?). Po zarejestrowaniu czekaliśmy na swoją kolej do wejścia do podziemi. Historia tego miejsca i jego tajemnice…są niesamowite….czekając na swój start dochodziło do mnie w czym tak naprawdę biorę udział…i gdzie. Nadeszła moja kolej.

Zabrałam swoje rzeczy, wyszłam z kantyny w zimowy wieczór. Przed bramą do podziemnego kompleksu, pod daszkiem na półkach leżały kaski, które obowiązkowo miały się znaleźć na głowie w drodze na start i na powrocie. Wybieram niebieski ( bo tak), otwieram ciężkie drzwi, biorę wdech…i wchodzę. Mieliśmy do pokonania około 400 metrów, oznaczonymi korytarzami. Organizator dość jasno dał nam do zrozumienia, żeby nie robić sobie wycieczek. Z tego co wiem, nikt nie zaginął bezpowrotnie w otchłaniach RIESE, wiec raczej wszyscy byli zdyscyplinowani.

Nie da się za bardzo opisać, co przeżywa człowiek idący samotnie przez te korytarze, dodatkowo z takim wyzwaniem czekającym na ich końcu. Idę otulona na zmianę ciemnością i światłem z sufitowych lamp, tchnieniem historii….tajemnic…coś NIESAMOWITEGO. No …nie dam rady opisać. Przyznam się za to, że trochę się bałam. Nie samego pływania, miejsca…bałam się, jak zareaguje mój organizm. Co się będzie działo ze mną po. Czy będzie mną telepać, czy dam radę normalnie się ubrać….będę przecież wracać te 400 metrów z powrotem do kantyny…jednak nie zwalniam kroku. Idę…a im dalej, tym bardziej się uśmiecham. Korytarz kręci. W lewo, potem w prawo, schody w górę…i schody w dół…gdzie jest już…hmmm…brzeg?

W każdym razie początek zalanego tunelu a właściwie w tym miejscu rozległej podziemnej hali. Resztki strachu wyparowały. Adrenalina zahuczała w żyłach…piękny stan. Schodzę w dół. Mijam ratownika medycznego, który …przypominał nieco słynnego mema ze znudzoną ratowniczą, podpisanego – ,,Jeśli uważasz, że twoja praca jest bez sensu, pomyśl co czuje ratownik na basenie w trakcie Igrzysk Olimpijskich”. To jeszcze bardziej dodawało odwagi. Nikt nie potrzebował pomocy ,,po”…przynajmniej do tej pory. Jeszcze przed schodami rozebrałam się do stroju kąpielowego. Na dół zeszłam w starych zasłużonych najkach, z ręcznikiem….i w szlafroku. Tak. To ja. Paradująca w błękitnym mięciutkim szlafroku po korytarzach tajnej bazy Trzeciej Rzeszy…Można? Podchodzę do miejsca startu. Moje zadanie polegało na  wejściu do wody i na sygnał ,,START” miałam popłynąć do bojki, opłynąć ją i wrócić. Pikuś. Tylko trzeba było uważać na skalne ściany i na skalne dno, no i te 6 stopni, i pod ziemią…

Okazało się, że to nie było trudne. Od momentu zanurzenia i pierwszego ruchu rękami żałowałam, że czeka mnie tylko 100 metrów. Nie przeszkadzała mi temperatura wody, ba…w ogóle nie było mi zimno. Od początku do końca trochę okaleczonym kraulem krytym. Bez problemów oddechowych, bez uczucia ściskania klatki piersiowej, oddech na trzy, kończyny nie drętwiały. Po prostu …zrobiłam to. Bez najmniejszych problemów. W 1.46. Na pętli zawodników asekurował kajak, na brzegu ( mieliśmy wyłożony dywan) czekało wiele pomocnych dłoni. Cała obsługa tych naszych podziemnych zmagań była przemyślana i zabezpieczona. Ani przez chwilę nie poczułam jakiegoś stanu zagrożenia. Owszem. Adrenalina buzowała ( i to jak!), ale z zupełnie innych powodów. Moje obawy co do reakcji organizmu po…też były niepotrzebne. Nie działo się ze mną nic. Nawet nie zmarzły mi ręce…aż czułam się lekko zawiedziona 😉 Myślę, że to najlepszy dowód na to, że stać nas na dużo więcej niż nam się wydaje.

Oczywiście, nie należy się przeceniać, i ja sama niejednokrotnie miewałam lekcje pokory…ale naprawdę możliwości ludzkiego organizmu są niesamowite. Jak ja się czułam po wyjściu z tej wody…znów, niestety polegnę z opisem, bo się nie da. Naprawdę to było coś FANTASTYCZNEGO. Niechętnie podeszłam do swoich butów, obejrzałam skórę na rękach i nogach. W trakcie płynięcia był moment, gdy uderzyłam lekko o ścianę, ale nic mi nie było. Normalnie wytarłam się, założyłam mój mięciusieńki błękitny szlafrok…i z olbrzymim żalem, że już ,,po” wspinałam się po schodach na górę , gdzie leżała reszta moich rzeczy. Ubrałam się i choć miałam niby od razu wracać, żeby się grzać w kantynie, to nie było mi w ogóle zimno. Swoje starty zaczynały właśnie kolejne dystanse. Zapytałam ludzi z obsługi ,,czy mogę” i zostałam jeszcze przy stracie 500 metrów ( oni zaczynali w innym korytarzu, dopływali do tej szerszej ,,hali’’ gdzie pływaliśmy my, a potem reszta dystansu pokonywana była na pętli . Za chwilę starować miała Kasia i chciałam jej pokibicować.

Spełniając się w roli kibica widziałam reakcję ludzi, to jak się zachowywali przed i po…i to było cudowne widzieć te uśmiechy. Krzysztofie Gajewski, to był wspaniały pomysł i świetna realizacja. Ja i cała reszta ,,naszego samochodu” cieszyliśmy się, że mieliśmy okazję brać udział w pierwszym takim  wydarzeniu. I …już się trochę obawiamy, że będzie problem, żeby w ogóle dać radę się zapisać za rok…bo w to, że będą następne edycje nikt chyba nie wątpi.

W kantynie, do której w końcu dotarłam, czekały na zawodników wydrukowane zdjęcia z zawodów w antyramach. Fajny pomysł i super pamiątka. Zwycięzcy z każdego dystansu dostawali kaski ( odpowiednio złote, srebrne i brązowe). Nie było podziału ma kategorie i płeć. Było tylko OPEN…i tak się jakoś złożyło, że na 100 i 500 metrów, pierwsze miejsce zajmowały kobiety! Okazało się, że krótsza ręka była atutem w pływaniu w podziemnych korytarzach;-) Moja prywatna bohaterka, Kasia wróciła do domu ze srebrnym kaskiem…

Zastanawiam się jak zakończyć relację z tak niepowtarzalnych zmagań. Jak to podsumować…może napiszę, czym dla mnie była ta pierwsza edycja Underground SWIM. To była próba odwagi, próba doświadczenia czegoś, czego jeszcze nikt( albo niewielu) nie próbował. Próba…hmmm…inaczej. To była po prostu wspaniała przygoda, z fantastycznymi ludźmi. Wspomnienia z takiego dnia zostają z człowiekiem do końca życia. Genialne wspomnienia….Ludzie, to gdzie teraz pływamy?!

 

Mariola Powroźna

 

 

Niepamięć, czyli Zamieć 2019

Mimo, że uwielbiam Zamieć ( dla nie wiedzących o co chodzi, to 24h ultramaraton zimowy polegający na zrobieniu jak największej liczby 14 km pętli Szczyrk-Skrzyczne –Szczyrk), to jeszcze w piątek wieczorem, czyli dzień przed miałam potężne wątpliwości czy na nią jechać. Parę ostatnich miesięcy dało mi ostro w kość, a sam styczeń wycisnął ze mnie wszystkie siły. Fizycznie i psychicznie czułam się wyjechana do zera. I tak siedziałam wieczorem w bezruchu, gapiłam się w ścianę i zastanawiałam czy jechanie na zimowe ultra w tym stanie ma jakikolwiek sens. Zamieć jest jednak dla mnie wyjątkowa, potrzebowałam jej bardziej niż odpoczynku, bardziej od leżenia na kanapie, zapragnęłam zatracić się w totalnej beskidzkiej zimie, zagubić się w śniegach i wichurach. Pragnęłam tego bardziej niż czegokolwiek innego…dostałam wszystko, czego oczekiwałam. Ale po kolei…

Po piątkowym wieczornym pakowaniu ( w końcu się zebrałam) i przefarbowaniu włosów na granatową czerń ( bo tak) nastała sobota rano. Dojazd do Szczyrku poszedł bezproblemowo i grubo przed 9 byłam już w bazie zawodów. Dzięki temu miałam okazję zająć strategicznie bardzo korzystne miejsce – tuż przy grzejniku i potężnym gazowym palniku. W moim ,,kąciku” nie wiało, miałam miejsce na swoje rzeczy, było ciepło i przytulnie… za ciepło i przytulnie. Żeby nie kusiło mnie aż tak bardzo siedzenie ,,przy kominku” zamiast fotela ( serio, można było sobie wybrać fotel) wybrałam zwykłe rozkładane krzesełko. W bazie ( która w tym roku znajdowała się za sceną amfiteatru w Szczyrku, tuż przy skoczni) co raz więcej ludzi. Gwarno, wesoło, świetny klimat. Uwielbiam to. Trochę znajomych twarzy, zawieranie nowych znajomości, słuchanie opowieści pod tytułem ,,dlaczego tu jestem”. Naprzeciwko mnie siedziało małżeństwo, w którym mąż zawsze zapisuje żonę na hardcory…po lekkim znieczuleniu jej Martini. Przy drugiej butelce – ,,Kochanie, zapisać Cię na Zamieć?” ,,Zapisuj, zapisuj”…a ona potem na trzeźwo czyta ….na co została zapisana. Została tak ,,wrobiona” parę razy, między innymi na swój debiut maratoński w Dębnie. Świetni są.

Biuro zawodów było trzy kroki od bazy. Szybko i sprawnie odebrałam pakiet, podziękowałam organizatorom za taką hojność w zaopatrzeniu trasy w śnieg i wróciłam do bazy przygotować się do startu. Zaczynało całkiem konkretnie sypać śniegiem ( jakby kurde było go mało). Co tu dużo pisać…po prostu było pięknie, zimowo, cudownie. Prawdziwa Jej Wysokość Zima. Jeśli ktoś miał wątpliwości co czeka nas ,,na górze” to już sam Szczyrk je rozwiał. Wszyscy wiedzieliśmy, że będzie…hmm… konkretnie.

11.30 – rozpoczyna się odprawa. Tym razem ( w odróżnieniu od poprzednich lat) odbywa się ze sceny amfiteatru. Czas do startu kurczy się, ale jestem gotowa. Bardzo gotowa. Plan w tym roku ( biorąc poprawkę na warunki, formę, trochę daleką od pożądanej i delikatne sugestie Benka, żebym się nie zajechała, bo już koniec ,,okresu ochronnego” i zaraz na ostro ruszamy z treningiem do Diablaka) to robienie pętli na niskich obrotach, bez szaleństw i ryzykowania. Ile się da, ale z głową i rozsądnie. No dobra.

Odliczanie od 10 w dół ( jak przy narkozie) i jazda. Śnieg sypie, kulig składający się z trzech sani zaprzężonych w konie dzwoni nam dzwoneczkami…zima proszę Państwa , prawdziwa wypasiona przepiękna zima. Takiej chciałam. Krótki fragment trasy po płaskim i rozpoczyna się podejście. Jest już lekko ,,przetarte” ( jeśli można tak nazwać dziury w głębokim śniegu na stawianie nóg jedna za drugą) przez uczestników Zadymy, biegu towarzyszącego, który wystartował godzinę przed naszym startem. Tempo bardzo spokojne, każdy oszczędza siły, choć zdarzają się osoby wyprzedzające bokiem, zapadające się w głębokim śniegu…po co, ja się pytam, no ale każdy ma swój pomysł na Zamieć, nie mnie oceniać. Jest pięknie. Naprawdę pięknie. Maszeruję pod górę i karmię wszystkie zmysły. Nie obywa się jednak od problemów technicznych. Moje stuptuty Salomona nie wyrabiają w głębokim śniegu. Odpinają się. Ktoś mi doradza, żeby założyć je odwrotnie, siadam sobie w śniegu przy trasie i kombinuję z tymi stuptutami…zyskując przez chwilę ksywkę ,,Kopciuszek”, ale rzepy są już oblodzone i kiepsko trzymają. Kończyłam pierwszą pętlę, trzymając je w ręku i przeklinając. Podejście w głębokim śniegu trwa w nieskończoność, ale w końcu docieram na szczyt do schroniska. W tym roku nie ma maty odczytującej chipa, tylko ,,osoba fizyczna” której trzeba się pokazać z numerkiem. Uwielbiam tych twardzieli ze schroniska, którzy non stop przez ponad 24h odczytują te nasze numery, są dla nas wszystkich mili, pozdrawiają nas, pokazują ,,ok.”. Niech ktoś spróbuje uśmiechać się przez 24h ….no, ktoś da radę?

Po wyjściu ze schroniska, decyduję się nie zakładać raków. Śniegu jest tyle, że stwierdzam, że jest to bez sensu. Tylko bym się pokaleczyła, nic więcej. Lecę w dół. Wieje, sypie śniegiem, mam odczucie zamarzania połowy twarzy. Tracę czucie w rękach…no Zamieć, to Zamieć. Odsłonięty odcinek między schroniskiem, a lasem nazwany został w tym roku przez uczestników ,,Strefą Śmierci Everestu”, po prostu trzeba było jak najszybciej przemieścić się z tego odcinka. Pierwsze ,,POZORY!!!” ( miejsca szczególnie niebezpieczne na trasie oznaczone są specjalną tabliczką ,,POZOR!!!”) nie są za specjalnie niebezpieczne. Śniegu jest tyle, że gleby są nawet na swój sposób przyjemne. Z resztą co chwila przewala mnie na lewą albo prawą stronę. Dzięki temu pozostawiłam na trasie Zamieci nieskończoną liczbę ,,orzełków”. Czasem trafiało się na jakąś twardą bryłę lodu ( parę siniaków pamiątkowych zyskałam), ale to zdecydowanie lepsze od kamieni i zamarzniętych strumieni. W niektórych miejscach zaczynają tworzyć się wąskie wyżłobienia w głębokim śniegu, przypominające okopy. Przemieszczanie się w nich sprawiało bardzo dużo frajdy. Płaskie odcinki, na których w zeszłym roku mogłam nieźle podgonić, w tym roku nie dają ( przynajmniej mi) na to najmniejszej szansy. Dodatkowo im niżej tym zaczyna robić się zimniej. Inwersja temperatur sprawia, że warunki na dole są surowsze ( mimo, że tak nie wieje) niż na górze. Zaczyna mi się robić zimno, łapie mnie lekka telepka. Na trasie mijam sprowadzanego przez innego zawodnika chłopaka w foli NRC, za chwile , już praktyczne na dole jakaś dziewczyna z rozpaczą pyta wszystkich czy to już koniec, bo na zegarku jej się pojawiło, że jest 13,5 km i powinna być meta, a ona już chce metę, bo ma dość…o tak…Zamieć nie zna litości. Jestem na dole, w bazie…na pierwszej pętli spędziłam prawie 4 godziny!!! Jestem naprawdę przemarznięta. W butach mi chlupie. Wchodzę do mojego kącika, grzeje się…i dopadają mnie wątpliwości. Jest cholernie ciężko. I znów to pytanie…czy to ma jakikolwiek sens? Nie mam szans, skoro pokonuję trasę w takim tempie, wykręcić jakiegoś dobrego wyniku…może tak zrezygnować? Myślę tak sobie równocześnie odkuwając lodowe bryły z butów…zmieniając skarpetki, zmieniając stuptuty, zakładając dodatkową warstwę z długim rękawem pod kurtkę, dokładając na głowę drugą czapkę i gogle narciarskie, zabierając słuchawki, dokładając drugą parę rękawiczek. Na koniec poczęstowałam targane wątpliwościami ciało i umysł czekoladą…i wyszłam na drugą pętlę.

Na trasie pustki…cisza. Puszczam sobie muzykę na podejście. Robi się ciemno, odpalam czołówkę. Zaczynam się uspokajać. Ciężko to opisać, ale las, noc, góry, ten spokój, otulony niemożliwą do ogarnięcia przez umysł warstwą śniegu…to wszystko działało na mnie bardzo mocno, wyciszało emocje, wątpliwości, gniew…tak bardzo potrzebowałam tego spokoju i tu też Zamieć mnie nie zawiodła. Trasa nadal bardzo ciężka, ale robię swoje, powoli, w żółwim tempie, bez zrywów, bez ryzykowania. Do przodu, w górę, do schroniska. W którymś momencie dogania mnie jakiś zawodnik. Siada mi ,,na ogonie”. W niektórych, bardziej wypłaszczonych miejscach, trochę podganiam biegowo, żeby mu uciec, ale kurde dzielnie się trzyma, wiec odpuszczam sobie te ,,ucieczki”. Już w samym schronisku słyszę od niego ,, Dzięki ogromne za holowanie, w ogóle to fajnie prowadziłaś, dobrze podkręcałaś tempo, dzięki tobie trochę podgoniłem na podejściu”…no dobra, nich mu tam będzie. Z Michałem spotkaliśmy się jeszcze raz na podejściu na trzeciej pętli i tym razem, to on więcej ,,holował” tak więc niechcący wyszła całkiem niezła współpraca.

W tym miejscu chciałabym napisać coś, co zaznaczam w każdej mojej relacji z Zamieci, bo tak naprawdę jest. Zamieć to bieg Ultra, zawody, rywalizacja…ale zawodnicy na trasie bardzo sobie pomagają. Dzielą się swoim prowiantem, pożyczają nawzajem sprzęt, ciuchy, pytają, mijając wolniejszego, lub stojącego zawodnika, czy wszystko w porządku…szanują siebie nawzajem, pilnują. To piękne.

Kończę drugą pętlę. Niestety moje drugie stuptuty również zostały pokonane przez zamieciowe warunki. Puściły linki podtrzymujące je od spodu…więc pod koniec śnieg znów sypał mi się do butów, rozmarzał tam i znów kończyłam pętlę z chlupoczącą wodą. Przed trzecią pętlą kolejna modyfikacja – zakładam jedne stuptuty na drugie i dopiero ten patent mi się sprawdził. Trzecia pętla. Bardzo, bardzo przyjemna. Rozpogodziło się, widać gwiazdy na niebie, widoki nieziemsko piękne. Nawet w ,,Strefie Śmierci Everestu” nie wiało za mocno. Dość sprawnie, jak na mnie, pokonałam zejście i wszystkie ,,POZORY”. Czułam się tak dobrze, że zdecydowałam się na wyjście od razu na czwartą pętlę. I to był błąd. O ile rok temu ten patent funkcjonował bardzo dobrze, o tyle w tegorocznych warunkach nonszalancja zemściła się na mnie. Już na podejściu wiedziałam, że powinnam robić ( nawet krótkie, ale mimo wszystko) odpoczynki po każdej pętli. Warunki były naprawdę ciężkie. Brnięcie w tych śniegach, walka z zimnem i wiatrem kosztowała każdorazowo bardzo dużo sił. Na tej nieszczęsnej czwartej pętli strasznie mnie odcinało. Zrobiłam ją bardzo wolno. Dodatkowo w ,,Strefie Śmierci” lekko zboczyłam z trasy ( sugerowałam się światłem czołówek dwóch zawodników przede mną, którzy też zboczyli), na szczęście szybko się ogarnęliśmy i wróciliśmy na trasę zapadając się w śnieg do połowy mojego uda. Oj…to była dla mnie najcięższa pętla. Kiedy w końcu dobrnęłam do Bazy i siadłam sobie w punkcie odżywiania czułam się zupełnie bez sił. Obok mnie usiadł paroletni kolega biegowy, też zajechany …bo też dwie pętle zrobił ,,na raz”. Siedzieliśmy obok siebie, bardzo powoli jedząc rosół, i wyglądaliśmy tak biednie, że gdyby to był dworzec i stałby przed nami kubeczek, to szybko zapełniłby się drobnymi. On robił MIXa, czyli kręcił pętle z koleżanką. Dostałam propozycję skorzystania z prysznica, kwatery…tak właśnie jest na Zamieci. Ludzie sobie pomagają, wspierają się. Choć kusiło ( gorący prysznic, łóżko), to znam siebie na tyle dobrze, że wiedziałam, że nie wyszłabym na następną pętle po takim SPA. Posiliłam się ( tak w ogóle ,,catering” na Zamieci jest na tak ogromnym wypasie, że warto się na nią zapisać nawet tylko dla samej kuchni, o wolontariuszach stających na głowie, żeby nikomu niczego nie zabrakło, nie wspominając) i wróciłam do mojego kącika. Wrzuciłam dwie pary stuptutów i rękawiczek na grzejnik, zauważyłam że mam sine ręce, więc postanowiłam mimo wszystko zapewnić sobie odrobinę komfortu i solidnie się rozgrzać. Siadłam na wolnym fotelu obok mojego krzesełka, w suchych skarpetkach, z herbatą, zawinęłam się w śpiwór ( ludzie, jaki to jest komfort! Doceńcie, jeśli właśnie tak siedzicie, czytając tą relację) i zrobiło mi się tak błogo. Czując ryzyko zaśnięcia, przezornie nastawiłam sobie budzik…i nawet nie wiem kiedy odleciałam. Totalnie. Zwinięta w kłębek niczym kot, zasnęłam ….i zaspałam!!! Wyłączyłam budzik nie pamiętając tego ( sabotaż organizmu).

W końcu się ocknęłam. Zasnęłam na półtorej godziny. Było tuż przed 8ą rano…i co teraz? Wychodzić na ostatnią pętlę? Co jeśli zrobię ją wolniej i nie zmieszczę się w limicie? O godzinie 12 zegar się zatrzymuje. Nie ma z tym żadnej dyskusji. Spóźnisz się minutę, albo dwie sekundy i twoja pętla nie liczy się. Prostuję się w fotelu. Zaczynam zakładać buty, stuptuty. Wszystkie mięśnie w organizmie aż jęknęły  ,,Nie! Co ty robisz kobieto?! My już nigdzie nie idziemy”. Powoli, ale metodycznie, ubrałam się. Wyjście na ostatnią pętlę …to były jakieś szczyty masochizmu. Po prostu się zmusiłam. Na podejściu jeszcze mi się ciało buntowało, było mi niedobrze, ale z każdym krokiem w górę czułam się coraz lepiej. Pod schroniskiem nie czułam niczego oprócz poczucia mocy…i dumy z siebie…że dałam radę. Że wyszłam na tą ostatnią pętlę i było tak wspaniale. Wiało, było zimno, Zamieć sypała śniegiem i lodem w twarz, zaliczałam glebę za glebą na stromych zbiegach. Jednym słowem było cudownie.

Pół godziny przed limitem 24h byłam na mecie. Po jej przekroczeniu, tradycyjnie już, zrobiłam pięć pompek ( ile pętli tyle pompek), odebrałam przepiękny medal….i tak jak przed schroniskiem na szczycie…poczułam, że jestem z siebie dumna. Ukończyłam Zamieć na 10tym miejscu wśród kobiet…ale to nie miejsce się liczy. Sama wiem ile kosztowało mnie to wysiłku. W zamian za ten wysiłek zyskałam jednak dużo, dużo więcej.

Przeczytałam kiedyś cytat Dalajlamy o tym, że ,, człowiek jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości”…dodatkowo cały czas rozpatrujemy przeszłość, nie pozwalając jej odejść…na Zamieci i w ogóle na biegach ultra człowiek jest ,,tu i teraz”. Trzeba być uważnym, skupionym. Chłonie się każdą chwilę, nic nie może odwrócić twojej uwagi. Przeszłość…zostaje w tyle, rozmywa się…a przyszłość? Jakakolwiek by nie była…jeśli dajesz sobie radę z Zamiecią, pokonasz każdą przeszkodę. Tego uczą biegi ultra.

Każdemu życzę, żeby tego doświadczył

 

Mariola w granatowej czerni

 

 

RECENZJA GRY INTEGRACYJNEJ „WIEŻA”

Gra integracyjna Wieża polega na budowaniu wież z drewnianych klocków. Zadanie nie jest jednak proste, liczy się tutaj przede wszystkim doskonała współpraca zawodników. Zawodników dzieli się  na dwie drużyny, każdej wręczamy 1 dźwig i 5 klocków.
Klocki rozkładamy losowo na podłodze. Każdy z zawodników trzyma w ręce sznurek, na jego końcu znajduje się dźwig, którym należy wspólnie unieść klocki tak, by powstała z nich wieża. Ręce muszą dotykać tylko sznurka, nie można pomagać sobie w inny sposób! Wygrywa drużyna która wcześniej postawi swoją wieżę. Gra przeznaczona dla osób dorosłych lub dzieci pod nadzorem osób dorosłych.

Postanowiliśmy sprawdzić grę, która dostępna jest na stronie www.sklepanimatora.pl i razem z Marcinem Maszką z MINISTERSTWA ROZRYWKI napisać poniższą opinię.

Gra składa się z podnośnika, do którego przyczepione są żółte i niebieskie sznurki oraz ze specjalnie przygotowanych drewnianych klocków. Zadaniem uczestników jest sterowanie podnośnikiem poprzez równomierne pociąganie sznurków tak, aby z drewnianych klocków stworzyć ustaloną konstrukcję lub przenieść klocki do wyznaczonego pojemnika. Ważne, aby klocki stały na stabilnym gruncie (asfalt, parkiet, równa podłoga).

fot. Ministerstwo-Rozrywki.pl

Przed przystąpieniem do zabawy warto przeprowadzić rozgrzewkę dla uczestników tzn. wykonać kilka manewrów platformą bez podnoszenia klocków, aby nauczyli się poruszać w obszarze gry jako zespól.  Gra znakomicie sprawdza się podczas imprez firmowych. Stanowi ona nieodłączny element gier i zabaw o charakterze team-buldingowym. Podczas gry wyłania się lider, który kieruje pracą całego zespołu oraz osoby odpowiedzialne za każdy element pracy.

Gra „Wieża” stanowi ciekawe uzupełnienie animacji weselnych. W przypadku posiadania dwóch zestawów, bardzo dobrze sprawdzają się zawody „kobiety kontra mężczyźni” polegające na jak najszybszym ułożeniu wieży.

Naszym zdaniem, Wieża przeznaczona jest dla zdecydowanie starszych odbiorców. Jeżeli zaś planujecie wykorzystać ją na animacjach dla dzieci, to obowiązkowo do zabawy zaproście wszystkich obecnych dorosłych, to oni powinni pociągać za sznurki. Każde niekontrolowane szarpnięcie sznurkiem niweczy pracę całego zespołu, a przy trzecim niepowodzeniu zawodnicy zaczynają się nudzić.

Ważne, aby przed przystąpieniem do gry oszacować czy uczestnicy dadzą radę stworzyć wieżę, czy lepiej zastosować zasadę przenoszenia klocków do pojemnika.

fot. Ministerstwo-Rozrywki.pl

Jak pomagać? – kiedy zespół z jakiegoś powodu nie potrafi podnieść drewnianego klocka do góry, wtedy podtrzymujemy klocek ręką, aby się nie przewracał w momencie próby podebrania go do góry.

Zalety gry:
– wspomaganie działań team-buldingowych w organizacjach
– w grze może brać udział duża grupa uczestników
– w grze można zlecić dwa zadania. Budowanie, albo przenoszenie klocków
– gra znakomicie sprawdzi się na imprezach integracyjnych

Wady:
– gra wymaga równego i stabilnego podłoża lub zapewnienia dodatkowej płyty na ustawianie kloców
– gra nie jest przeznaczona dla wszystkich grup wiekowych
– wysoka cena

WIELKI BŁĘKIT

Z całą pewnością mogę napisać, że byłam przygotowana na ten maraton. To miała być moja ,,Ostateczna rozgrywka” z Silesią, którą biegam od zawsze ( czyli od 2013 roku) i która co roku w mniejszym, a częściej w większym stopniu, daje mi popalić. Na dziesiątą edycję PKO Silesia Marathon, przypadał też mój dziesiąty start na Królewskim dystansie. Wszystko to układało się przypadkiem/nie przypadkiem w bardzo zgrabną całość. Nie złamać czwórki z obecną formą i z takim jubileuszem w tle…byłoby po prostu wstyd…ale to Silesia, to Gwiazda Śmierci wśród krajowych maratonów i 7 października 2018 roku, stoczyłam z nią bój na śmierć i życie. Ale po kolei.

Tydzień przed Silesią Benjamin Kuciński, mój trener, oświadczył mi, że przy obecnych wynikach z treningów i obecnej formie, mogę zapomnieć o łamaniu czwórki. Mam lecieć na łamanie 3.50. Bardzo mnie to ,,podniosło” i cały tydzień jak mantrę powtarzałam sobie, stać mnie na 3.50, stać mnie na 3.50 …choć cały czas gdzieś z tyłu głowy mały ludzik krzyczał ,, Ale to Silesia!, Silesia ma gdzieś czy jesteś przygotowana i na jaki czas. I tak będzie chciała cię zmiażdżyć!!!”. Dobra, dobra, w tym roku się nie dam i już. Dodawałam sobie otuchy. Stać mnie na 3.50, stać mnie na 3.50…

I tak nastał 7 października 2018 roku. Do 9:00 pozostały jakieś sekundy. Stoję w tłumie maratończyków. Jest cudownie. Atmosfery przed startem w maratonie nie da się opisać. Trzeba to przeżyć. Zamykam oczy. Chłonę ten moment przed strzałem startera, wszystkimi zmysłami. Czuję się taka…gotowa. Mimo gwaru, głośnej muzyki z głośników zamyka się dookoła mnie kokon. Ludzie znikają. Jestem tylko ja i Silesia. Moja miłość i mój Odwieczny Wróg. Z tego dziwnego letargu wyrywa mnie odliczanie od dziesięciu w dół. I jest. START

Dobra, koniec ,,bajania” jest zadanie do wykonania. Przede mną 42 km i 195 metrów. To maraton. Wszystko się może zdarzyć. Skup się. Rozglądam się za pacemakerami prowadzącymi na 3.50. Przypomnę tylko ( bo to w sumie istotne dla całej dalszej opowieści), że są to biegacze, którzy pomagają pozostałym startującym w dotarciu na metę w określonym czasie. Ładuję się tej grupce na plecy i biegnę. I od samego początku czuję, że coś jest nie tak. Żeby dobiec na metę maratonu w 3h i 50 minut, trzeba zachować średnie tempo 5.27 min/km. Powinnam sobie więc biec te 5.30 – 5.25…Trzymam się posłusznie grupy, zerkając na średnie tempo łapane po każdym kilometrze. 5.17, 5.03, 5.12, 5.12…kurde, ludzie, co jest ? Po kiego tak gnać. W sumie, nie rozmawiałam z nimi przed startem, może mieli takie założenia, żeby pierwszą połowę robić mocniej…Nie tylko ja zdziwiona patrzę na zegarek. Zerkamy na siebie, ktoś się w końcu odzywa – ,,Na pewno chcą zrobić ,,zapas” na podbieg w Siemianowicach”. To tak trochę dodaje nam otuchy. Zaraz Dolina Trzech Stawów . Tam trochę górek się zaczyna. Wpadają ,,wolniejsze” kilometry, tempo biegu się buja. Po 10 km robię błąd logistyczny. Biegnę w środku grupy…i przegapiam punkt z wodą i Izo. Tak po prostu. Jak ostatnia ofiara losu. Wybiegamy z Doliny. Przed nami ul. Gospodarcza, trasa prowadząca na Nikiszowiec. To bez wątpienia jedna z atrakcji Silesia Marathon. Doping i klimat tego niezwykłego osiedla są cudowne. Nim się tam znajdziemy, czekają nas dwa podbiegi. Zwłaszcza jeden z nich daje solidnie w kość. Robię go bardzo siłowo. 14 km pyka na zegarku 5.15, 15 km pyka na zegarku 5.17…mam dość. Czuję się kiepsko. Jest gorąco. A ja chcę zejść z trasy. Na Nikiszu, na punkcie z wodą ładuję w siebie odbezpieczony żel, łapię kubek z wodą za kubkiem z wodą. Kolejne dwa leję sobie na głowę….i podejmuję decyzję, o pożegnaniu grupy 3.50. Niech sobie biegną. Od teraz lecę sama.

Po nawodnieniu czuję się trochę lepiej, ale nogi są ciężkie. Staram się trochę uspokoić. Jeszcze połowy trasy nie ma . Żel zaczyna działać. Czuję zastrzyk energii. Robię sobie głośniej muzykę na uszach. Lista utworzona rano, przy śniadaniu ( to moja tradycja) pasuje mi idealnie. Trochę zamykam się w moim świecie. Sama ze sobą. Z moją muzyką. Z moją trasą. Z moim zadaniem. Odzyskuje siły. Zaczyna mi się dobrze biec ten maraton. Mijam połówkę. Pilnuję tempa. Wzdłuż trasy dostrzegam co jakiś czas tabliczki z motywującymi hasłami – ,,Kolka to stan umysłu”, ,, Chuck Norris nigdy nie przebiegł maratonu”…to był świetny pomysł i choć pewnie wiele tablic przegapiłam, to i tak był to wspaniały doping. Biegnie mi się przyjemnie i lekko. Nie można było tak od początku ( mówi z przekąsem ludzik w głowie?) Cicho tam! Odpowiadam mu. Biegnę dalej. Skupiona. Jest super. Do 30 km.

Od 30 km na raz dopadają mnie dwie rzeczy. Ból w lewym udzie i kolka z prawej strony. I co ku…wa jeszcze, aż się chciało zapytać. Dobra, spoko, nie panikuj. Z kolką poradziłam sobie bez problemu, wystarczyło chwilę biec z naciągniętymi mięśniami, z prawą ręką w górze, głęboko oddychając. To taki mój patent. Gdzieś to kiedyś przeczytałam i nie wiem czy to placebo, ale zawsze na mnie działa. Z udem było gorzej. Centralnie w środkowej części uda palący ból. Dobra, to z pięści go potraktuję. Przy co którymś zamachu lewej ręki uderzałam pięścią w bolące miejsce. Na moment pomagało. 32 km. Zostało 10. Mariola, 10 km to ty na śniadanie zjadasz. Powtarzam sobie. Zaczyna boleć dokładnie to samo miejsce w prawej nodze….Biegnę, ale jak ostatni paralityk. ,,I co? Myślałaś, że tak łatwo ci pójdzie z Silesią? Myślałaś, że co, że już jesteś taka mocna? Zamknij się!!! – krzyczę w głowie ciągnąc dwa bolące kloce z betonu. 33 km.

35 km. Punkt z wodą i super zorganizowany punkt dopingujący biegaczy w Siemianowicach Śląskich. Zaczynam nerwowo zerkać za siebie, czy nie biegną zające z 4.0. Nie widzę ich…ale czuję ich oddech na plecach. Zaczyna się słynny siemianowicki podbieg. Tu wystarczy biec, by wszystkich wyprzedzać. Tyle, że ja nie mogę. Ścina mnie. Ból w udach jest tak mocny, że mam łzy w oczach. Co się dzieje? W mózgu zapalają się czerwone lampki. Przechodzę do marszu…

To był moment osobistej porażki. Porażki, dlatego że staram się zawsze przebiec maraton. Maratony się biega, a nie maszeruje! Weź się w garść!!! Kuśtykając i lekko pojękując sobie z bólu truchtam. Patrzę na tempo. Jest źle. Jest bardzo źle. Ale nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Oto na 38 km dzieje się rzecz najgorsza na świecie. Mija mnie grupa z balonami na 4.0. W akcie desperacji podejmuję ich tempo. Wystarczy tylko się na nich zawiesić i pobiec z nimi do mety. To TYLKO CZTERY kilometry! Nie mogę. Nie mogę utrzymać tempa 5.40. Przechodzę do marszu.

To koniec. Myślę sobie odprowadzając wzrokiem grupę. Koniec. Przegrałam. Znów stało się to, co chwilę przed startem. Zamyka się nade mną kokon. Nic nie słyszę, nie widzę innych biegaczy, czas zwalnia. Przegrałaś. Słyszę w głowie. Kolejna nauczka. Maraton, to Królewski Dystans, a ty myślałaś, że co? Że sobie go polecisz na ,,lekko”? Że nie będzie cię nic bolało? Że tak po prostu, bez walki dostaniesz na tacy ,,Trójkę z przodu”. No właśnie, no właśnie…w życiu też jest ciężko, też nie można się poddawać. 39 km. Zostały 3. Biegnij! Walcz! Jeszcze nie wszystko stracone!

I ja zaczęłam biec. Choć bolało, choć już straciłam nadzieję. Park Śląski. Jest z górki…rozpędzam się. Zaciskam zęby. Stadion coraz bliżej. 40 km. Biegnij!!! Po drodze miga tabliczka z napisem ,,Życie zaczyna się po czterdziestce”. Jakimś cudem mój mózg to rejestruje. W tych okolicach miałam podobno ,,swoich kibiców”…ale już nikogo nie widziałam.

Patrzę na zegarek. Jest szansa! Będzie na styk, ale jest szansa, musi być teraz tylko nadświetlna! Wbiegam na Stadion Śląski, do Kotła Czarownic. To jest najpiękniejsza meta wśród maratonów, na których byłam. Wbiegasz w tunel, który prowadzi cię na przepiękną niebieską  bieżnię. Ten kolor po 42 km jest…oszałamiająco niebieski. Po prostu ,,Wielki Błękit”. Wpadam na tłum truchtających. Patrzę na zegarek. 3.59 właśnie się pojawiło. Teraz, albo nigdy! ,,Lewa wolna „!!! drę się na całe gardło. Jak ostatni burak. Ludzie, biegnijcie! Wyskakuję na zewnętrzną…i po prostu biegnę. Sprintem. Nie słyszę stadionu, nie liczy się nic. Tylko meta. Wpadam na nią, przeskakując matę pomiaru czasu ( tak, zastanawiałam się nad szczupakiem). Wyłączam zegarek…

Jest. Mam to! Złamałam 4 h. Zginam się w pół. Przez chwilę nic nie czuję. Nic nie słyszę. Jakiś człowiek łapie mnie w pasie, prostuje, pyta czy dobrze się czuję. Patrzę na niego i mówię mu tylko. ,,Złamałam cztery godziny”, ,,Złamałam cztery godziny”…i w końcu dociera do mnie, że mówię to do gościa w stroju do futbolu amerykańskiego. Łapali biegaczy na mecie. Jakie to było super…I dotarło do mnie. Dotarło do mnie, że to zrobiłam. Dostaję smsa od PKO Silesia Marathon : ,, Twój czas netto 03:59:54, 52 miejsce Open K, 31 miejsce K30, gratulujemy”. A więc oficjalnie i już zawsze, jestem maratończykiem z trójką z przodu. ,,Mariola !”, rozglądam się – to Benek z trybun krzyczy, ,,Stawaj do zdjęcia”. A ja mu – ,,Benek! Złamałam! Złamałam czwórkę!”…W tym miejscu, chcę po raz kolejny, przeogromnie podziękować Benkowi…bo to dzięki niemu. Dzięki niemu ten wynik. To on zamienił truchtacza 6.0 i Janusza triatlonu we mnie ,,teraz”. Nie miałabym z czego zwalczyć tego mega kryzysu, ani odbudować się po za mocnym początku, gdyby nie plan treningowy, gdyby nie strategia, gdybym nie była gotowa.

I właśnie…to jest ta nutka goryczy, która mimo życiówki poprawionej o 12 minut, złamanej w końcu czwórki, towarzyszy mi od wczoraj. Stać mnie na więcej. I chcę więcej. I trener zadał mi przed chwilą ,,maraton do poprawki” ;-)…

Przeogromnie dziękuję wszystkim, którzy mi kibicowali, trzymali kciuki. Dziękuje za te wszystkie gratulacje…to ogromnie dużo dla mnie znaczy. Cały maratoński weekend to było dla mnie jedno wielkie biegowe święto. A kawa i bezalkoholowe piwo pite na słońcu, na trawie pod Stadionem z grupą wspaniałych ludzi z Night Runners Śląsk…smakowały lepiej niż …niż cokolwiek innego. Nie mogę się jeszcze otrząsnąć z tych emocji…i tak naprawdę wcale nie chcę…

Ach, moja ukochana Silesio. Pogromczyni maratończyków, Gwiazdo Śmierci… to był bój na śmierć i życie. To była piękna walka. Zwyciężyłam, ale po cholernie ciężkiej bitwie. Ale czy rzeczy, które przychodzą łatwo cieszyłyby tak bardzo?

6 sekund…tak mało …tak wiele

 

Mariola Powroźna

Życiówka w maratonie 3.59.54

 

GORCE ULTRA TRAIL 102

Długość dźwięku samotności…

            Ten start przyszedł mi do głowy gdzieś dopiero w połowie lipca. Szukałam na wszystkich możliwych forach biegowych jakiegoś soczystego, trudnego i dłuuuugiego biegu ultra po górach. To miała być nagroda za nieudanego/udanego Diablaka (,,Diablak Beskid Extreme Triatlon”2018). Teoretycznie w sierpniu mogłam brać udział Mistrzostwach Polski Lekarzy Weterynarii w Ultramaratonie Górskim….ale tam wygrałam już trzy razy. Pewnie, że przyjemnie byłoby powalczyć o czwarty tytuł, ale gdzieś czułam, że nie tego potrzebuje. Chciałam się zmierzyć z czymś takim naprawdę, w pełnym znaczeniu tego słowa ULTRA.

I tradycyjnie już dałam się ponieść instynktowi – kiedy w ,,wydarzeniach” pojawiło się ,, Gorce Ultra Trail” i ja tam kliknęłam (ile się może zdarzyć po takim jednym kliknięciu ;-)…to nie miałam żadnych wątpliwości. Tak! To jest to! Podobnie było z wyborem dystansu… nawet nie zaszczyciłam spojrzeniem pozostałych tras. 102 km i koniec! Co ja tego nie zrobię? Nie zrobię? Potrzymaj mi …eee…wodę Żywiec .

            Przygotowania do Diablaka zrobiły mi ,,formę życia”. Czułam się bardzo pewnie. Moja pewność siebie i nonszalancja nieco przyblakły, kiedy przypatrzyłam się uważnie listom startowym. Otóż, żeby móc wystartować w tym biegu, trzeba było ,,udowodnić”, że da się radę – trzeba było mieć określoną ilość punktów ITRA ( ja nie miałam, startowałam ,,goła i wesoła”), albo udowodnić swój start w dwóch biegach górskich powyżej 60 km, w ciągu ostatniego roku. Na szczęście tegoroczna Zamieć ( sześć pętli) i ubiegłoroczne sierpniowe Trzecie Mistrzostwa Lekarzy Weterynarii w ultra zrobiły swoje i dopuszczono mnie do startu…jednak za każdym razem, kiedy zerkałam na tych wszystkich zawodników z dorobkiem punktowym liczącym kilka stów…to wiecie, czułam się co najmniej jak ubogi krewny.

            Im bliżej godziny zero, tym bardziej o tym wszystkim zapominałam. Cieszyłam się z tego wyjazdu i postanowiłam potraktować sam start jak przygodę. Będzie fajnie, będziesz się super bawiła…powtarzałam sobie co chwila.

            Nauczona doświadczeniem z poprzednich ,,grubszych” startów, zaplanowałam sobie cały piątek wolny, żeby na spokojnie dotrzeć po pakiet, wyspać się przed sobotnim biegiem, rozpoczynającym się o 4 rano…marzenia! Mimo ,,ogłoszeń parafialnych” , kartce na drzwiach ,,Zamknięte”, itp…nie mogłam się wydostać z pracy! ,,Pani dr, tylko szczepienie, tak na szybko, pani dr, a tylko by pani zerknęła, pani dr, ja tylko po tabletkę…czy można uciekać z domu/gabinetu ? Można. Po prostu uciekłam. Najzwyczajniej w świcie – ,,Sajonara”

Biegusiem na stacje, hop do autokaru do Krakowa. ,,Jadę , jadę! Cieszyłam się jak małe dziecko. Po drodze atak euforii …delikatnie siadł. Za sprawą dwóch rzeczy – przeogromnych korków, które wydłużyły bardzo znacząco moją drogę – Katowice –Nowy Targ-Ochotnica Dolna ( biuro zawodów)…i załamującej się z chwili na chwilę pogody. Dobra sierpniowa passa Słońca miała mieć jedną , maleńką przerwę z potężnym załamaniem pogody w samą sobotę. Śledziłam prognozy, widziałam co się dzieje na niebie, ale kiedy w samym Krakowie dostałam SMS od ,,nie wiem kogo”z ostrzeżeniem o gwałtownych zjawiskach pogodowych…zrobiło mi się trochę ciepło…Mariola, lepszy deszcz niż upał, pocieszałam się w myślach. Lubisz biegać w deszczu…przypominałam sobie w myślach , jadąc w ciemności rozpraszanej co chwila światłem błyskawic.

Takie widoki w drodze na zawody…są bardzo krzepiące

W końcu dotarłam do Nowego Targu. Musiałam tam chwilę zaczekać na mój ,,transport” w postaci zaprzyjaźnionych górali. Przypomniałam sobie, że w sumie to dobrze byłoby załadować jakieś węgle. Siedziałam sobie, jadłam jakąś okropną bułkę z substancją seropodobną i patrzyłam w niebo. Może nie będzie tak źle… Nagle podjechał , jak na amerykańskim  filmie, olbrzymi czarny pikap…tak, to po mnie. Samochód, który zjada krawężniki na śniadanie, bez problemu przerzucił mnie do Ochotnicy Dolnej. Zerkam na zegarek – nie mam najmniejszych szans się wyspać, ciekawe czy w ogóle opłaca mi się iść spać. Biuro zawodów – na szczęście długo otwarte ( dla takich jak ja ). Już przyzwyczaiłam się do tego, że na takich imprezach czujesz się w biurze zawodów jak w domu.

Węgli ładowanie. Nowy Targ, piątkowy wieczór

Oczywiście w Ochotnicy nie było inaczej. Wszyscy bardzo ciepło mnie przywitali. Pani wydająca mi pakiet, zapytała jeszcze ,tak dla pewności, czy biegałam już takie dystanse ( mam nadzieję, że nie wyglądałam na ,,świeżaka”. Bez problemu pozałatwiałam wszystkie formalności…aż się nie chciało wychodzić. Sprawdziłam, czy mam wyposażenie obowiązkowe, zainstalowałam aplikację ,,Na ratunek” w telefonie…patrzę na kurczący się czas do startu…dobra, może te parę godzin przydałoby się jednak przespać.

Biuro zawodów. Ekwipunek

I wszystko jasne 🙂

Jadę do Waksmundu ( tam mam nocleg – Szymonie, jeszcze raz przeogromne dzięki za logistykę, transport i nocleg !). Mierzymy sobie czas przejazdu. Szybka kolacja, przygotowanie wszystkiego i do łóżka. Budzik na 2.35. Próbuję zmusić się do snu…ale kiedy zegar wybił północ…ha ha, cóż przyszła mi do głowy jedna myśl – kiepsko mi poszło to ,,na spokojnie dostanie się na start”. Z logistyki pała! 2.35- dzwonią trzy nastawione budziki. Ta pierwsza minuta po przebudzeniu – nie wiedziałam w jakiej galaktyce się znajduję. Siedzę na łóżku oszołomiona. Powoli wraca świadomość. Gorce Ultra Trail. 102 km. Za półtorej godziny. Twoja Nagroda. Wstawaj! Potem poszło już gładko. Wskakuję w ciuchy startowe… kawa, śniadanie w rękę. Jedziemy. Jest ciepło. Piękna noc, widać gwiazdy na niebie. Buhha, ha,ha…i gdzie to wasze ,,załamanie” pogody drodzy synoptycy. Pniemy się serpentyną , potem długa droga przez Ochotnicę Górną. Na poboczach widać biegaczy, czekających na transport. Jesteśmy na miejscu. Kończę tworzenie nowej playlisty. Mam taką tradycję, że robię to praktycznie tuż przed biegiem. Żegnam się z Szymonem.Ten czarny pikap robi wszędzie furorę 😉 i maszeruję na miejsce startu.

 Atmosfera…co tu dużo pisać. Za to kocha się biegi ultra. Słucham sobie występu zespołu ludowego, wsłuchuję się w rozmowy innych biegaczy. O 4.00 startują równocześnie trzy dystanse – mój 102, i bieg na którym w trakcie wybierasz czy lecisz 48 czy 84. Rozglądam się poszukując wśród ludzi takich z numerami startowymi na czerwono ( mój dystans). Wyglądają …cóż, zawodowo. Ja nadrabiam miną. Zamykam oczy. Koncentruję się na tu i teraz. Zalewa mnie fala spokoju. Piękna chwila.

Parę minut po czwartej starujemy. Pierwsze pięć kilometrów jest po asfalcie, lekko z górki…cały mój spokój wewnętrzny trafił szlak. Tak po prostu. Ruszyłam tak, jakbym dosiadła konia, który stał zamknięty w boksie tydzień. Lecę i prawie piszczę z radości. Zerkam na zegarek…średnia poniżej 5.0…Mariola! Uspokój się! Krzyczę na siebie w myślach. 102 km masz przed sobą! Niestety, zdrowy rozsądek wyparował. Praktycznie życiówkę na piątkę tam zrobiłam. Pozostawmy to może bez komentarza…Kiedy biegłam po tym asfalcie, marzyłam, żeby już w końcu zejść na szlak. I proszę bardzo, nagle zderzyłam się z pionową ścianą podejścia na Lubań. Zabójcze tempo i adrenalina buzowały mi żyłach tak, że idę pod tą górę jak dzik. W końcu przyszło mi zapłacić za to szaleństwo. Mniej więcej w połowie podejścia zaczęło mnie odcinać. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Zatrzymałam się. Zaczęło mi się robić słabo. Co ja narobiłam najlepszego…zaraz będę musiała zejść z trasy. Ale jestem głupia….dobra, dobra, nie panikuj, nie jest jeszcze tak źle. Na glebie nie leżysz…Oddychałam spokojnie, tętno zwolniło, odzyskałam ostrość wzroku. Zjadłam coś, piłam…taki piknik na trasie, a co. Poczułam się lepiej. Nagroda. To nagroda, pamiętasz? Dobra, idę w górę, spokojnie, pilnuję żeby nie przyspieszać. Jest duszno, ciepło, mgliście…tropikalnie…niesamowicie wyglądają światła czołówek. Trasa oznaczona bajecznie, czuję się co raz lepiej, ale straciłam dużo, bardzo dużo czasu. Nieważne. To bieg bez napinki. Nagroda, pamiętaj, nagroda. Dasz sobie radę.

Docieram na szczyt Lubania. Pierwszej z pięciu gór na trasie. Dodatkową atrakcją w tym miejscu jest obowiązkowe wejście na wieżę widokową, z której podobno jest przepiękna panorama…podobno. Gęsta mgła spowiła wszystko. Zawodnicy więc ,,stworzyli „ sobie widoki – wymienialiśmy się spostrzeżeniami na temat tego, co kto widzi. Nawet Morze Bałtyckie pojawiło się w relacjach…kto wie, kto wie…

Ach…te piękne Gorce!

Panorama

W końcu zbieg. Nawet dobrze mi idzie, choć jestem słaba technicznie i zbiegi to taka moja pięta Achillesowa , ale naprawdę jak na mnie jest nieźle. Nadrobię ten piknik, uśmiecham się do siebie pod nosem. Mgła nie chce się rozwiewać, nagle robi się ciemno…dokładnie o 7ej rano rozpętuje się burza. Początek był nawet przyjemny. Pomyślałam sobie, że niebo jest mi przychylne. Przyda się taka kurtyna wodna. Pierwsze chwile ulewy były…cudowne. Pojawił się jeden jedyny mankament. W ciągu paru minut szlak którym biegliśmy zamienił się w rzekę. Nie było żadnych małych kałuż, żadnych kropelek deszczu łączących się w większe strugi…po prostu jebut. Rzeka. Gorce ,,powiedziały” biegaczom – Spływajcie mi stąd!

Brzydkie i niewyraźne to zdjęcie…ale ciężko o stabilizację obrazu, kiedy spływasz górską rzeką 😉

            Tempo drastycznie spadło, woda niosła ze sobą glinę, która …nie daje żadnej przyczepności. Na trasie mijam biegacza, który w poślizgu skręcił kostkę i schodził. Nie ma żartów. Oj nie ma. Zaczyna mi się trochę dłużyć . Wypatruję już z utęsknieniem PK1 na 25 km. Tam jest pierwszy limit. Trzeba się zameldować do 9ej. Patrzę na zegarek, spoko, dużo czasu jeszcze. Biegnę sobie tą rzeką i słyszę już gwar punktu. Dobiegam. Czas bezpieczny, jest po 8ej. Rzucam się na punkcie na arbuzy, jakbym dobę szła po pustyni. Do bocznego małego bukłaka ładuję moją tajną broń – ciepłą rozgazowaną colę ( na co dzień nie jem praktycznie cukru, coli nie piję wcale – więc to był doping w czystej postaci). Tracę dużo czasu na tym punkcie. Chowam kurtkę przeciwdeszczową do plecaka ( jest bez sensu, leje tak, że i tak jestem mokra), czołówka też tam wędruje, sprawdzam, czy nie podwinęła mi się skarpetka, jeszcze dokładka arbuza, i jeszcze jedna, i orzeszki…cholerna Wyspa Syren była na tym punkcie. Dobra, w końcu wyruszyłam. Czułam się bajecznie. Jakie piękne kolory deszczowego świata są na cukrowym haju. Na około 27 km następuje rozdzielenie tras. 48 i 84 biegnie w prawo, 102 prosto. Na szlaku stoi sędzia i rozdziela biegaczy. ,,Pani już teoretycznie nie powinna być przepuszczona dalej” mówi do mnie. ,,Przepraszam, że co?!” pytam w miarę grzecznie, choć słowo na ,,K” dodaję w myślach. ,,Już jest prawie po limicie czasowym”. Jak to, ku..wa? Limit był na punkcie ( mówię , bez ,,K”).I na pewno byłam grubo przed 9tą…No ja nie wiem, czy pani zdąży, odpowiada mi Pan Sędzia. Powiem, że lekko się wkurzyłam…bo naprawdę mam zegarek, czytałam w regulaminie gdzie są miejsca z limitami…a może nie doczytałam…jest po 9rano. Kalkuluję do kogo zadzwonić, żeby mi to sprawdził w Internecie, żeby nie tracić czasu na odpalanie netu i grzebanie w komórce. Patrzę na swój numer startowy. Limity i punkty jak byk napisane. Dobra, jedziesz Mariola, pokaż temu Panu Sędziemu, że zmieścisz się w limicie

Nieliczna chwila z ,,lepszą” widocznością

I nie wiem czy to cukier w żyłach, czy przysłowiowy ,,wkurw” dodał mi skrzydeł. Między 30 a 60 km  byłam jak zawodowy biegacz górski. Byłam szybka ( na ile się dało biegnąc non stop w mniej lub bardziej ulewnym deszczu), skoncentrowana…byłam prawdziwym tego słowa znaczeniu – ULTRA. Nic nie bolało, zapomniałam o kryzysie na samym początku…na tym odcinku nie wyprzedził mnie nikt. Łykałam tych wszystkich biegaczy na trasie aż miło …fajne uczucie. No przepraszam, ale naprawdę jest to dla dziewczyny satysfakcja, jak mija ( głośno i kiepsko śpiewając ) dwumetrowego chłopa w kompresji. Wiem, jestem złym człowiekiem J Oj tak, co ja się naśpiewałam na tej trasie to moje. Nie będę opisywać Wam widoków…bo żadnych nie widziałam. Żadnych. Deszcz, mgła, woda…koncentracja …śpiewanie, łyk wody, łyk coli… Turbacz, zbieg, PK 2 na 43…ziemniak zjedzony, cola uzupełniona, następny szczyt Kudłoń…deszcz, mgła, glina, cola, śpiewanie…zaczyna mi chyba iść co raz lepiej, mijam kolejnych biegaczy na trasie.

Turbacz

Zmęczenia na horyzoncie brak. Na horyzoncie pojawiają się Demony. Zadają pytania, patrzą przenikliwie czerwonymi ślepiami, otulają wątpliwościami. Po co tu jesteś? Po co robisz to wszystko? Jesteś sama na tym szlaku. Sama. Brniesz w błocie, we mgle, w deszczu…Dlaczego tak bardzo tego chciałaś? Kim jesteś, że uważasz, że to Nagroda? Robi się znów ciemniej, mimo ,że dopiero po 14ej. Do tej pory nie wiem, czy to ciemniejsza chmura, czy po prostu pole bitwy z moimi Demonami. Na wiele pytań sobie odpowiedziałam, na wiele nie, ale poczucie ,,oczyszczenia” po ultra jest piękne. Może po to tam byłam…a może dowiem się tego wszystkiego na następnej wojnie. Na uszach i w głowie wskoczyło Myslovitz ,,Długość dźwięku samotności”…i tak, taka jestem…muszę się schować, przesadnie i nienaturalnie, pobyć sama. Na tym biegu…to mi tak bardzo pasowało. Tak bardzo tego potrzebowałam. Odnalazłam się w tym świecie. Mrocznym, nieprzyjaznym, surowym, za mgłą, nie odkrytym jeszcze do końca. Ale moim.

61 kilometr trasy

Już prawie PK 3 w Rzekach na 63 km. Tam jest limit czasowy i przepak. Patrzę na zegarek, spoko, spoko. Panie Sędzio, patrz Pan, wyrobiłam się. Już słyszę punkt, gdy nagle na trasie prawie wpadam ( z górki było) na siedzącego na szlaku biegacza. Zatrzymuję się. ,,Co się stało?, Kontuzja? Źle się czujesz?” ,,Nic się nie stało” odpowiada obojętnym głosem ( trochę to było straszne) ,,Zmęczyłem się”. ,,Chodź, na dole jest punkt”, zaraz koniec limitu, odpoczniesz tam sobie. ,,Dobrze” Ale nie rusza się z miejsca. Przypatruję się uważnie gościowi. Jakieś 85 kg, wysoki…hmm…dam radę go ponieść, czy nie bardzo. Może lepiej go nie podnosić, bo jak mi odleci, to będę go musiała ciągnąć na punk. Zadzwonić po kogoś…kalkuluję. Zerkam w dół zbocza – widzę punkt. Postanawiam zbiec i powiedzieć, że chłopak w tym miejscu siedzi i najwyżej w parę osób po niego przyjdziemy. Mimo wszystko próbuję go zmobilizować ,,Chodź, leć za mną, ja kiepsko zbiegam, dogonisz mnie”…zbiegam do punktu. Punkt w Rzekach…to absolutna kwintesencja biegania dłuższych dystansów po górach – witają mnie dwie dziewczyny – skacząc i wiwatując ( przystawka) . Prawie rzucają mi się na szyję . Od razu raportuję im o ,,zwłokach” na trasie i pokazuję miejsce. Pytam, czy idziemy po niego, dziewczyny stwierdziły, że dajemy mu chwilę, jak nie zejdzie, to zaraz zbiorą ekipę. Ja mam iść na punkt ( danie główne). Na punkcie koło gospodyń wiejskich w ludowych strojach…pełno wolontariuszy. Zostaję dosłownie – posadzona na ławce, mam zdjęty plecak, uzupełnione bidony i bukłak, do ręki dostaję kubek z herbatą, jedzenie, jestem dokładnie obejrzana, wypytana o stan zdrowia, zaopiekowana…chciało mi się płakać na tym punkcie. Obcy mi ludzie sprawili, że czułam się jak ich członek rodziny, który dodatkowo robi coś wyjątkowego i należy mi się pomoc, wsparcie .To było cudowne. Serdecznie dziękuje całej obsłudze tego punktu…no brak mi słów. Na co dzień jestem raczej osobą o twardym charakterze, ale ta opieka tam …czułam się…jak w domu rodzinnym.

W międzyczasie pojawił się chłopak z trasy. Pozbierał się sam i sam zszedł do punktu. Brawo! Nie wiem kim jesteś i nie wiem czy ukończyłeś bieg, ale tam zwyciężyłeś.

Z ogromnym żalem opuszczam PK 3. Rezygnuję z przepaku. Mam wszystko, czego potrzebuje. Przede mną podejście na Mogielnice. Żadnych kryzysów, żadnych demonów. Zaczynam być zmęczona, ale nie czuję 70 km w nogach. Śpiewam, biegnę, maszeruję.

Docieram do PK 4 na 83 km. Dzieje się rzecz niebywała. Rozpogadza się. Na sam koniec dnia…po tych wszystkich kilometrach w deszczu, biegnięciu rzeką, ślizgach po błocie…nagle Słońce. Maszeruję na ostatnią górę na trasie – Gorc. Naprawdę świeci słońce. Wspinam, nie mogąc się nadziwić temu zjawisku. Już prawie szczyt, gdy nagle jak jakieś postacie z baśni,  pojawiają się dwie dziewczyny. ,,Witamy cię na naszej górze” Czy mi się to wydaje? Nie, jakby to była wyobraźnia, to miałyby zwiewne suknie…a tu softshell. ,,Już niedaleko do szczytu. Czeka tam na was ognisko”, ,,Wyglądasz dobrze, na pewno dasz radę”…Niesamowite było to spotkanie. I takie krzepiące…Dziękuję Wam, kimkolwiek byłyście ,drogie Wróżki. Idę dalej, ale nie wydostałam się z baśniowego świata. Wręcz przeciwnie, weszłam w niego głębiej.

Julita Chudko Photograpy się zaczaiła na biegaczy

Tuż przed szczytem…po tym całym dniu…tak ciężkim…nagle rozpoczął się Zachód Słońca. Te kolory…mgła pełzająca po czarnych już grzbietach…ta cisza…majestat…spokój…Absolutna Doskonałość. Ja wiem, że tan opis zaczyna być…hmmm… jakbym się coli napiła ;-), ale naprawdę tak było. To był moja Nagroda. Nagroda za ciężkie miesiące treningów, załamek, stresów, walk. Po to się tu znalazłam.

Magia uchwycona przez Julita Chudko Photograpy

Tu mogłabym zakończyć ten opis, gdyby nie to, że po tych wzruszeniach, magii i baśniowej scenerii, Gorce wystawiły mnie na ostatnią próbę. Do mety pozostało 7 km. Te 7 km, to największy horror, jaki do tej pory przeżyłam na zawodach. Strome zejście, w gliniastej brei, po śliskich kamieniach – te słowa ,,nie oddają” panujących na trasie warunków. Zaliczyłam również ,,glebę życia”- de facto jedyną na tych zwodach. Poślizgnęłam się i wjechałam do kałuży bokiem. Cała. Myślę, że miałabym wysokie punkty za styl. Woda był taka przyjemnie ciepła. Potem było gorzej niż koszmarnie. To co przeżyłam na tamtym odcinku, nie dam rady opisać. Napiszę tylko, że jeśli nie odarło mnie to z godności i człowieczeństwa, to już nic tego nie zrobi. Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. Cała przyroda przyglądała mi się, z lekkim rozbawieniem. Łapałam się gałęzi, żeby takimi ślizgami próbować się przemieszczać, próbowałam ,,pługiem”, robiłam wszystko, absolutnie wszystko, żeby zdążyć na metę. Nie padło z moich ust żadne przekleństwo. Ja po prostu wyłam. Wyłam z wściekłości i bezsilności jak dziki zwierz. Dodatkowo wszystko odbywało się we mgle o konsystencji mleka. Kiedy w końcu, po niekończącym się koszmarze, wybiegłam na ostatni asfaltowy kilometr i już wiedziałam, że zdążę…słyszałam śmiech, muzykę, doping na mecie…biegłam…i zrobiło mi się cholernie smutno. Nie chcę tego kończyć. To nie może być koniec. Jeszcze nie. Dajcie mi jeszcze parę kilometrów. Proszę.

Na mecie

Dobiegłam na metę. Ręce w górze. Radość…z gorzkim posmakiem…że to już koniec.

Dekoracja

Kim są biegacze ultra. Co ich pcha do pokonywania takich dystansów. Czego szukają na trasach takich biegów? Uciekają przed czymś? Może się oszukują. Dlaczego to robią?

Nikt, drogi czytelniku, nie odpowie Ci na te pytania…Jedno jest pewne. Żeby biegać ultra trzeba wykazać się odwagą. Odwagą bycia samym ze sobą.

Julita Chudko Photograpy

 

Mariola Powroźna

 

DIABLAK 2018 CZYLI „TYLKO BLACK AND WHITE”

Od trzeciej edycji Diablak Beskid Extreme Triathlon minął tydzień. Tydzień bez treningów. Tydzień zawieszenia i pustki, którą zakłócały wątpliwości, żal, radość, odbieranie zasłużonych/niezasłużonych gratulacji, liczne (choć nie tak liczne jak myślałam) dietetyczne przestępstwa…wielki kocioł sprzeczności i niepokoju, który sprowadzał się do jednego, jedynego pytania – ,,Czy pojęłam właściwą decyzję o zejściu z trasy”?

Zacznijmy jednak od początku. Nie będę opisywać mojej przygody z ubiegłorocznym Diablakiem i tego dlaczego z nim walczę. Mam wrażenie, że zaczyna to trochę przypominać walkę dobra ze złem i rozrasta się do wielotomowej sagi…Władca Pierścieni miał trzy tomy, więc jest dla mnie może jeszcze jakaś nadzieja 😉 Skupmy się na ,,tu i teraz” sprzed tygodnia. O 15:00 w piątek zjawia się pod moim domem Marcin Brol. W tym roku Marcin był moim supportem biegowym, transportem, logistykiem…Marcinie, przeogromnie Ci dziękuję za cały trud i czas, który mi poświęciłeś…i za  wypożyczenie roweru…na parę miesięcy. Mimo korków sprawnie docieramy do Żywca, gdzie w hali MOSIRu odbywała się odprawa. Poczułam się ,,u siebie”. Wszędzie znajome lub mniej znajome twarze, wszyscy się pozdrawiają, witają, opowiadają coś o sobie. Czuć niesamowitą energię. W tych wszystkich ludziach widać skumulowaną energię i siłę po wielu miesiącach ciężkiej pracy i wyrzeczeń. To się po prostu czuje. Te niecałe pięćdziesiąt osób mogłoby dać początek Supernowej.

 Zaczyna się odprawa. Jak zwykle Daniel Wójcik – główny odpowiedzialny za ten horror, wprowadza nas w klimat, na zmianę dodaje otuchy i gnębi. ,,Trochę zmieniliśmy wam trasę biegową – dodaliśmy jedną górkę w drodze do Korbielowa” (brzmi bardzo niewinnie, prawda?), trasa rowerowa też jest nieco inna (tak, tak, podjazd w Trzebini wygląda tak niepozornie przy trzech wcześniejszych podjazdach). I to jest najpiękniejsze w Diablaku…możesz być pewny, że nie będzie łatwo, nie będzie żadnej litości. Albo jesteś wart aby dotrzeć do końca, albo nie. Nie ma odcieni szarości. Wszystkie najważniejsze informacje wyłożone, strefy spakowane, makaron zjedzony, tracki na trasę rowerową i biegową ściągnięte (tak, to tylko ja to robię na ostatnią chwilę ). Wskakuję na oklejony rower i jadę do Ośrodka Żeglarskiego Politechniki Krakowskiej. To miejsce mojego noclegu, meta odcinka wodnego i T1. Wrzucam rzeczy do swojego pokoju i prowadzę rower do strefy. Tam ostatecznie Biała Strzała zostaje ,,odjanuszowana” (dzięki Witek) . Godzina 21:00. Biorę sobie kolację i idę ją zjeść nad brzeg Jeziora Żywieckiego. Jest po zachodzie słońca, tafla wody spokojna. Piękna chwila. Wspominam te wszystkie miesiące, wątpliwości, załamki, chwile triumfu, parcie do przodu …i czuję się gotowa. Pracowałam ciężko i jestem gotowa, żeby tu być. Posyłam buziaka wodom jeziora, w pokoju układam sobie wszystko na rano (de facto środek nocy), nastawiam dwa budziki i padam spać przed 22:00.

Otwieram oczy, jest ciemna noc. Budzik nie dzwonił ?! Przerażona chwytam za komórkę – 2.30. Obudziłam się sama. Nie do wiary, ale czuję się wyspana. Zrywam się z łóżka, naciągam na siebie piankę do pasa (dzięki Tomasz Ploch – tak, tak, pianka też pożyczona…z funduszami u mnie słabo, ale za to mam znajomości 😉 Czuję jak adrenalina zaczyna buzować mi w żyłach. Ahhhhh…Kocham ten stan! To już! To już za chwilę. Wychodzę w ciemność w wojowniczym nastroju. W T1 dopakowuję telefon, sprawdzam powietrze w oponach, i wędruję do autokaru, który ma nas zawieść na miejsce startu. Dosiada się do mnie Kasia Gniot (jedna z trzech pozostałych zawodniczek, które odważyły się na start w Diablaku). Poznałyśmy się już w piątek na odprawie, rozmawiamy sobie po drodze, jak wyglądały nasze przygotowania, próbujemy, z marnym skutkiem, wbić w siebie choć odrobinę śniadania. Okazuje się, że Kasia godzi treningi i starty z byciem mamą …trójki dzieci (!). Dla mnie takie osoby to prawdziwi współcześni bohaterowie. Podziwiam, szanuję i ogromnie kibicuję. Jazda autokarem trochę się dłuży. Kasia zerka na mnie zdziwiona…,,To tyle będziemy płynąć”? Uspokajam, że wodą, ten odcinek jest dużo krótszy. Docieramy na miejsce. Zaczyna się robić jasno. Na brzegu poznaję Dorotę, życzymy sobie powodzenia i obiecujemy wszystkie w komplecie dotrzeć na szczyt Babiej Góry. Kolejna rzecz, która tak urzekła mnie na Diablaku. Wszyscy, zgromadzeni na brzegu, wszyscy zawodnicy są sobie życzliwi. Czuć szacunek. Wszyscy walczą z dystansem, podjazdami, górami, zmęczeniem, własnymi słabościami i demonami…To piękne i niespotykane zjawisko na zawodach sportowych we współczesnym świecie, jakbyśmy stali po jednej stronie frontu.

Krótka rozgrzewka w wodzie i punktualnie o 4:00 start z brzegu. No to zaczynamy. Początek płynie mi się źle. Szarpię tempo, nie mogę się uspokoić. Płyniesz za szybko, uspokój się – krzyczę na siebie w myślach. Zwalniam. Choć przez to zostaje w tyle – stabilizuję oddech, powoli łapię rytm. Zaczyna być dobrze. Cały czas panuje lekki półmrok, co jakiś czas kontroluję nawigację. Choć nie pływałam za dużo w wodach otwartych, to kiedy przychodzi ,,Dzień Próby” czuję się pewnie. Obok mnie po lewej stronie płynie asekurujący mnie kajak. Po wypłynięciu z zatoki na otwarte wody jeziora mam wrażenie, że spycha mnie za bardzo na prawo. Opływam kajak tak, żeby go mieć po prawej. W pojawiających się relacjach zawodników, pojawia się podobna historia ze znoszeniem, zapewne jakiś prąd wodny, niemałego przecież zbiornika. Płynę dalej. Mimo, że w połowie trasy, zaczynam już myśleć o rowerze. Dekoncentruję się. Do rzeczywistości, mimo wszystko baśniowej” przywraca mnie wschodzące słońce, które wyłoniło się zza góry, otaczając całą moją lewą stronę złoto-pomarańczową poświatą. Podczas nabierania powietrza na lewo woda rozbryzgiwała się w kroplach barwą przypominającą żarzące się węgle w ognisku. Jakkolwiek bym się starała, nie jestem w stanie oddać tego piękna. Czysta magia. Zbliżam się do brzegu. Opływam pomost, płynę, płynę – chyba już będzie dno, myślę, decydując się na pionizowanie. Dno jest już ,,bardzo”, bo ląduję na kolanach w wodzie po pas. Teraz dopiero zerkam na zegarek – prawie 3900 ( trochę mnie zniosło) w 1h33min. Od zeszłego roku progres o 20 min. 20 min!!!

Cieszę się jak mała dziewczynka wyskakując w podskokach z wody. Tak się cieszę biegnąc po zielonym dywanie do strefy, że nie zauważam Benka i Magdy kibicujących mi na brzegu. Tak, tak – chciało im się wstać po trzeciej rano w sobotę, żeby przyjechać mi pokibicować. Benjamin Kuciński to też osoba, której należą się tutaj moje olbrzymie podziękowania – to on podjął się kilka miesięcy temu karkołomnego zadania zrobienia ze mnie prawdziwego triathlonisty. To on układał mi treningi (woda, rower, bieg), motywował, wspierał, jak trzeba było dawał baty, sprawdzał pogodę, wplatał w plany treningowe komunię, chrzściny, konferencje ( rodzinno-zawodowe ,,katastrofy”, ograniczające mój czas)…a przede wszystkim wierzył we mnie. Wierzył, że jestem w stanie w limicie stanąć na Babiej Górze. Benek, Tobie również, przeogromnie dziękuję, wykonałeś kawał ogromnej roboty, za którą nie jestem w stanie podziękować.

W T1 dostaję lokalizator GPS (od tego momentu jestem pod baczną obserwacją bardzo wielu ludzi ;-), staram się szybko ogarnąć przebranie , tutaj w końcu dostrzegam Benka i Magdę. Aż się chce siąść, wypić razem kawę i obgadać ten wodny odcinek…a tu trzeba gonić! Każda minuta ma znaczenie. Wybiegam z rowerem, wskakuję na siodło, wpinam się i jazda… no dobra, jest pod górkę, wiec jeszcze nie tak szybko. Pierwsza pętla początek – lekkie pod górę do Szczyrku. To najgorsze odcinki – nie można się rozpędzić, jedziesz niby mocno, ale prędkość nie zadowala. W końcu podjazd pod Salmopol. I wreszcie zjazd. To ile frajdy przyniósł mi w tym roku ten zjazd…też nie jestem w stanie opisać. Ten sam rower, ta sama trasa, ta sam człowiek…ale zupełnie inna osoba. Nie bałam się WCALE. Gnałam na dół, w dolnym chwycie (jeszcze porę tygodni temu bałam się tak zjeżdżać) i prawie śmiałam się w głos. Punkt żywieniowy mijam bez zatrzymywania, pozdrawiając tylko wolontariuszy, następny podjazd – pod Zameczek, zjazd, choć asfalt gorszy, też przynosi całe pokłady satysfakcji. Jest dobrze, cały czas czuję się świeża, nic nie boli, Jadę swoje, spokojnie. Wspinam się na trzeci podjazd, zjeżdżam (to tam jest jeden z najwspanialszych odcinków trasy –  droga techniczna przy S1). Jadę i już wypatruję tego Żywca. Nagle zaczyna mi się dłużyć. Jest płasko, adrenalina opuszcza mój krwiobieg. Zaczynają boleć mnie plecy. Cisiec, Węgierska Górka, potem jeszcze oczekiwanie na zamkniętym przejeździe kolejowym, Bystra…Gdzie ten Żywiec?!

Zbliża się Trzebinia i nagle wyrasta jak spod ziemi podjazd. To był jedyny moment na trasie, gdzie prawie się popłakałam. Ten podjazd naprawdę był krótki i na profilu wydaje się śmieszny w porównaniu z poprzednimi górami…ale daje w kość, w dodatku przydarzył mi się jeszcze w momencie lekkiego kryzysu. Przetrwałam to. A potem już tylko zjazd i w końcu Żywiec. Mijając tablicę, wydarłam się na całe gardło – ,,Żywiec”!!! Pewnie na rynku mnie słyszeli 😉 Dojazd na rynek. Tam chwila przerwy, wylanie swoich żali na ten nieszczęsny podjazd wolontariuszom i ruszam na drugą pętle. Na drugiej pętli wychodzi błąd popełniony na pierwszej. Za mało piłam i jadłam. Jeszcze przed Szczyrkiem zaczyna mnie odcinać. Muszę zwolnić, dużo piję, biorę żel za żelem…ale już za późno. Spóźniłam się z tym dobre dwie godziny. Na trasie ratuje mnie support jednego z zawodników. Samochód z czerwonym Trakiem na dachu czeka na mnie na trasie, podaje przez okno i odbiera shota, no strasznie Wam dziękuję , za tą spontaniczną pomoc. Jadę, kryzysy mijają, ból pleców też, odzyskuję rytm. Jest dobrze i jestem w Imielinie…i nagle czuję, że złapałam gumę. Nie, nie mam gumy, mówię sobie na głos, to niemożliwe, wydaje mi się…Aż się boje poznać ostateczną prawdę, ale w końcu zatrzymuję się, schodzę z roweru, klękam przy kole i sprawdzam…guma! Ku..wa!!! Wyciągam dętkę, odrywam pompkę przylepioną taśmą wczorajszego wieczora przez Witka na strefie, zabieram się za zmianę trzęsącymi się rękami. Nerwy, stres, zmęczenie …radzę sobie marnie, rozglądam się za samochodem z czerwonym rowerem, nigdzie nie ma, dzwonie do Damiana Wieczorka, który był wolontariuszem na Diablaku. Cała obsługa biegu na zawodach to tak naprawdę jeden wielki support. Odwalacie kawał dobrej . Dałam znać gdzie jestem (choć i tak mają moje położenie co do metra) i dostałam odpowiedź, że pomoc w drodze…może do tego czasu sobie poradzę …Nagle, jak rycerz na białym koniu, pojawia się triathlonista, na sobotnim treningu. Zatrzymuje się i pyta czy nie potrzebuję pomocy. Oj, bardzo potrzebuję. We dwójkę idzie już sprawnie, telefonicznie odwołuję pomoc. Nie pamiętam jak miałeś na imię, chyba Marcin, ale kimkolwiek jesteś, wiedz, że uratowałeś mój limit na rower, dodałeś otuchy i zostałeś moim bohaterem. Wsiadam i jadę. Patrzę na godzinę. Jest źle. Plan był taki, żeby skończyć rower 14-14.20. Mieć trzy godziny z hakiem do Korbielowa, a od Korbielowa cztery z supportem Marcina na Babią. Wolna druga pętla, złapana guma… wszystko spowodowało, że pod znakiem zapytania było to, czy zdążę na rynek przed 15.30. Staram się cisnąć, nie ma czasu na łzy w Trzebini. Wstaję na pedały, głowa w dół, cisnę. Walcz! Walcz! W końcu zjazd i  tradycyjny okrzyk ,,Żywiec”!!! nie patrzę na zegarek, jadę. Dojeżdżam na rynek. Parę minut przed limitem…rower wskakuje na belkę.

Daniel pyta …,,Lecisz dalej”. ,,Po tu jestem”. Siadam w namiocie…przebieram buty i spodenki. Wiem, że już nie mam szans na limit. Cała wola walki, która jeszcze przed chwilą mnie napędzała, zaczyna blaknąć…W Korbelowie będzie czekał Marcin, byle do Korbielowa…powtarzam sobie. Wychodzę z namiotu. Na widok rosołu żołądek przykleja mi się do kręgosłupa. Jestem taka głodna !!! Mimo że to niemożliwe przy posiadaniu dwóch rąk, opuszczam rynek trzymając talerz z rosołem, kubek z rodzynkami, butelkę coli, powerbanka łądującego zegarek i komórkę…to musiał być cudowny widok. Maszeruję pochłaniając rosół i rodzynki, popijając colą…kontaktuję się z Marcinem…nadal wszystko na co mnie stać to marsz. No dobra, uzupełnij bak z paliwem, bo nie masz z czego biec, uspokajam się, zaraz polecisz. Po około pół godziny jest lepiej, zaczyna się marszobieg. Ale szału nie ma. Tym bardziej, że zaczyna się strome podejście.

Paradoksalnie zejście z asfaltu bardzo dobrze mi robi. Wspinam i się i wspinam po ,,Drodze krzyżowej” – naprawdę, na podejściu mijam po kolei wszystkie stacje . Wreszcie zbieg. Od tego momentu leci się naprawdę przyjemnie. Po wybiegnięciu z lasu w oddali widzę Babią Górę…bardzo w oddali…przełykam ślinę, no to jeszcze został mi kawałek. Zaczyna się nieprzyjemny odcinek do samego Korbielowa. Lekkie parę procent w górę. Poddałam się tam i maszerowałam (choć starałam się wyglądać dumnie ;-). Docieram do zwijającego się punktu. ,,Z przykrością musimy cię poinformować, że jesteś już po limicie czasowym. Dostajesz DNF i dalsza trasa, jeśli się zdecydujesz będzie na twoje własne ryzyko. Widzę, że chcesz iść dalej, ale pamiętaj , że dotrzesz do schroniska około 23-24…” Ze wszystkich wypowiadanych przez wolontariusza spraw zdawałam sobie sprawę przed dotarciem na punkt…ale dopiero kiedy je usłyszałam…poczułam, że przegrałam. Miałam czołówkę, ciepłe ciuchy, czułam się dobrze, nic nie bolało, na trasie czekał już Marcin…Miałam wszystko, czego mi było trzeba by dotrzeć na metę. Zabrakło tego najważniejszego. Czasu. Czy naprawdę chcę ukończyć Diablaka grubo po limicie? Czy to ma sens? Czy o to mi chodziło? Dostanę medal, koszulkę finiszera, ale czy będę z tego dumna? Nie. Nie o to mi chodzi. To tak jakby walczyć z bestią i przebić ją mieczem, bo akurat odwróciła wzrok. To nie jest to. Da radę zrobić Diablaka w limicie. Wiem, że jestem w stanie to zrobić…i choć to była jedna z najcięższych decyzji w moim sportowo/amatorskim życiu, zeszłam z trasy 22 km przed końcem. Diablak, mój prywatny Barlog, znów mnie pokonał. To paradoksalne, ale choć już drugi raz z nim przegrywam, to z każdej tej porażki wychodzę silniejsza…oczywiście nie było dnia w tym tygodniu, żebym nie miała wątpliwości, czy była to dobra decyzja. Wystarczył krok, wszystko mi sprzyjało. Co jeśli w przyszłym roku coś uniemożliwi mi start, pójdzie mi gorzej, złapie mnie kontuzja…ale za każdym razem myśl o tym, że to nie byłoby prawdziwe zwycięstwo, trochę mnie uspokaja. Jeszcze nie jesteś gotowa – grzmi Barlog po swojej stronie mostu Khazad Dum i szczerzy swą paszczę…cóż, pozostaje mi zejść do Morii po raz trzeci…

Gratuluję wszystkim zawodnikom, którzy osiągnęli swoją metę, gdziekolwiek by ona nie była. Uczestniczyć z Wami w tych zawodach to dla mnie prawdziwy zaszczyt. Gratuluję Danielowi Wójcikowi i całej Diablackiej Ekipie za wsparcie, profesjonalizm i stworzenie zawodów, które są czymś absolutnie wyjątkowym.

Pokonana po raz drugi

Mariola

 

ŚWIETLIKOWY MEDAL

Drodzy biegacze i walkerzy, mali i więksi, starsi i młodsi.  Już 23 czerwca takie oto modele dołączą do Waszej kolekcji, a może ktoś wybiega sobie swój pierwszy?
Dajcie znać jak Wam się podoba i kto biegnie razem z nami?
Prosimy o udostępnienie. 
➡️Zapisy i szczegóły na stronie: http://www.mkteamevents.pl/swietliki/

III SIEMIANOWICKI BIEG ŚWIETLIKÓW

23 czerwca w Siemianowicach Śląskich odbędzie się III Bieg Świetlików. Zapisy trwają…

Trzecia edycja biegu, ponownie jak pierwsza i druga, odbędzie się w klimatycznym miejscu, w okolicach Stawu Rzęsa, a trasa poprowadzona będzie w okolicach pola golfowego i bażantarni.
Partnerem biegu jest Siemianowickie Centrum Kultury, a Festiwal Świetlików odbywa się pod patronatem Prezydenta Miasta Siemianowice Śląskie, Rafała Piecha.

Tym razem, załoga MK team zorganizuje nie bieg, a  FESTIWAL ŚWIETLIKÓW, a to oznacza, że przez cały dzień zapewnimy Wam liczne atrakcje. Nie zabraknie zawodów dla dzieci, animacji i warsztatów. Nowością będzie eliminacyjny bieg przełajowy na dystansie 700 m – POSKROMIĆ ŚWIETLIKA.

Zapraszamy na stronę zapisów:

ZAPISY  NA  5 i 10 KM – T U T A J

ZAPISY  NA POSKROMIĆ ŚWIETLIKA (eliminacyjny bieg przełajowy na dystansie 700 m) – T U T A J 

ZAPISY NA BIEG DZIECI – T U T A J

ZAPISY NA BIEG „POSKROMIĆ ŚWIETLIKA” –  T  U  T  A  J

FERIE ZIMOWE W ANDALO

Paganella Ski czyli ferie zimowe we włoskim Andalo 🙂

Zapraszam do małej galerii 🙂
 Read more

ZAMIEĆ NA SZÓSTKĘ

Zamieć – 24h ultramaraton zimowy na Skrzyczne. Bieg w stylu anglosaskim, odbywający się po 14 km pętli. Słynie ze świetnego jedzenia, wspaniałych wolontariuszy, świetnej atmosfery. To tylko kilka suchych faktów. Co ma w sobie ten bieg tak naprawdę? Co w nim jest takiego, że jest niczym herpeswirus – raz załapiesz i już nie uwolnisz się do końca życia. Dlaczego to ,,bieganie po pętli” tak przyciąga?

            Zachorowałam na Zamieć rok temu. Brnąc w śniegu o konsystencji proszku zrobiłam tylko trzy pętle, męcząc się przy tym niemiłosiernie. Zamieć w 2017 roku poniżyła mnie, wyśmiała i ogólnie miałyśmy ze sobą na pieńku. Zakochałam się w niej i znienawidziłam równocześnie. W tym roku wszystko miało wyglądać inaczej i choć nie była ona moim głównym sportowym celem, a takim trochę romansem na boku, chciałam ją pobiec przyzwoicie – czyli co najmniej 4 pętle , mało odpoczywać w bazie, w żółwim tempie, ale do przodu, zrobić jak najdłuższy dystans, przy okazji nie robiąc sobie krzywdy.

            Rano w Szczyrku przywitała nas wiosna. Było kilka stopni na plusie, w prawdzie zachmurzone niebo, ale co jakiś czas przebijało się Słońce. Odebrałam pakiet startowy, zaczęłam się witać ze ,,znajomymi twarzami”. W między czasie , o 11ej wystartowała Zadyma i odbyła się odprawa dla Zamieci.

            W samo sobotnie południe wystartowaliśmy. Pierwszy kilometr po Szczyrku, płaski, po asfalcie, bez śniegu, lodu i mrozu to był pikuś, a nawet Pan Pikuś. Wszyscy po drodze wspominali, że na pewno w tym roku rekord trasy będzie , itp. Spacerujący mieszkańcy robili nam zdjęcia i machali do nas. Miło i sympatycznie. Zaczęło się podejście. Jak to zwykle na pierwszej pętli bywa, utworzyła się kolejka tuż przed wejściem między drzewa. Część ludzi przeciska się na łeb na szyję miedzy drzewami…uśmiecham się pod nosem. To jak przeciskanie się samochodem w korku, zyskujesz tylko kilka metrów, a zmęczysz się, zirytujesz…zapłacisz wysoką cenę na następnych kilometrach. Nie gnam, nie spieszy mi się. Chłonę atmosferę, przepuszczam cisnących mocniej zawodników. Po pokonaniu pierwszego podejścia trasa trochę się wypłaszcza, żeby za chwile poczęstować nas bardzo stromym i ciągnącym się w nieskończoność podejściem z piekła rodem. To mój najbardziej znienawidzony odcinek. Na każdej pokonanej pętli sobie dodawałam, że jak tylko skończy się to podejście, to już z górki będzie. Chociaż oczywiście tak nie jest. Wspinamy się dalej po mniej lub bardziej stromych zboczach góry, w niektórych miejscach dosłownie balansując nad przepaścią. Widoki wszystko wynagradzają. Po drodze zmieniają się pory roku – z wiosny – błotnista jesień, z żółtymi liśćmi , pachnąca ziemią , mchem i grzybami, nieoczekiwanie zamieniająca się w zimę – lód, a potem śnieg. Pełen przegląd nawierzchni. To spore wyzwanie dla biegaczy – jakie buty, jaki bieżnik, czy już zakładać raki, czy jeszcze nie, a może w ogóle raki olać. Jeden z moich ulubionych odcinków – to grań. Już blisko, do schroniska rzut beretem , a widoki zapierające dech.

Chmury przetaczające nad szczytem, prześwitujące słońce. Coś absolutnie pięknego. Na trasie pętli są tylko dwa krótkie odcinki, gdzie trasa ( góra/dół) się ze sobą skleja i można przybić piąteczke znajomym szybszym, lub wolniejszym – na samym dole przy starcie/mecie i na samej górze przy schronisku. Od dołu ciągnie powoli zastęp biegaczy, wspinający się do schroniska. Kontrastują oni z lecącymi w dół zawodnikami, zaczynającymi zbieg. W tym roku chipy ,,ukryte” były w numerach , na przodzie i tyle zawodnika. Żeby zaliczyć pętle, trzeba było odbić swój nr na górze – tj. znaleźć się pomiędzy czytającymi go ekranami. Organizatorzy, żeby ułatwić nam zadanie, ustawili na tarasie schroniska krzesło, które trzeba było obejść dookoła, żeby mieć pewność, że jesteśmy zczytani. Tym samym Zamieć w tym roku była biegiem ,,dookoła krzesła” 😉

Nie zabrakło niezastąpionego kciuka w górę dla każdego od chłopaka obsługującego punkt kontrolny. On zapewne ćwiczy to cały rok, bo spróbujcie tak robić przez 24h i jeszcze się uśmiechać. Przecież twarz musi go potem boleć przez miesiąc. Podziwiam go i chylę czoła.


                                                                                                                                     

fot. ULTRA LOVERS JACEK DENEKA

Zaczyna się zbieg. Zakłam raki, raki, z którymi przeprosiłam się w tym roku i rzucałam podziękowania w niebo, za ich zabranie. Bez raków zginęłabym marnie na tych stromych i wyślizganych zejściach. Na pierwszej pętli to jeszcze nie, ale na następnych został chyba pobity rekord Guinessa w najdłuższej ślizgawce na świecie. Ciągnęła się od schroniska na Skrzycznem do …prawie do końca strefy zimy. W tym roku miejsca oznaczone jako niebezpieczne ( POZOR !!!), naprawdę były niebezpieczne. Za to strefa jesień, wiosna pozwalały na swobodny i lajtowy bieg – jak po czerwonym dywanie. Po zaliczeniu pierwszej pętli, od razu poleciałam na drugą . Nadal byłam świeża, nie zmęczyłam się za bardzo. Przede wszystkim jak ognia chciałam uniknąć wchodzenia do bazy, będącej równocześnie punktem żywieniowym. To miejsce, to największa pułapka Zamieci. W bazie jest pyszne jedzenie, kawa, herbata, kanapki, ciasteczka, daktyle, pomarańcze, zupy, makaron, naleśniki(!). Jest ciepło, miło, wolontariusze stają na głowie, żebyś miał wszystko, czego zapragniesz, jest pełno fajnych ludzi, dodatkowo wszyscy są ,,z twojej bajki”, jest o czy pogadać. To jak oaza z on inclusive. Aż się łezka w oku kręci… Tyle że w bazie czas jakby przyspiesza, zmuszenie się do wyjścia z niej jest najtrudniejszym elementem Zamieci. Byłoby o tyle łatwiej, jakby były tylko banany i woda, orgi i wolontariusze nieprzyjemni, albo śpiący, jakby się tylko kopa w tyłek dostawało i na następną pętle. Ale nie, nie . Oni są jak najlepszy kumpel, mama i babcia równocześnie. Nie lubię ich za to 😀

Kolejne pętle już dużo luźniejsze. W Szczyrku zauważam, że mijam wesele i śmieję się sama do siebie, że w sumie takie wesele, to jak zawody ultra. Trzeba dobrze rozłożyć siły, odpowiednio pić i jeść, a i tak, możesz mieć słabszy dzień i może cie odciąć, możesz zaliczyć zgona albo się wywrócić, a możesz też bohatersko przetrwać do końca. No nic, biegnę dalej, a właściwie idę. Druga pętla jeszcze prawie w całości przy dziennym świetle. Przed  trzecią  znów opieram się pokusie wejścia do bazy ( ale twardzielka ze mnie), uzupełniam tylko wodę i wyruszam już w noc. W tym roku coś dziwnego zadziało się ze mną na robionych po ciemku pętlach. Byłam bardzo skupiona, zero muzyki. Ciągle sama ze sobą, góry i poruszanie się w grafitowej mgle, która pełzała po zboczach jak żywy organizm. Coś jakby wisiało w powietrzu, coś maiło się zaraz stać. Czułam cały czas lekki stan zagrożenia. Pilnowałam jedzenia i picia, nie forsowałam sił. Coś się czaiło w tej grafitowej ciemności, mrużyło ślepia, obserwowało, czekało…Utrzymanie takiej koncentracji przez kilkanaście godzin praktycznie ciągłego, i to forsownego ruchu, wysysa siły, niczym tasiemiec witaminę B. Zdarzały mi się omamy wzrokowe. No bo jak nazwać moje nagłe przerażenie, kiedy przy trasie nagle ,,zobaczyłam” brodatego pana, siedzącego na fotelu z biały lisem na kolanach ?! Oczywiście był to psikus zmęczonego umysłu, bo to ośnieżony korzeń sprawił takie wrażenie. Zmęczenie i lekki stan zagrożenia. Coś czaiło się w ciemności…Na imię tej bestii było Wichura. Zaczęło wiać około trzeciej w nocy. Rozhulało się na dobre rano. Nigdy nie biegłam w tak silnym wietrze. Podobno to było ,,tylko” 70 km/na godzinę, a dawało się we znaki na szczycie. Gdyby nie kolce, miałabym problem z utrzymaniem równowagi. Moja ostatnia, szósta pętla była pod znakiem tego piekielnego wiatru. Prawdziwa, bezlitosna, Jej Wysokość Zamieć.


 fot. ULTRA LOVERS JACEK DENEKA

W tym roku ukończyłam Zamieć na 8mym miejscu wśród kobiet, robiąc 6 pętli. Spędziłam na trasie prawie 23h. Posypałam się fizycznie na ostatnich dwóch pętlach. Uważałam na siebie , może nawet za bardzo – bo nie zaliczyć ANI JEDNEJ GLEBY na Zamieci to trochę wstyd 😉


fot. KAROLINA KRAWCZYK

A Ty, drogi czytelniku, czy byłbyś gotowy wyjść w noc i wichurę po zmęczenie i pułapki umysłu? Na ile pętli? Czy walczyłbyś całe 24h, czy uległ pokusom Bazy. Ryzykował na zbiegach, pędził jakby jutra nie miało być, czy schodził powoli w dół, katując mięśnie ud. Doszedłbyś do granic zmęczenia…i poszedł dalej? Kim byś był, kiedy kolejne pętle, zimno, noc, zmęczenie, odzierałoby cię z tego wszystkiego, w co ubierasz się na co dzień? Kim byś był, kiedy zostanie już tylko pierwotna cząstka samego siebie? Polubiłbyś tego gościa ?

Są takie biegi, są takie zawody, na których dowiadujesz się o sobie wszystkiego, albo prawie wszystkiego. Zamieć do nich należy. Polecam. Zdecydowanie polecam.

Mariola Powroźna

Wiedząca już o sobie prawie wszystko 😉