sportowo

WIELKI BŁĘKIT

Z całą pewnością mogę napisać, że byłam przygotowana na ten maraton. To miała być moja ,,Ostateczna rozgrywka” z Silesią, którą biegam od zawsze ( czyli od 2013 roku) i która co roku w mniejszym, a częściej w większym stopniu, daje mi popalić. Na dziesiątą edycję PKO Silesia Marathon, przypadał też mój dziesiąty start na Królewskim dystansie. Wszystko to układało się przypadkiem/nie przypadkiem w bardzo zgrabną całość. Nie złamać czwórki z obecną formą i z takim jubileuszem w tle…byłoby po prostu wstyd…ale to Silesia, to Gwiazda Śmierci wśród krajowych maratonów i 7 października 2018 roku, stoczyłam z nią bój na śmierć i życie. Ale po kolei.

Tydzień przed Silesią Benjamin Kuciński, mój trener, oświadczył mi, że przy obecnych wynikach z treningów i obecnej formie, mogę zapomnieć o łamaniu czwórki. Mam lecieć na łamanie 3.50. Bardzo mnie to ,,podniosło” i cały tydzień jak mantrę powtarzałam sobie, stać mnie na 3.50, stać mnie na 3.50 …choć cały czas gdzieś z tyłu głowy mały ludzik krzyczał ,, Ale to Silesia!, Silesia ma gdzieś czy jesteś przygotowana i na jaki czas. I tak będzie chciała cię zmiażdżyć!!!”. Dobra, dobra, w tym roku się nie dam i już. Dodawałam sobie otuchy. Stać mnie na 3.50, stać mnie na 3.50…

I tak nastał 7 października 2018 roku. Do 9:00 pozostały jakieś sekundy. Stoję w tłumie maratończyków. Jest cudownie. Atmosfery przed startem w maratonie nie da się opisać. Trzeba to przeżyć. Zamykam oczy. Chłonę ten moment przed strzałem startera, wszystkimi zmysłami. Czuję się taka…gotowa. Mimo gwaru, głośnej muzyki z głośników zamyka się dookoła mnie kokon. Ludzie znikają. Jestem tylko ja i Silesia. Moja miłość i mój Odwieczny Wróg. Z tego dziwnego letargu wyrywa mnie odliczanie od dziesięciu w dół. I jest. START

Dobra, koniec ,,bajania” jest zadanie do wykonania. Przede mną 42 km i 195 metrów. To maraton. Wszystko się może zdarzyć. Skup się. Rozglądam się za pacemakerami prowadzącymi na 3.50. Przypomnę tylko ( bo to w sumie istotne dla całej dalszej opowieści), że są to biegacze, którzy pomagają pozostałym startującym w dotarciu na metę w określonym czasie. Ładuję się tej grupce na plecy i biegnę. I od samego początku czuję, że coś jest nie tak. Żeby dobiec na metę maratonu w 3h i 50 minut, trzeba zachować średnie tempo 5.27 min/km. Powinnam sobie więc biec te 5.30 – 5.25…Trzymam się posłusznie grupy, zerkając na średnie tempo łapane po każdym kilometrze. 5.17, 5.03, 5.12, 5.12…kurde, ludzie, co jest ? Po kiego tak gnać. W sumie, nie rozmawiałam z nimi przed startem, może mieli takie założenia, żeby pierwszą połowę robić mocniej…Nie tylko ja zdziwiona patrzę na zegarek. Zerkamy na siebie, ktoś się w końcu odzywa – ,,Na pewno chcą zrobić ,,zapas” na podbieg w Siemianowicach”. To tak trochę dodaje nam otuchy. Zaraz Dolina Trzech Stawów . Tam trochę górek się zaczyna. Wpadają ,,wolniejsze” kilometry, tempo biegu się buja. Po 10 km robię błąd logistyczny. Biegnę w środku grupy…i przegapiam punkt z wodą i Izo. Tak po prostu. Jak ostatnia ofiara losu. Wybiegamy z Doliny. Przed nami ul. Gospodarcza, trasa prowadząca na Nikiszowiec. To bez wątpienia jedna z atrakcji Silesia Marathon. Doping i klimat tego niezwykłego osiedla są cudowne. Nim się tam znajdziemy, czekają nas dwa podbiegi. Zwłaszcza jeden z nich daje solidnie w kość. Robię go bardzo siłowo. 14 km pyka na zegarku 5.15, 15 km pyka na zegarku 5.17…mam dość. Czuję się kiepsko. Jest gorąco. A ja chcę zejść z trasy. Na Nikiszu, na punkcie z wodą ładuję w siebie odbezpieczony żel, łapię kubek z wodą za kubkiem z wodą. Kolejne dwa leję sobie na głowę….i podejmuję decyzję, o pożegnaniu grupy 3.50. Niech sobie biegną. Od teraz lecę sama.

Po nawodnieniu czuję się trochę lepiej, ale nogi są ciężkie. Staram się trochę uspokoić. Jeszcze połowy trasy nie ma . Żel zaczyna działać. Czuję zastrzyk energii. Robię sobie głośniej muzykę na uszach. Lista utworzona rano, przy śniadaniu ( to moja tradycja) pasuje mi idealnie. Trochę zamykam się w moim świecie. Sama ze sobą. Z moją muzyką. Z moją trasą. Z moim zadaniem. Odzyskuje siły. Zaczyna mi się dobrze biec ten maraton. Mijam połówkę. Pilnuję tempa. Wzdłuż trasy dostrzegam co jakiś czas tabliczki z motywującymi hasłami – ,,Kolka to stan umysłu”, ,, Chuck Norris nigdy nie przebiegł maratonu”…to był świetny pomysł i choć pewnie wiele tablic przegapiłam, to i tak był to wspaniały doping. Biegnie mi się przyjemnie i lekko. Nie można było tak od początku ( mówi z przekąsem ludzik w głowie?) Cicho tam! Odpowiadam mu. Biegnę dalej. Skupiona. Jest super. Do 30 km.

Od 30 km na raz dopadają mnie dwie rzeczy. Ból w lewym udzie i kolka z prawej strony. I co ku…wa jeszcze, aż się chciało zapytać. Dobra, spoko, nie panikuj. Z kolką poradziłam sobie bez problemu, wystarczyło chwilę biec z naciągniętymi mięśniami, z prawą ręką w górze, głęboko oddychając. To taki mój patent. Gdzieś to kiedyś przeczytałam i nie wiem czy to placebo, ale zawsze na mnie działa. Z udem było gorzej. Centralnie w środkowej części uda palący ból. Dobra, to z pięści go potraktuję. Przy co którymś zamachu lewej ręki uderzałam pięścią w bolące miejsce. Na moment pomagało. 32 km. Zostało 10. Mariola, 10 km to ty na śniadanie zjadasz. Powtarzam sobie. Zaczyna boleć dokładnie to samo miejsce w prawej nodze….Biegnę, ale jak ostatni paralityk. ,,I co? Myślałaś, że tak łatwo ci pójdzie z Silesią? Myślałaś, że co, że już jesteś taka mocna? Zamknij się!!! – krzyczę w głowie ciągnąc dwa bolące kloce z betonu. 33 km.

35 km. Punkt z wodą i super zorganizowany punkt dopingujący biegaczy w Siemianowicach Śląskich. Zaczynam nerwowo zerkać za siebie, czy nie biegną zające z 4.0. Nie widzę ich…ale czuję ich oddech na plecach. Zaczyna się słynny siemianowicki podbieg. Tu wystarczy biec, by wszystkich wyprzedzać. Tyle, że ja nie mogę. Ścina mnie. Ból w udach jest tak mocny, że mam łzy w oczach. Co się dzieje? W mózgu zapalają się czerwone lampki. Przechodzę do marszu…

To był moment osobistej porażki. Porażki, dlatego że staram się zawsze przebiec maraton. Maratony się biega, a nie maszeruje! Weź się w garść!!! Kuśtykając i lekko pojękując sobie z bólu truchtam. Patrzę na tempo. Jest źle. Jest bardzo źle. Ale nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Oto na 38 km dzieje się rzecz najgorsza na świecie. Mija mnie grupa z balonami na 4.0. W akcie desperacji podejmuję ich tempo. Wystarczy tylko się na nich zawiesić i pobiec z nimi do mety. To TYLKO CZTERY kilometry! Nie mogę. Nie mogę utrzymać tempa 5.40. Przechodzę do marszu.

To koniec. Myślę sobie odprowadzając wzrokiem grupę. Koniec. Przegrałam. Znów stało się to, co chwilę przed startem. Zamyka się nade mną kokon. Nic nie słyszę, nie widzę innych biegaczy, czas zwalnia. Przegrałaś. Słyszę w głowie. Kolejna nauczka. Maraton, to Królewski Dystans, a ty myślałaś, że co? Że sobie go polecisz na ,,lekko”? Że nie będzie cię nic bolało? Że tak po prostu, bez walki dostaniesz na tacy ,,Trójkę z przodu”. No właśnie, no właśnie…w życiu też jest ciężko, też nie można się poddawać. 39 km. Zostały 3. Biegnij! Walcz! Jeszcze nie wszystko stracone!

I ja zaczęłam biec. Choć bolało, choć już straciłam nadzieję. Park Śląski. Jest z górki…rozpędzam się. Zaciskam zęby. Stadion coraz bliżej. 40 km. Biegnij!!! Po drodze miga tabliczka z napisem ,,Życie zaczyna się po czterdziestce”. Jakimś cudem mój mózg to rejestruje. W tych okolicach miałam podobno ,,swoich kibiców”…ale już nikogo nie widziałam.

Patrzę na zegarek. Jest szansa! Będzie na styk, ale jest szansa, musi być teraz tylko nadświetlna! Wbiegam na Stadion Śląski, do Kotła Czarownic. To jest najpiękniejsza meta wśród maratonów, na których byłam. Wbiegasz w tunel, który prowadzi cię na przepiękną niebieską  bieżnię. Ten kolor po 42 km jest…oszałamiająco niebieski. Po prostu ,,Wielki Błękit”. Wpadam na tłum truchtających. Patrzę na zegarek. 3.59 właśnie się pojawiło. Teraz, albo nigdy! ,,Lewa wolna „!!! drę się na całe gardło. Jak ostatni burak. Ludzie, biegnijcie! Wyskakuję na zewnętrzną…i po prostu biegnę. Sprintem. Nie słyszę stadionu, nie liczy się nic. Tylko meta. Wpadam na nią, przeskakując matę pomiaru czasu ( tak, zastanawiałam się nad szczupakiem). Wyłączam zegarek…

Jest. Mam to! Złamałam 4 h. Zginam się w pół. Przez chwilę nic nie czuję. Nic nie słyszę. Jakiś człowiek łapie mnie w pasie, prostuje, pyta czy dobrze się czuję. Patrzę na niego i mówię mu tylko. ,,Złamałam cztery godziny”, ,,Złamałam cztery godziny”…i w końcu dociera do mnie, że mówię to do gościa w stroju do futbolu amerykańskiego. Łapali biegaczy na mecie. Jakie to było super…I dotarło do mnie. Dotarło do mnie, że to zrobiłam. Dostaję smsa od PKO Silesia Marathon : ,, Twój czas netto 03:59:54, 52 miejsce Open K, 31 miejsce K30, gratulujemy”. A więc oficjalnie i już zawsze, jestem maratończykiem z trójką z przodu. ,,Mariola !”, rozglądam się – to Benek z trybun krzyczy, ,,Stawaj do zdjęcia”. A ja mu – ,,Benek! Złamałam! Złamałam czwórkę!”…W tym miejscu, chcę po raz kolejny, przeogromnie podziękować Benkowi…bo to dzięki niemu. Dzięki niemu ten wynik. To on zamienił truchtacza 6.0 i Janusza triatlonu we mnie ,,teraz”. Nie miałabym z czego zwalczyć tego mega kryzysu, ani odbudować się po za mocnym początku, gdyby nie plan treningowy, gdyby nie strategia, gdybym nie była gotowa.

I właśnie…to jest ta nutka goryczy, która mimo życiówki poprawionej o 12 minut, złamanej w końcu czwórki, towarzyszy mi od wczoraj. Stać mnie na więcej. I chcę więcej. I trener zadał mi przed chwilą ,,maraton do poprawki” ;-)…

Przeogromnie dziękuję wszystkim, którzy mi kibicowali, trzymali kciuki. Dziękuje za te wszystkie gratulacje…to ogromnie dużo dla mnie znaczy. Cały maratoński weekend to było dla mnie jedno wielkie biegowe święto. A kawa i bezalkoholowe piwo pite na słońcu, na trawie pod Stadionem z grupą wspaniałych ludzi z Night Runners Śląsk…smakowały lepiej niż …niż cokolwiek innego. Nie mogę się jeszcze otrząsnąć z tych emocji…i tak naprawdę wcale nie chcę…

Ach, moja ukochana Silesio. Pogromczyni maratończyków, Gwiazdo Śmierci… to był bój na śmierć i życie. To była piękna walka. Zwyciężyłam, ale po cholernie ciężkiej bitwie. Ale czy rzeczy, które przychodzą łatwo cieszyłyby tak bardzo?

6 sekund…tak mało …tak wiele

 

Mariola Powroźna

Życiówka w maratonie 3.59.54

 

DIABLAK 2018 CZYLI „TYLKO BLACK AND WHITE”

Od trzeciej edycji Diablak Beskid Extreme Triathlon minął tydzień. Tydzień bez treningów. Tydzień zawieszenia i pustki, którą zakłócały wątpliwości, żal, radość, odbieranie zasłużonych/niezasłużonych gratulacji, liczne (choć nie tak liczne jak myślałam) dietetyczne przestępstwa…wielki kocioł sprzeczności i niepokoju, który sprowadzał się do jednego, jedynego pytania – ,,Czy pojęłam właściwą decyzję o zejściu z trasy”?

Zacznijmy jednak od początku. Nie będę opisywać mojej przygody z ubiegłorocznym Diablakiem i tego dlaczego z nim walczę. Mam wrażenie, że zaczyna to trochę przypominać walkę dobra ze złem i rozrasta się do wielotomowej sagi…Władca Pierścieni miał trzy tomy, więc jest dla mnie może jeszcze jakaś nadzieja 😉 Skupmy się na ,,tu i teraz” sprzed tygodnia. O 15:00 w piątek zjawia się pod moim domem Marcin Brol. W tym roku Marcin był moim supportem biegowym, transportem, logistykiem…Marcinie, przeogromnie Ci dziękuję za cały trud i czas, który mi poświęciłeś…i za  wypożyczenie roweru…na parę miesięcy. Mimo korków sprawnie docieramy do Żywca, gdzie w hali MOSIRu odbywała się odprawa. Poczułam się ,,u siebie”. Wszędzie znajome lub mniej znajome twarze, wszyscy się pozdrawiają, witają, opowiadają coś o sobie. Czuć niesamowitą energię. W tych wszystkich ludziach widać skumulowaną energię i siłę po wielu miesiącach ciężkiej pracy i wyrzeczeń. To się po prostu czuje. Te niecałe pięćdziesiąt osób mogłoby dać początek Supernowej.

 Zaczyna się odprawa. Jak zwykle Daniel Wójcik – główny odpowiedzialny za ten horror, wprowadza nas w klimat, na zmianę dodaje otuchy i gnębi. ,,Trochę zmieniliśmy wam trasę biegową – dodaliśmy jedną górkę w drodze do Korbielowa” (brzmi bardzo niewinnie, prawda?), trasa rowerowa też jest nieco inna (tak, tak, podjazd w Trzebini wygląda tak niepozornie przy trzech wcześniejszych podjazdach). I to jest najpiękniejsze w Diablaku…możesz być pewny, że nie będzie łatwo, nie będzie żadnej litości. Albo jesteś wart aby dotrzeć do końca, albo nie. Nie ma odcieni szarości. Wszystkie najważniejsze informacje wyłożone, strefy spakowane, makaron zjedzony, tracki na trasę rowerową i biegową ściągnięte (tak, to tylko ja to robię na ostatnią chwilę ). Wskakuję na oklejony rower i jadę do Ośrodka Żeglarskiego Politechniki Krakowskiej. To miejsce mojego noclegu, meta odcinka wodnego i T1. Wrzucam rzeczy do swojego pokoju i prowadzę rower do strefy. Tam ostatecznie Biała Strzała zostaje ,,odjanuszowana” (dzięki Witek) . Godzina 21:00. Biorę sobie kolację i idę ją zjeść nad brzeg Jeziora Żywieckiego. Jest po zachodzie słońca, tafla wody spokojna. Piękna chwila. Wspominam te wszystkie miesiące, wątpliwości, załamki, chwile triumfu, parcie do przodu …i czuję się gotowa. Pracowałam ciężko i jestem gotowa, żeby tu być. Posyłam buziaka wodom jeziora, w pokoju układam sobie wszystko na rano (de facto środek nocy), nastawiam dwa budziki i padam spać przed 22:00.

Otwieram oczy, jest ciemna noc. Budzik nie dzwonił ?! Przerażona chwytam za komórkę – 2.30. Obudziłam się sama. Nie do wiary, ale czuję się wyspana. Zrywam się z łóżka, naciągam na siebie piankę do pasa (dzięki Tomasz Ploch – tak, tak, pianka też pożyczona…z funduszami u mnie słabo, ale za to mam znajomości 😉 Czuję jak adrenalina zaczyna buzować mi w żyłach. Ahhhhh…Kocham ten stan! To już! To już za chwilę. Wychodzę w ciemność w wojowniczym nastroju. W T1 dopakowuję telefon, sprawdzam powietrze w oponach, i wędruję do autokaru, który ma nas zawieść na miejsce startu. Dosiada się do mnie Kasia Gniot (jedna z trzech pozostałych zawodniczek, które odważyły się na start w Diablaku). Poznałyśmy się już w piątek na odprawie, rozmawiamy sobie po drodze, jak wyglądały nasze przygotowania, próbujemy, z marnym skutkiem, wbić w siebie choć odrobinę śniadania. Okazuje się, że Kasia godzi treningi i starty z byciem mamą …trójki dzieci (!). Dla mnie takie osoby to prawdziwi współcześni bohaterowie. Podziwiam, szanuję i ogromnie kibicuję. Jazda autokarem trochę się dłuży. Kasia zerka na mnie zdziwiona…,,To tyle będziemy płynąć”? Uspokajam, że wodą, ten odcinek jest dużo krótszy. Docieramy na miejsce. Zaczyna się robić jasno. Na brzegu poznaję Dorotę, życzymy sobie powodzenia i obiecujemy wszystkie w komplecie dotrzeć na szczyt Babiej Góry. Kolejna rzecz, która tak urzekła mnie na Diablaku. Wszyscy, zgromadzeni na brzegu, wszyscy zawodnicy są sobie życzliwi. Czuć szacunek. Wszyscy walczą z dystansem, podjazdami, górami, zmęczeniem, własnymi słabościami i demonami…To piękne i niespotykane zjawisko na zawodach sportowych we współczesnym świecie, jakbyśmy stali po jednej stronie frontu.

Krótka rozgrzewka w wodzie i punktualnie o 4:00 start z brzegu. No to zaczynamy. Początek płynie mi się źle. Szarpię tempo, nie mogę się uspokoić. Płyniesz za szybko, uspokój się – krzyczę na siebie w myślach. Zwalniam. Choć przez to zostaje w tyle – stabilizuję oddech, powoli łapię rytm. Zaczyna być dobrze. Cały czas panuje lekki półmrok, co jakiś czas kontroluję nawigację. Choć nie pływałam za dużo w wodach otwartych, to kiedy przychodzi ,,Dzień Próby” czuję się pewnie. Obok mnie po lewej stronie płynie asekurujący mnie kajak. Po wypłynięciu z zatoki na otwarte wody jeziora mam wrażenie, że spycha mnie za bardzo na prawo. Opływam kajak tak, żeby go mieć po prawej. W pojawiających się relacjach zawodników, pojawia się podobna historia ze znoszeniem, zapewne jakiś prąd wodny, niemałego przecież zbiornika. Płynę dalej. Mimo, że w połowie trasy, zaczynam już myśleć o rowerze. Dekoncentruję się. Do rzeczywistości, mimo wszystko baśniowej” przywraca mnie wschodzące słońce, które wyłoniło się zza góry, otaczając całą moją lewą stronę złoto-pomarańczową poświatą. Podczas nabierania powietrza na lewo woda rozbryzgiwała się w kroplach barwą przypominającą żarzące się węgle w ognisku. Jakkolwiek bym się starała, nie jestem w stanie oddać tego piękna. Czysta magia. Zbliżam się do brzegu. Opływam pomost, płynę, płynę – chyba już będzie dno, myślę, decydując się na pionizowanie. Dno jest już ,,bardzo”, bo ląduję na kolanach w wodzie po pas. Teraz dopiero zerkam na zegarek – prawie 3900 ( trochę mnie zniosło) w 1h33min. Od zeszłego roku progres o 20 min. 20 min!!!

Cieszę się jak mała dziewczynka wyskakując w podskokach z wody. Tak się cieszę biegnąc po zielonym dywanie do strefy, że nie zauważam Benka i Magdy kibicujących mi na brzegu. Tak, tak – chciało im się wstać po trzeciej rano w sobotę, żeby przyjechać mi pokibicować. Benjamin Kuciński to też osoba, której należą się tutaj moje olbrzymie podziękowania – to on podjął się kilka miesięcy temu karkołomnego zadania zrobienia ze mnie prawdziwego triathlonisty. To on układał mi treningi (woda, rower, bieg), motywował, wspierał, jak trzeba było dawał baty, sprawdzał pogodę, wplatał w plany treningowe komunię, chrzściny, konferencje ( rodzinno-zawodowe ,,katastrofy”, ograniczające mój czas)…a przede wszystkim wierzył we mnie. Wierzył, że jestem w stanie w limicie stanąć na Babiej Górze. Benek, Tobie również, przeogromnie dziękuję, wykonałeś kawał ogromnej roboty, za którą nie jestem w stanie podziękować.

W T1 dostaję lokalizator GPS (od tego momentu jestem pod baczną obserwacją bardzo wielu ludzi ;-), staram się szybko ogarnąć przebranie , tutaj w końcu dostrzegam Benka i Magdę. Aż się chce siąść, wypić razem kawę i obgadać ten wodny odcinek…a tu trzeba gonić! Każda minuta ma znaczenie. Wybiegam z rowerem, wskakuję na siodło, wpinam się i jazda… no dobra, jest pod górkę, wiec jeszcze nie tak szybko. Pierwsza pętla początek – lekkie pod górę do Szczyrku. To najgorsze odcinki – nie można się rozpędzić, jedziesz niby mocno, ale prędkość nie zadowala. W końcu podjazd pod Salmopol. I wreszcie zjazd. To ile frajdy przyniósł mi w tym roku ten zjazd…też nie jestem w stanie opisać. Ten sam rower, ta sama trasa, ta sam człowiek…ale zupełnie inna osoba. Nie bałam się WCALE. Gnałam na dół, w dolnym chwycie (jeszcze porę tygodni temu bałam się tak zjeżdżać) i prawie śmiałam się w głos. Punkt żywieniowy mijam bez zatrzymywania, pozdrawiając tylko wolontariuszy, następny podjazd – pod Zameczek, zjazd, choć asfalt gorszy, też przynosi całe pokłady satysfakcji. Jest dobrze, cały czas czuję się świeża, nic nie boli, Jadę swoje, spokojnie. Wspinam się na trzeci podjazd, zjeżdżam (to tam jest jeden z najwspanialszych odcinków trasy –  droga techniczna przy S1). Jadę i już wypatruję tego Żywca. Nagle zaczyna mi się dłużyć. Jest płasko, adrenalina opuszcza mój krwiobieg. Zaczynają boleć mnie plecy. Cisiec, Węgierska Górka, potem jeszcze oczekiwanie na zamkniętym przejeździe kolejowym, Bystra…Gdzie ten Żywiec?!

Zbliża się Trzebinia i nagle wyrasta jak spod ziemi podjazd. To był jedyny moment na trasie, gdzie prawie się popłakałam. Ten podjazd naprawdę był krótki i na profilu wydaje się śmieszny w porównaniu z poprzednimi górami…ale daje w kość, w dodatku przydarzył mi się jeszcze w momencie lekkiego kryzysu. Przetrwałam to. A potem już tylko zjazd i w końcu Żywiec. Mijając tablicę, wydarłam się na całe gardło – ,,Żywiec”!!! Pewnie na rynku mnie słyszeli 😉 Dojazd na rynek. Tam chwila przerwy, wylanie swoich żali na ten nieszczęsny podjazd wolontariuszom i ruszam na drugą pętle. Na drugiej pętli wychodzi błąd popełniony na pierwszej. Za mało piłam i jadłam. Jeszcze przed Szczyrkiem zaczyna mnie odcinać. Muszę zwolnić, dużo piję, biorę żel za żelem…ale już za późno. Spóźniłam się z tym dobre dwie godziny. Na trasie ratuje mnie support jednego z zawodników. Samochód z czerwonym Trakiem na dachu czeka na mnie na trasie, podaje przez okno i odbiera shota, no strasznie Wam dziękuję , za tą spontaniczną pomoc. Jadę, kryzysy mijają, ból pleców też, odzyskuję rytm. Jest dobrze i jestem w Imielinie…i nagle czuję, że złapałam gumę. Nie, nie mam gumy, mówię sobie na głos, to niemożliwe, wydaje mi się…Aż się boje poznać ostateczną prawdę, ale w końcu zatrzymuję się, schodzę z roweru, klękam przy kole i sprawdzam…guma! Ku..wa!!! Wyciągam dętkę, odrywam pompkę przylepioną taśmą wczorajszego wieczora przez Witka na strefie, zabieram się za zmianę trzęsącymi się rękami. Nerwy, stres, zmęczenie …radzę sobie marnie, rozglądam się za samochodem z czerwonym rowerem, nigdzie nie ma, dzwonie do Damiana Wieczorka, który był wolontariuszem na Diablaku. Cała obsługa biegu na zawodach to tak naprawdę jeden wielki support. Odwalacie kawał dobrej . Dałam znać gdzie jestem (choć i tak mają moje położenie co do metra) i dostałam odpowiedź, że pomoc w drodze…może do tego czasu sobie poradzę …Nagle, jak rycerz na białym koniu, pojawia się triathlonista, na sobotnim treningu. Zatrzymuje się i pyta czy nie potrzebuję pomocy. Oj, bardzo potrzebuję. We dwójkę idzie już sprawnie, telefonicznie odwołuję pomoc. Nie pamiętam jak miałeś na imię, chyba Marcin, ale kimkolwiek jesteś, wiedz, że uratowałeś mój limit na rower, dodałeś otuchy i zostałeś moim bohaterem. Wsiadam i jadę. Patrzę na godzinę. Jest źle. Plan był taki, żeby skończyć rower 14-14.20. Mieć trzy godziny z hakiem do Korbielowa, a od Korbielowa cztery z supportem Marcina na Babią. Wolna druga pętla, złapana guma… wszystko spowodowało, że pod znakiem zapytania było to, czy zdążę na rynek przed 15.30. Staram się cisnąć, nie ma czasu na łzy w Trzebini. Wstaję na pedały, głowa w dół, cisnę. Walcz! Walcz! W końcu zjazd i  tradycyjny okrzyk ,,Żywiec”!!! nie patrzę na zegarek, jadę. Dojeżdżam na rynek. Parę minut przed limitem…rower wskakuje na belkę.

Daniel pyta …,,Lecisz dalej”. ,,Po tu jestem”. Siadam w namiocie…przebieram buty i spodenki. Wiem, że już nie mam szans na limit. Cała wola walki, która jeszcze przed chwilą mnie napędzała, zaczyna blaknąć…W Korbelowie będzie czekał Marcin, byle do Korbielowa…powtarzam sobie. Wychodzę z namiotu. Na widok rosołu żołądek przykleja mi się do kręgosłupa. Jestem taka głodna !!! Mimo że to niemożliwe przy posiadaniu dwóch rąk, opuszczam rynek trzymając talerz z rosołem, kubek z rodzynkami, butelkę coli, powerbanka łądującego zegarek i komórkę…to musiał być cudowny widok. Maszeruję pochłaniając rosół i rodzynki, popijając colą…kontaktuję się z Marcinem…nadal wszystko na co mnie stać to marsz. No dobra, uzupełnij bak z paliwem, bo nie masz z czego biec, uspokajam się, zaraz polecisz. Po około pół godziny jest lepiej, zaczyna się marszobieg. Ale szału nie ma. Tym bardziej, że zaczyna się strome podejście.

Paradoksalnie zejście z asfaltu bardzo dobrze mi robi. Wspinam i się i wspinam po ,,Drodze krzyżowej” – naprawdę, na podejściu mijam po kolei wszystkie stacje . Wreszcie zbieg. Od tego momentu leci się naprawdę przyjemnie. Po wybiegnięciu z lasu w oddali widzę Babią Górę…bardzo w oddali…przełykam ślinę, no to jeszcze został mi kawałek. Zaczyna się nieprzyjemny odcinek do samego Korbielowa. Lekkie parę procent w górę. Poddałam się tam i maszerowałam (choć starałam się wyglądać dumnie ;-). Docieram do zwijającego się punktu. ,,Z przykrością musimy cię poinformować, że jesteś już po limicie czasowym. Dostajesz DNF i dalsza trasa, jeśli się zdecydujesz będzie na twoje własne ryzyko. Widzę, że chcesz iść dalej, ale pamiętaj , że dotrzesz do schroniska około 23-24…” Ze wszystkich wypowiadanych przez wolontariusza spraw zdawałam sobie sprawę przed dotarciem na punkt…ale dopiero kiedy je usłyszałam…poczułam, że przegrałam. Miałam czołówkę, ciepłe ciuchy, czułam się dobrze, nic nie bolało, na trasie czekał już Marcin…Miałam wszystko, czego mi było trzeba by dotrzeć na metę. Zabrakło tego najważniejszego. Czasu. Czy naprawdę chcę ukończyć Diablaka grubo po limicie? Czy to ma sens? Czy o to mi chodziło? Dostanę medal, koszulkę finiszera, ale czy będę z tego dumna? Nie. Nie o to mi chodzi. To tak jakby walczyć z bestią i przebić ją mieczem, bo akurat odwróciła wzrok. To nie jest to. Da radę zrobić Diablaka w limicie. Wiem, że jestem w stanie to zrobić…i choć to była jedna z najcięższych decyzji w moim sportowo/amatorskim życiu, zeszłam z trasy 22 km przed końcem. Diablak, mój prywatny Barlog, znów mnie pokonał. To paradoksalne, ale choć już drugi raz z nim przegrywam, to z każdej tej porażki wychodzę silniejsza…oczywiście nie było dnia w tym tygodniu, żebym nie miała wątpliwości, czy była to dobra decyzja. Wystarczył krok, wszystko mi sprzyjało. Co jeśli w przyszłym roku coś uniemożliwi mi start, pójdzie mi gorzej, złapie mnie kontuzja…ale za każdym razem myśl o tym, że to nie byłoby prawdziwe zwycięstwo, trochę mnie uspokaja. Jeszcze nie jesteś gotowa – grzmi Barlog po swojej stronie mostu Khazad Dum i szczerzy swą paszczę…cóż, pozostaje mi zejść do Morii po raz trzeci…

Gratuluję wszystkim zawodnikom, którzy osiągnęli swoją metę, gdziekolwiek by ona nie była. Uczestniczyć z Wami w tych zawodach to dla mnie prawdziwy zaszczyt. Gratuluję Danielowi Wójcikowi i całej Diablackiej Ekipie za wsparcie, profesjonalizm i stworzenie zawodów, które są czymś absolutnie wyjątkowym.

Pokonana po raz drugi

Mariola

 

ŚWIETLIKOWY MEDAL

Drodzy biegacze i walkerzy, mali i więksi, starsi i młodsi.  Już 23 czerwca takie oto modele dołączą do Waszej kolekcji, a może ktoś wybiega sobie swój pierwszy?
Dajcie znać jak Wam się podoba i kto biegnie razem z nami?
Prosimy o udostępnienie. 
➡️Zapisy i szczegóły na stronie: http://www.mkteamevents.pl/swietliki/

III SIEMIANOWICKI BIEG ŚWIETLIKÓW

23 czerwca w Siemianowicach Śląskich odbędzie się III Bieg Świetlików. Zapisy trwają…

Trzecia edycja biegu, ponownie jak pierwsza i druga, odbędzie się w klimatycznym miejscu, w okolicach Stawu Rzęsa, a trasa poprowadzona będzie w okolicach pola golfowego i bażantarni.
Partnerem biegu jest Siemianowickie Centrum Kultury, a Festiwal Świetlików odbywa się pod patronatem Prezydenta Miasta Siemianowice Śląskie, Rafała Piecha.

Tym razem, załoga MK team zorganizuje nie bieg, a  FESTIWAL ŚWIETLIKÓW, a to oznacza, że przez cały dzień zapewnimy Wam liczne atrakcje. Nie zabraknie zawodów dla dzieci, animacji i warsztatów. Nowością będzie eliminacyjny bieg przełajowy na dystansie 700 m – POSKROMIĆ ŚWIETLIKA.

Zapraszamy na stronę zapisów:

ZAPISY  NA  5 i 10 KM – T U T A J

ZAPISY  NA POSKROMIĆ ŚWIETLIKA (eliminacyjny bieg przełajowy na dystansie 700 m) – T U T A J 

ZAPISY NA BIEG DZIECI – T U T A J

ZAPISY NA BIEG „POSKROMIĆ ŚWIETLIKA” –  T  U  T  A  J

ZAMIEĆ NA SZÓSTKĘ

Zamieć – 24h ultramaraton zimowy na Skrzyczne. Bieg w stylu anglosaskim, odbywający się po 14 km pętli. Słynie ze świetnego jedzenia, wspaniałych wolontariuszy, świetnej atmosfery. To tylko kilka suchych faktów. Co ma w sobie ten bieg tak naprawdę? Co w nim jest takiego, że jest niczym herpeswirus – raz załapiesz i już nie uwolnisz się do końca życia. Dlaczego to ,,bieganie po pętli” tak przyciąga?

            Zachorowałam na Zamieć rok temu. Brnąc w śniegu o konsystencji proszku zrobiłam tylko trzy pętle, męcząc się przy tym niemiłosiernie. Zamieć w 2017 roku poniżyła mnie, wyśmiała i ogólnie miałyśmy ze sobą na pieńku. Zakochałam się w niej i znienawidziłam równocześnie. W tym roku wszystko miało wyglądać inaczej i choć nie była ona moim głównym sportowym celem, a takim trochę romansem na boku, chciałam ją pobiec przyzwoicie – czyli co najmniej 4 pętle , mało odpoczywać w bazie, w żółwim tempie, ale do przodu, zrobić jak najdłuższy dystans, przy okazji nie robiąc sobie krzywdy.

            Rano w Szczyrku przywitała nas wiosna. Było kilka stopni na plusie, w prawdzie zachmurzone niebo, ale co jakiś czas przebijało się Słońce. Odebrałam pakiet startowy, zaczęłam się witać ze ,,znajomymi twarzami”. W między czasie , o 11ej wystartowała Zadyma i odbyła się odprawa dla Zamieci.

            W samo sobotnie południe wystartowaliśmy. Pierwszy kilometr po Szczyrku, płaski, po asfalcie, bez śniegu, lodu i mrozu to był pikuś, a nawet Pan Pikuś. Wszyscy po drodze wspominali, że na pewno w tym roku rekord trasy będzie , itp. Spacerujący mieszkańcy robili nam zdjęcia i machali do nas. Miło i sympatycznie. Zaczęło się podejście. Jak to zwykle na pierwszej pętli bywa, utworzyła się kolejka tuż przed wejściem między drzewa. Część ludzi przeciska się na łeb na szyję miedzy drzewami…uśmiecham się pod nosem. To jak przeciskanie się samochodem w korku, zyskujesz tylko kilka metrów, a zmęczysz się, zirytujesz…zapłacisz wysoką cenę na następnych kilometrach. Nie gnam, nie spieszy mi się. Chłonę atmosferę, przepuszczam cisnących mocniej zawodników. Po pokonaniu pierwszego podejścia trasa trochę się wypłaszcza, żeby za chwile poczęstować nas bardzo stromym i ciągnącym się w nieskończoność podejściem z piekła rodem. To mój najbardziej znienawidzony odcinek. Na każdej pokonanej pętli sobie dodawałam, że jak tylko skończy się to podejście, to już z górki będzie. Chociaż oczywiście tak nie jest. Wspinamy się dalej po mniej lub bardziej stromych zboczach góry, w niektórych miejscach dosłownie balansując nad przepaścią. Widoki wszystko wynagradzają. Po drodze zmieniają się pory roku – z wiosny – błotnista jesień, z żółtymi liśćmi , pachnąca ziemią , mchem i grzybami, nieoczekiwanie zamieniająca się w zimę – lód, a potem śnieg. Pełen przegląd nawierzchni. To spore wyzwanie dla biegaczy – jakie buty, jaki bieżnik, czy już zakładać raki, czy jeszcze nie, a może w ogóle raki olać. Jeden z moich ulubionych odcinków – to grań. Już blisko, do schroniska rzut beretem , a widoki zapierające dech.

Chmury przetaczające nad szczytem, prześwitujące słońce. Coś absolutnie pięknego. Na trasie pętli są tylko dwa krótkie odcinki, gdzie trasa ( góra/dół) się ze sobą skleja i można przybić piąteczke znajomym szybszym, lub wolniejszym – na samym dole przy starcie/mecie i na samej górze przy schronisku. Od dołu ciągnie powoli zastęp biegaczy, wspinający się do schroniska. Kontrastują oni z lecącymi w dół zawodnikami, zaczynającymi zbieg. W tym roku chipy ,,ukryte” były w numerach , na przodzie i tyle zawodnika. Żeby zaliczyć pętle, trzeba było odbić swój nr na górze – tj. znaleźć się pomiędzy czytającymi go ekranami. Organizatorzy, żeby ułatwić nam zadanie, ustawili na tarasie schroniska krzesło, które trzeba było obejść dookoła, żeby mieć pewność, że jesteśmy zczytani. Tym samym Zamieć w tym roku była biegiem ,,dookoła krzesła” 😉

Nie zabrakło niezastąpionego kciuka w górę dla każdego od chłopaka obsługującego punkt kontrolny. On zapewne ćwiczy to cały rok, bo spróbujcie tak robić przez 24h i jeszcze się uśmiechać. Przecież twarz musi go potem boleć przez miesiąc. Podziwiam go i chylę czoła.


                                                                                                                                     

fot. ULTRA LOVERS JACEK DENEKA

Zaczyna się zbieg. Zakłam raki, raki, z którymi przeprosiłam się w tym roku i rzucałam podziękowania w niebo, za ich zabranie. Bez raków zginęłabym marnie na tych stromych i wyślizganych zejściach. Na pierwszej pętli to jeszcze nie, ale na następnych został chyba pobity rekord Guinessa w najdłuższej ślizgawce na świecie. Ciągnęła się od schroniska na Skrzycznem do …prawie do końca strefy zimy. W tym roku miejsca oznaczone jako niebezpieczne ( POZOR !!!), naprawdę były niebezpieczne. Za to strefa jesień, wiosna pozwalały na swobodny i lajtowy bieg – jak po czerwonym dywanie. Po zaliczeniu pierwszej pętli, od razu poleciałam na drugą . Nadal byłam świeża, nie zmęczyłam się za bardzo. Przede wszystkim jak ognia chciałam uniknąć wchodzenia do bazy, będącej równocześnie punktem żywieniowym. To miejsce, to największa pułapka Zamieci. W bazie jest pyszne jedzenie, kawa, herbata, kanapki, ciasteczka, daktyle, pomarańcze, zupy, makaron, naleśniki(!). Jest ciepło, miło, wolontariusze stają na głowie, żebyś miał wszystko, czego zapragniesz, jest pełno fajnych ludzi, dodatkowo wszyscy są ,,z twojej bajki”, jest o czy pogadać. To jak oaza z on inclusive. Aż się łezka w oku kręci… Tyle że w bazie czas jakby przyspiesza, zmuszenie się do wyjścia z niej jest najtrudniejszym elementem Zamieci. Byłoby o tyle łatwiej, jakby były tylko banany i woda, orgi i wolontariusze nieprzyjemni, albo śpiący, jakby się tylko kopa w tyłek dostawało i na następną pętle. Ale nie, nie . Oni są jak najlepszy kumpel, mama i babcia równocześnie. Nie lubię ich za to 😀

Kolejne pętle już dużo luźniejsze. W Szczyrku zauważam, że mijam wesele i śmieję się sama do siebie, że w sumie takie wesele, to jak zawody ultra. Trzeba dobrze rozłożyć siły, odpowiednio pić i jeść, a i tak, możesz mieć słabszy dzień i może cie odciąć, możesz zaliczyć zgona albo się wywrócić, a możesz też bohatersko przetrwać do końca. No nic, biegnę dalej, a właściwie idę. Druga pętla jeszcze prawie w całości przy dziennym świetle. Przed  trzecią  znów opieram się pokusie wejścia do bazy ( ale twardzielka ze mnie), uzupełniam tylko wodę i wyruszam już w noc. W tym roku coś dziwnego zadziało się ze mną na robionych po ciemku pętlach. Byłam bardzo skupiona, zero muzyki. Ciągle sama ze sobą, góry i poruszanie się w grafitowej mgle, która pełzała po zboczach jak żywy organizm. Coś jakby wisiało w powietrzu, coś maiło się zaraz stać. Czułam cały czas lekki stan zagrożenia. Pilnowałam jedzenia i picia, nie forsowałam sił. Coś się czaiło w tej grafitowej ciemności, mrużyło ślepia, obserwowało, czekało…Utrzymanie takiej koncentracji przez kilkanaście godzin praktycznie ciągłego, i to forsownego ruchu, wysysa siły, niczym tasiemiec witaminę B. Zdarzały mi się omamy wzrokowe. No bo jak nazwać moje nagłe przerażenie, kiedy przy trasie nagle ,,zobaczyłam” brodatego pana, siedzącego na fotelu z biały lisem na kolanach ?! Oczywiście był to psikus zmęczonego umysłu, bo to ośnieżony korzeń sprawił takie wrażenie. Zmęczenie i lekki stan zagrożenia. Coś czaiło się w ciemności…Na imię tej bestii było Wichura. Zaczęło wiać około trzeciej w nocy. Rozhulało się na dobre rano. Nigdy nie biegłam w tak silnym wietrze. Podobno to było ,,tylko” 70 km/na godzinę, a dawało się we znaki na szczycie. Gdyby nie kolce, miałabym problem z utrzymaniem równowagi. Moja ostatnia, szósta pętla była pod znakiem tego piekielnego wiatru. Prawdziwa, bezlitosna, Jej Wysokość Zamieć.


 fot. ULTRA LOVERS JACEK DENEKA

W tym roku ukończyłam Zamieć na 8mym miejscu wśród kobiet, robiąc 6 pętli. Spędziłam na trasie prawie 23h. Posypałam się fizycznie na ostatnich dwóch pętlach. Uważałam na siebie , może nawet za bardzo – bo nie zaliczyć ANI JEDNEJ GLEBY na Zamieci to trochę wstyd 😉


fot. KAROLINA KRAWCZYK

A Ty, drogi czytelniku, czy byłbyś gotowy wyjść w noc i wichurę po zmęczenie i pułapki umysłu? Na ile pętli? Czy walczyłbyś całe 24h, czy uległ pokusom Bazy. Ryzykował na zbiegach, pędził jakby jutra nie miało być, czy schodził powoli w dół, katując mięśnie ud. Doszedłbyś do granic zmęczenia…i poszedł dalej? Kim byś był, kiedy kolejne pętle, zimno, noc, zmęczenie, odzierałoby cię z tego wszystkiego, w co ubierasz się na co dzień? Kim byś był, kiedy zostanie już tylko pierwotna cząstka samego siebie? Polubiłbyś tego gościa ?

Są takie biegi, są takie zawody, na których dowiadujesz się o sobie wszystkiego, albo prawie wszystkiego. Zamieć do nich należy. Polecam. Zdecydowanie polecam.

Mariola Powroźna

Wiedząca już o sobie prawie wszystko 😉

 

IV PARKOWE HERCKLEKOTY

Drodzy biegacze i walkerzy, z dniem 10 stycznia ruszają zapisy na IV Parkowe Hercklekoty.

Czwarta edycja biegu Parkowe Hercklekoty po raz pierwszy odbędzie się w Katowicach. Tym razem, będziecie mogli wystartować na dwóch dystansach. Do wyboru trasa na dystansie około 7 km oraz około 12 km. Nordic Walkerzy mogą wystartować na dystansie około 7 km. Postaramy się by mimo zmiany miejsca biegu, każdy mógł poczuć czym są hercklekoty 🙂

Zapoznajcie się proszę z regulaminem, który dostępny jest  T U T A J.

Zgłoszenia na bieg przyjmowane są  T U T A J.

Zapisy na biegi dla dzieci ruszą wkrótce, prosimy o cierpliwość.

Jeśli zastanawiacie się jaki wybrać dystans i uzależniacie to od godziny startu waszych pociech, informujemy, że starty odbywać się o następujących porach:

10:00 – start biegu na ok. 7 km

10:05 – start nordic walking

12:00 – start biegów dla dzieci

13:30 – start biegu na ok. 12 km

UWAGA!!!

Zniżka 10 zł przysługuje osobom, które wystartowały i ukończyły WSZYSTKIE biegi wchodzące w skład Grand Prix MK team 2017.

KOLEJNOŚĆ UCZUĆ CZYLI SILESIA MARATHON 2017

Maraton to mój ukochany dystans. Mimo uwielbienia dla ultra, coraz większej fascynacji triathlonem, największa miłość pozostaje jedna – maraton. Dlaczego? Przecież to asfalt, tłum, miasto, żaden wyczyn…tyle już biegających znajomych praktycznie całkowicie z niego zrezygnowało. Co, mimo wielu udanych romansów z innymi dystansami i Mordorami, sprawia, że maratony chce biegać, dopóki będę w stanie się przemieszczać? Może poniższy opis mojego dopiero/aż dziewiątego maratonu (w tym piątej Silesii) odpowie na to pytanie.

Pierwszego października 2017 odbyła się dziewiąta edycja Silesia Marathon. Uczestnictwo w tym maratonie uważam za taką moją małą tradycję i kultywuje od 2013 roku, gdzie na Silesii właśnie zadebiutowałam na maratońskim dystansie. Ta edycja miała być wyjątkowa – finisz i meta trasy maratonu i półmaratonu zostały umieszczone na odremontowanym Stadionie Śląskim. Dodatkowo, dzień maratonu był ,,dniem otwartym” na stadionie, więc każdy kibic, rodzina, mieszkaniec Katowic mógł być świadkiem finiszu tysięcy biegaczy. Ten kto liczył na piękne przeżycia związane z finiszem na takim obiekcie – nie zawiódł się.

Niedzielny poranek upłynął pod znakiem wyjazdu na maraton. Zwykle brałam rower, jednak w tym roku meta był w innym miejscu niż start. Późnym wieczorem w sobotę razem z koleżanką, która debiutowała na tym dystansie ( i wspaniale jej poszło) zorganizowałyśmy sobie przejazd na start. Samochód obładowany maratończykami dotarł bez problemu pod Silesia City Center. Poranek był zimny, ale słoneczny. Nie wróżyło to nic dobrego. W dzień mało być na słońcu do 20 stopni, zero opadów, lekkie zachmurzenie…bardzo niedobra pogoda dla maratończyków ;-). Na starcie kolorowo, gwarno, wesoło – wspaniała atmosfera. Co chwila pozdrawiałam w tłumie jakąś znajomą twarz. Po zdaniu depozytu do ciężarówek ( nasze rzeczy przewożone były na metę w strefie dla zawodników przy stadionie) ustawiłam się w tłumie oczekujących na start. Zaczęło się odliczanie od dziesięciu w dół. Odliczałam razem z setkami innych biegaczy. Nastąpił START i wszyscy ruszyliśmy.

Pierwsze kilometry nie biegło mi się jakoś specjalnie dobrze. Jest tak praktycznie zawsze i nie wiem z czego to wynika. Mimo, że początek trasy bardzo sympatyczny – okolice Spodka, potem trasa wiodła koło Muzeum śląskiego, następnie obok mojego osiedla – przybiłam piąsteczkę tak zwykle poważnemu sąsiadowi z góry, potem moje ulubione miejsca treningowe – Dolina Trzech Stawów…Ani się obejrzałam minęło pierwsze dziesięć kilometrów i zaczęło mi się biec rewelacyjnie. Złapałam taką fajną lekkość i dynamikę biegu. Przez kolejne18 km biegło mi się wyśmienicie. Nikiszowiec minął mi tak szybko, że nie zdążyłam się nim nacieszyć, potem Mysłowice, następnie na powrót zawitaliśmy do Katowic. Trasa Silesi jest bardzo urozmaicona. Nie bez powodu mówi się o niej – górski maraton. Jeszcze tuż przed 28 km byłam pewna, że będę próbować atakować moja magiczna barierę – czterech godzin w maratonie. Czułam się wspaniale, właściwie starałam trzymać tempo, żeby nie biec za szybko, ani za wolno…no i właśnie. Nigdy nie można być tak do końca pewnym siebie w maratonie. Nigdy.

Od trzydziestego kilometra załapałam klasyczną maratońska ścianę, mimo że piłam na każdym punkcie i jadłam sprawdzone rzeczy. Myślę, że mim wszystko zawiniły słońce, wysoka temperatura i zbyt duża pewność siebie. Zero cienia, gorąco parujące od nagrzanego asfaltu. Nogi stały się ciężkie. Tempo, które jeszcze przed chwilą nie stanowiło najmniejszego problemu stało się niemożliwe do utrzymania. Zwolniłam i brnęłam naprzód. Pojawiła się złość. Taka sportowa złość i żal do wszystkiego i wszystkich. W mojej głowie wyglądało to mniej więcej tak. ,,Miało być zachmurzenie! Dlaczego ani jednej chmury nie ma na niebie? Żądam zapowiadanych w prognozie pogody chmur! Dlaczego tak zawsze jest na Silesi? Nie dość, że same góry, to jeszcze zawsze słonecznie i ciepło. Co to ma być!? Już nigdy więcej nie biegnę Silesia Marathon. Nienawidzę cię Silesio. Sama się biegaj. Trzymam dietę, wstaję przed siódmą rano w niedzielę, żeby biegać, nie pije nawet piwa miesiąc przed maratonem…po co ?! Po co te wszystkie poświęcenia? Żeby teraz biec w tempie marszu…Dobre dziesięć kilometrów wylewałam te żale…dobrze, że tylko w myślach, bo jak sobie pomyślę, że ktoś musiałby biec obok i tego słuchać, to aż strach. Praktycznie końcówkę Silesia Marathon stanowi konkretny i długi podbieg za Siemianowicami Śląskimi (w samym mieście, jak zawsze zresztą , organizowana jest strefa kibica z prawdziwego zdarzenia i od kiedy biegam tam na trasie maratonu zawsze to miasto ciepło mi się kojarzy, właśnie z takim cudownym dopingiem i wspaniałą atmosferą). Na tym właśnie podbiegu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle powstałam z martwych. Biegnę co raz szybciej, mijam co raz więcej i więcej biegaczy poruszających się w trybie zombie. Na końcu podbiegu ustawiła się reprezentacja grupy biegowej Night Runners Gliwice. Od momentu przybicia im piąteczek ( byliście cudowni, dziękuję!) to już w ogóle dostałam skrzydeł. Oprócz tego trasa prowadziła mnie już teraz pomiędzy życiodajnym cieniem drzew Parku Śląskiego. Biegłam jak natchniona po znanych mi ścieżkach rowerowo – biegowych. Na playliście akurat wskoczył kawałek , który tak bardzo pasował mi do mojego stanu, mojej sytuacji…że zaczęłam go śpiewać na cały głos. To było taki niesamowite lecieć tak na pełnej kicie, kończyć maraton i śpiewać…Monikę Lewczuk ( nie osądzajcie mnie) ,,Tego nie da się powiedzieć, radość, słońce (patrzcie, że już jakoś nie przeszkadzało mi to mordercze słońce 😉 ), wiatr na ciele, łapie wszystkie te momenty by zatrzymać w sobie czar. Tylko tu i teraz liczą się sekundy, przegonimy razem czas”…Moje talenty wokalne są bardzo marne…więc jeśli ktoś to słyszał, to bardzo bym chciała w tym miejscu gorąco przeprosić za to karygodne zachowanie, ale nie mogłam się powstrzymać. Biegłam, śpiewałam, cieszyłam się z tego co się dzieje ze mną tu i teraz i naprawdę chciałam zatrzymać te chwile na zawsze. Czy mogło być piękniej na koniec maratonu? Mogło. Wbiegnięcie na niebieską, pachnącą nowością, bieżnię Stadionu Śląskiego i runda honorowa do mety…to była NAJPIĘKNIEJSZA META W MOIM ŻYCIU. Spodziewałam się, że to będzie piękny moment, ale to co wtedy czułam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wspaniała, piękna i niepowtarzalna chwila.

Trasa tegorocznej Silesi przeciągnęła mnie po wszystkich uczuciach – najpierw umiarkowane ,,lubię cię”, potem ,,kocham cię Silesio, kocham, jest nam razem cudownie”, następnie ,,nienawidzę cię, nie będę cię już biegać nigdy, co ty sobie wyobrażasz, jesteś niedobra, zła, podła, do tego są góry i jeszcze słońce świeci” aż po ,,ubóstwiam cię, jesteś moim marzeniem, będę cię wielbić i biegać zawsze”

Dlaczego tak kocham ten dystans? Maraton nie wybacza błędów. Wymaga koncentracji od początku do końca. Może cię obdarzyć najpiękniejszymi chwilami w życiu, może najgorszymi…a często i takimi i takimi. Jest nieprzewidywalny. Nigdy nie możesz się czuć pewnym. Nienawidzi pychy i lekkomyślności. Może cię odciąć 800 metrów przed metą, a możesz biec lekko od początku do końca. Możesz umrzeć na 30km, by odrodzić się na 40stym i lecieć sprintem do mety. Możesz go kochać i nienawidzić…jedno jest pewne. Nie przechodzisz obok tego dystansu obojętnie.

Parę lat temu natrafiłam przypadkowo na niemiecki film ,,Ostatni bieg Paula”. Krótki opis zachęcił mnie do obejrzenia…i byłam nim oczarowana. Film opowiada historię starszego małżeństwa, zmuszonego przez los do zamieszkania w domu starców. Główny bohater Paul – wielokrotny mistrz świata w maratonie, żeby odnaleźć sens życia i nie dać się przytłaczającej go rzeczywistości wegetacji zapisuje się na maraton w Berlinie i rozpoczyna do niego treningi. Piękny film o harcie ducha, pięknie sportu i ogromnej sile psychiki. Człowiek który stracił wszystko, na skraju swego życia ,nie poddał się i ukończył maraton na przepięknej niebieskiej bieżni ( tak! Jak na Stadionie śląskim!) stadionu olimpijskiego. Bohater w trakcie filmu wypowiada takie oto słowa, którymi chciałam zakończyć ten tekst – ,, Życie jest jak maraton. Pierwsze kroki przychodzą łatwo. Myślisz, że nic nie może cię zatrzymać. Ale potem przychodzi ból, z każdym metrem tracisz siły. Wydaje ci się, że już nie dasz rady, ale biegniesz dalej, wciąż naprzód, aż do całkowitego wyczerpania. A na końcu czeka cię zwycięstwo. To pewne. Zwycięstwo.”

Mariola Powroźna

JAK PRZEBIEC PÓŁMARATON NA WARZYWACH?

Mniej więcej pod koniec maja, zdecydowałam, że w tym roku przebiegnę PKO SILESIA MARATHON na dystansie półmaratonu. Postanowiłam, że nie będzie to taki sobie spontaniczny start, ale rzetelne treningi, dzięki którym osiągnę swój zamierzony cel, czyli „złamię” 2 godziny. Na swoją trenerkę wybrałam olimpijkę i mistrzynię Polski w chodzie sportowym – Agnieszkę Dygacz. 
Agnieszka bardzo profesjonalnie podeszła do tematu. Po szeregu pytań, na które musiałam odpowiedzieć, na moją skrzynkę mailową przyszła wiadomość – dzienniczek treningowy, z rozpisanym planem na pierwszy tydzień. Od tego wszystko się zaczęło….

Wg planu treningowego, na początku biegałam 3 x w tygodniu. Oprócz tego ćwiczenia stabilizacyjne, rozciąganie, rytmy i wiele innych ćwiczeń, dzięki którym miała się poprawić moja gibkość, zwinność i szybkość. Wszystko szło pięknie do czasu kiedy truchtałam. Kiedy plan zakładał bieg ciągły zaczynały się schody. Zbyt wysokie tętno, zmęczenie, zadyszka.
– To nic! – tłumaczyłam sobie – Przecież dopiero od niedawna trenuję, nie zrobię formy w dwa tygodnie – usprawiedliwiałam swój brak efektów.
Mijały tygodnie, a ja sportowo stałam w miejscu. Oprócz mojej rosnącej frustracji, rosła także waga i pogłębiało się moje niezadowolenie z samej siebie. Włączył się tak zwany dołek i bieganie, które miało wywoływać u mnie produkcje hormonu szczęścia, fundowało mi stany depresyjne.

Z okazji długiego, sierpniowego weekendu, wraz z grupą przyjaciół wyjechaliśmy na długi weekend do Poraja. Wyjazd ten nazwaliśmy roboczo mini obozem sportowym. Postanowiliśmy bowiem, że każdy dzień wypełnimy aktywnością: bieganie, rower rolki.
Pomimo, iż kocham rower i zawsze będzie on u mnie na pierwszym miejscu, Jura Krakowsko – Częstochowska dała mi mocno w kość. Czułam się z tym nieswojo. Nawet kiedy miewałam spadek formy, rower nigdy nie stanowił dla mnie problemu. Na wypady rowerowe czy rajdy, gdzie do pokonania było 100 km, zgłaszałam się chętnie. W Poraju po pokonaniu 25 km miałam wrażenie jakbym przejechała ich 250 i z chęcią kolejne dni spędziłabym w łóżku na regeneracji.

Zmęczenie, trudności z ruszeniem się z łóżka rano, ciągłe uczucie senności i towarzyszące temu „niechcemisię”, to tylko niektóre objawy, które utrudniały mi życie. Czułam, że coś jest nie tak i pomimo, że walczyłam z dolegliwościami własnymi sposobami, miałam wrażenie, że zamiast lepiej jest gorzej.  Moje ciśnienie uparcie wskazywało 80:50. Nic tylko leżeć i płakać.
Postanowiłam pójść do lekarza – nie jednego. Na tapetę poszło kilku, oczywiście wszystkie wizyty umawiałam prywatnie, ze względu na czas oczekiwania do specjalisty, który przyjmuję w ramach NFZ. Tym sposobem wydałam około 1500 zł w 2 tygodnie. Uważam jednak, że było warto, między innymi dlatego, że do endokrynologa od momentu wykonania telefonu do wizyty mięło 10 godzin. Z NFZ wizyta miała odbyć się w 2019 roku (!!!) do tego czasu w najlepszym wypadku mogłabym ważyć 100 kg, w najgorszym….wolę nie gdybać.

Całkiem sympatyczna pani endokrynolog, wysłuchała mojej historii. Najbardziej zaciekawił ją fakt, że dokucza mi problem obrzęku na nogach (ciągle czułam jakbym miała dwie kłody ważące tonę zamiast nóg). Po wywiadzie przyszła pora na USG.
Na początku mina pani doktor niczego nie zdradzała, ale gdy padło pytanie – Czy w pani rodzinie ktoś chorował na tarczycę? wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Otóż nie wiem czy ktoś chorował. Może chorował ale o tym nie wiem, a może ten ktoś sam o tym nie wie?

Okazało się, że jak na mój młody wiek (mam 34 lata) wyhodowałam sobie całkiem sporo, całkiem sporych guzów. Nie lubię słowa guz i nawet zapewnienia pani doktor, że w 95% przypadków, takie guzy są łagodne i oprócz tego, że są, nic więcej się nie dzieje, wystarczy obserwować. Mimo wszystko pozostało 5%.
Po dłuższej rozmowie z endokrynologiem uzyskałam wiele odpowiedzi na moje pytanie, które od dawna pojawiały się w głowie, ale nigdy nie sądziłam, że odpowiada za nie tarczyca – problem z połykaniem śliny, ucisk a nawet problem z szybkim bieganiem – winę za to ponosiły moje ponad 2 centymetrowe guzki.
Dostałam skierowanie na biopsję i listę badań do zrobienia. Zaczęło się…

Mój próg bólu jest bardzo wysoki, więc nie bałam się wbijania igły, zwłaszcza, że biopsja miała być wykonana cieńszą igłą niż np. pobranie krwi, jednak sam fakt, że ktoś mi będzie wbijać igłę w szyję trochę mnie martwił.
Na skierowaniu endokrynolog zaleciła biopsję dwóch płatów tarczycy, spodziewałam się więc dwóch nakłuć. Niestety, pomyliłam się. Lekarz aż cztery razy wbijał mi igłę w szyję i pobierał materiał do badania. Samo wbicie igły nie było straszne i nic nie bolało, jednak pobieranie materiału do badania było dość nieprzyjemnym uczuciem. Na szczęście badanie odbywało się inaczej niż się spodziewałam: trzeba położyć się na kozetce i odchylić głowę do tyłu, tak by lekarz miał naszą szyję na pierwszym planie. Dzięki temu nie widzimy kiedy lekarz ma zamiar przystąpić do zabiegu i nie musimy obawiać się nagłego ataku paniki 😉
Badanie trwało około 10 min, na wyniki czekałam 3 dni i mimo, iż byłam dobrej myśli, były to najdłuższe 3 dni od czasów operacji mojego Taty.
Po otrzymaniu wyników na maila, na kolejną wizytę u endokrynologa czekałam jeden dzień. Najważniejsze usłyszane wtedy zdanie brzmiało: guzy nie są złośliwe ale musimy się im bacznie przyglądać.

Nie będę się wdawać w szczegóły, ale oprócz wizyty u endokrynologa, zaliczyłam też wizytę u dietetyka (choroby tarczycy to często nietolerancje pokarmowe) i postanowiłam, że zafunduję mojemu organizmowi oczyszczanie w postaci postu leczniczego dr Ewy Dąbrowskiej. Jedyne co mnie przed nim blokowało to półmaraton Silesia.

Długo się nad tym wszystkim zastanawiałam i postanowiłam, że zrobię i post i wystartuję w półmaratonie. Mój kompromis polegał na tym, że przestałam martwić się o czas na mecie. Najważniejsze było dla mnie ukończyć bieg w limicie.

W innym wpisie opiszę Wam na czym polega post (dzisiaj jest mój 25 dzień z 42 dni postu, potem czeka mnie jeszcze 42 dni wychodzenia z postu) teraz wkleję Wam jedynie tabelkę co jem, a czego nie mogę jeść, więc pewnie sami zrozumiecie skąd moje obawy przed startem w zawodach. Dodam, że liczba kalorii na dobę nie powinna przekraczać 800 kalorii.

Tydzień przed półmaratonem, razem z Mamą wystartowałyśmy w Biskupicach na dystansie 6 km. Biegło mi się fantastycznie, świetna pogoda i doping, uśmiech nie schodził mi z buzi. To mnie wyluzowało przed startem.

Przed PKO Silesia Marathon wystartował jeszcze Mini Silesia Marathon, na który też zdecydowałam się iść w towarzystwie Mamy i przyjaciół z naszego teamu. Nie wiem czy podjęłam słuszną decyzję, że przed półmaratonem zafundowałam sobie prawie 5cio km rozgrzewkę. Na pewno dobrze się bawiłam i po biegu zaobserwowałam ważne dla mnie reakcje organizmu na aktywność fizyczną podczas postu.

W sobotę położyłam się spać o 1:25 (byliśmy jeszcze na weselu) a w niedzielę obudziłam się o 6:30. O godzinie 7:00 zjadłam cztery pieczone jabłka z cynamonem, a do pudełka wzięłam pieczone frytki z dyni piżmowej, które zjadłam około 8:30. W butelce miałam swoją wodę z cytryną.

Bardzo się stresowałam, ciągle chciało mi się siku i byłam chyba marudna, takie przynajmniej odniosłam wrażenie, obserwując moją towarzyszkę Beti 😉 Pozdro Beti 🙂

Kilka minut przed godziną zero, nasza ekipa pod czujnym okiem Ani ze Studia Masażu Balans rozgrzała swoje ciała, a potem wszyscy usłyszeli AC/DC z głośników i było jasne, że czas się ruszyć. Miejmy to z głowy – pomyślałam 🙂

Pierwsze 5 km biegło mi się super. Nie wiem kiedy te kilometry przeleciały. Nagle przede mną pojawił się punkt z wodą, znaleźliśmy się na Dolinie Trzech Stawów, byłam z siebie zadowolona i szczęśliwa. Biegłam dalej, pełna nadziei i optymizmu.

Kolejne kilometry mijały, a ja wciąż miałam siłę i energię. W słuchawkach leciał audiobook ale kibice tak pięknie i głośno kibicowali, że szkoda było ich nie słyszeć. Biegłam sama, swoim tempem, nikt mnie nie poganiał i niczego nie narzucał, biegłam tak jak lubię najbardziej. Dla siebie. Ta myśl krążyła mi w głowie.

Mniej więcej na 12 km zaczęłam odczuwać zmęczenie. Zwolniłam, próbowałam nawet przejść do marszu by trochę odpocząć ale ten pomysł nie był dobry. Musiałam biec. Wolno ale biec. Około 12:00 zadzwoniłam do rodziców i dałam im znać, że wbiegłam do Siemianowic, poprosiłam o wodę z cytryną i cisnęłam do nich ile sił w nogach. I głowie. W centrum miasta nabrałam wiatru w żagle. Mnóstwo kibiców i znajomych, którzy dali dużego kopa. To było niesamowite i na samą myśl o tym, znowu łzy napływają mi do oczu. Kiedy znalazłam się przy rondzie z kulami wiedziałam, że najgorsze przede mną. 2 km podbiegu ze słońcem świecącym w twarz. Pocieszałam się, że zaraz spotkam rodziców. Była to ostatnia górka, do mety zostanie już tak niewiele. Uda mi się!

Tyle razy tam biegałam, chodziłam. Znam ten podbieg od 34 lat….i nienawidzę go. Miałam dość. Ja i wszyscy wokoło mnie, mało kto miał siłę by wbiegać pod tę ciągnącą się w nieskończoność górę, gdybym nie wiedziała, że zaraz ujrzę rodziców, z pewnością całą trasę pokonałabym marszem. Zdecydowałam się jednak na bieg, chciałam pokazać rodzicom, że jeszcze nie umieram i wbiegam żwawo pod taką górę 🙂

Świetnie było spotkać rodziców. Byli przejęci. Przygotowali mi wodę i jabłka 🙂 wiedzieli, że na punktach odżywczych, ze względu na post nie tknę się nawet banana. Zdecydowałam się jednak tylko na wodę. Na pożegnanie od mamy usłyszałam, że nie wyglądam na zmęczoną i na kogoś kto już ma 16 km w nogach. Cóż 🙂 może jednak mogłam biec szybciej?

Kiedy wbiegłam do Parku byłam najszczęśliwsza na świecie. Meta była tak blisko. Już nic nie mogło się stać. Biegłam z górki ile sił w nogach. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Stadionie Śląski nadchodzę.
Ostatni podbieg pod stadion już nawet tak nie bolał. Fakt, że widzę kopułę stadionu dodawał mi sił. Kiedy znalazłam się przed bramą szczęka mi opadła, a łzy napłynęły mi do oczu. Bieg po murawie był najbardziej wzruszającym uczuciem jaki mi ostatnio towarzyszyło. Miałam wrażenie, że Ci wszyscy kibice na trybunach patrzą na mnie. Nie wiedziałam czy biec, czy zatrzymać się i podziwiać widok czy włączyć telefon i nagrać to wszystko.
META!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Boże! Udało mi się. Pomimo, że miałam obawy i przygody po drodze, nie poddałam się. Osiągnęłam swój cel, chociaż nie pobiegłam w zakładanym przez siebie i Agnieszkę czasie. Nieważne. Świat się z tego powodu nie skończył. Przede mną jeszcze mnóstwo biegów. Nowe cele do zrealizowania. Najważniejsza dla mnie lekcja jaką wyciągnęłam po tym biegu jest taka, że nie należy się poddawać, załamywać i odkładać marzeń. Dopóki mam zdrowe nogi będę szła przed siebie. W jakim czasie? Nieważne. On i tak upłynie.
Przekonałam się też, że dieta wegańska nie pozbawia organizmu energii i kiedy tylko zakończę post, na pewno będę ją kontynuować, ale o tym w kolejnym wpisie.

SZTUKA BYCIA (PRAWIE) OSTATNIĄ

Janusze zawodów, zawalidrogi, po co się pchacie na zawody…takie, tylko wybrane i mniej wulgarne określenia, słyszą czasem ci, którzy są ostatni. Ci którzy kończą zawody tuż przed limitem…albo zaraz po…Zjawisko, które mnie ominęło…choć często sama przecież ,,pcham się” tam gdzie nie trzeba i jestem ,,Januszem zawodów”. Dlaczego moim zdaniem nie należy się tego bać i nigdy nie doświadczyłam osobiście tego zjawiska? Dlaczego uważam, że ( na szczęście!) to marginalne zjawisko? Zbliżają się jesienne maratony, połówki, wielu ludzi będzie realizowało na przykład swoje postanowienia noworoczne, wiele miesięcy przygotowując się do swojego pierwszego maratonu…i boją się, że będą ostatni…nie macie się czym przejmować…bo bycie ostatnim nie oznacza porażki.

Fot. Krzysztof Porębski

Zacznijmy od tego, że nie jestem wybitym biegaczem…ba, jestem biegaczem ledwo przeciętnym, jeszcze gorszym triathlonistą, amatorem, który traktuje sport jako zabawę, przyjemną formę spędzania wolnego czasu, którego mam bardzo niewiele. Strzelają mi do głowy czasem bardzo szalone pomysły startów i lubię to u siebie bardzo, bo to dodatkowa motywacja do zdwojenia swoich wysiłków, poprawienia się w nowych dyscyplinach…i tak dalej. Owszem, miewam swoje wzloty…ale upadków i porażek jest znacznie więcej. Nie jest to jednak kwestia życia lub śmierci. W 2016 roku spróbowałam swoich sił w triatlonie, na dystansie ¼ Ironmana. Podchodziłam do zawodów totalnie zielona. Bałam się potwornie, że zrobię z siebie głupka. Podobnie, gdy rzuciłam się nawet nie na głęboką wodę , a prawdziwe tsunami – Diablak Exstrime Triathhlon w czerwcu tego roku – bałam się najbardziej tego, że zrobię z siebie idiotkę…koniec sierpnia i ½ Silesiamana na Dolinie Trzech Stawów …wyleczyły mnie chyba na dobre z wszelkich możliwych ,,kompleksów”.

27 sierpnia odbyły się ostatnie zawody z serii Etixx Silesiamn Triathlon. Tak jak już pisałam wystartowałam na dystansie ½ IronManna. 1,9 km pływania, 90 km na rowerze, i 21,1 km biegu. Zawody odbywały się dwa tygodnie po III Mistrzostwach Polski Lekarzy Weterynarii w Ultramaratonie. Prawie 60 km po górach dało mi w kość chyba trochę więcej niż się spodziewałam. Nic nie bolało…ale czułam się zmęczona, bez mocy. Zastanawiałam się do ostatniej chwili nad zmianą dystansu na ¼ (nawet los mi to ,,podpowiadał”, bo wygrałam pakiet właśnie na ten krótszy dystans), ale stwierdziłam, że będzie co ma być, i muszę się zmierzyć z połówką. Polecę ją sobie spokojnie i tyle. Zawodników startujących na dłuższym dystansie było poniżej setki…i wszyscy traktowali się naprawdę po przyjacielsku. To nie są słowa na wyrost. Na starcie pojawiły się międzynarodowe sławy…które przed zawodami witały się z innymi zawodnikami, a na trasie dopingowały innych zawodników ( na przykład na rowerowej trasie, tracąc przez to przecież mimo wszystko jakieś tam sekundy).


Z wody na moim dystansie wyszłam jako ostatnia zawodniczka, nie płynęło mi się dobrze, prawie dwa miesiące nie robiłam nic jeśli chodzi o trening w wodzie (skupiłam się na przygotowaniach do Mistrzostw Weterynarzy) i to niestety dało efekt. Mimo wszystko, zrobiłam wodę w godzinę ( do limitu zostało 20 min), całość kraulem, więc jak na moje ,,nie pływanie’’ nie byłam jakoś specjalnie załamana. Wychodząc z wody dostałam takie owacje i oklaski od kibiców, że nie mogłam w to uwierzyć. To takie wspaniałe uczucie. Nie czułam się wcale Januszem zawodów, kimś słabym, kimś, kogo nie powinno tu być. Rower też nie poszedł mi jakoś specjalnie dobrze, wiatr i górki na trasie dały mi w kość, naciągnięty przy pływaniu mięsień na plecach i brak pary nie pomagały. To, na jakim poziomie są niektórzy zawodnicy triatlonu, jakie prędkości potrafią generować i utrzymywać na rowerze, jest wprost niebywałe. Nie zapomnę momentu, na którym jadąc lekko z górki uzyskałam prędkość 45 km/h, cieszę się w duchu, że zapie…dalam tak ładnie…a tu nagle mija mnie rower, i kolejny, i kolejny, jakbym stała w miejscu…no cóż. Powiem tylko, że czeka mnie bardzo dużo pracy i w wodzie i na lądzie. Mimo wszystko tak jak pisałam wcześniej, zawodnicy ,,śmigający” dopingowali na trasie ślimaki (czyli mnie).
Tak samo było na bieganiu. Półmaraton stanowiły cztery pętle, na bardzo popularnym (zwłaszcza od momentu powstania wodnego placu zabaw) spacerowo/wypoczynkowym fragmencie Doliny Trzech Stawów. Było gwarno, wesoło…i pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi biegaliśmy my, triathloności…i podczas tych właśnie kółek…nie cisnęłam na bieganiu, nie tylko z powodu pleców i braku mocy, ale też z powodu obżerania się arbuzem na punktach odżywczych…doszłam do paru wniosków. Po pierwsze wcale nie przeszkadzało mi, że jestem praktycznie ostatnia (wyprzedziłam na rowerze jedną zawodniczkę mojego dystansu i na biegu już się nie dałam ), po drugie doświadczałam na każdym odcinku gorącego dopingu, po trzecie i chyba najważniejsze, cieszyła mnie każda chwila spędzona na trasie. Naprawdę, nie chciało mi się kończyć zawodów. Nie byłam wyczerpana, nie marzyłam wcale o tym, żeby ,,wreszcie był już koniec’’. Mogło to tak trwać i trwać…To niesamowite, ale w triatlonie, chyba jak w żadnym innym sporcie, można choć na chwilę dotknąć ,,wielkiego świata sportu” , stanąć ramię w ramię z mistrzem światowej klasy , mijać go na trasie…usłyszeć od niego doping i słowa pochwały za walkę…a żeby jeszcze tego było mało kibice i wolontariusze traktują tak samo mistrzów jak i ,,zwykłych szaraczków”.

Zastanawiam się czasem, czy nie ,,przekoloryzowuję „ amatorskiego sportu, czy nie patrzę tylko na dobre strony…a tych złych nie dostrzegam lub nie chcę dostrzegać….Być może tak jest. Czy miałam do tej pory szczęście obracać się w świecie przyjaznym, a co najmniej pobłażliwym dla ślimaków? Nie sądzę i myślę, że warto doświadczyć tego na własnej skórze.

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że jeśli chce się odzyskać wiarę w ludzi , to trzeba iść pokibicować na trasę maratonu. To absolutna prawda, choć dodałabym tu również triathlon i biegi górskie…a nawet uliczną lub leśną ,,piątkę” lub Test Coopera… Drodzy zawodnicy lub przyszli zawodnicy…nie bójcie się bycia ostatnimi. To żaden powód do wstydu. Wstydem byłoby wyśmiewanie słabszych zawodników, tych, którzy pierwszy raz mierzą się z wyzwaniem, tych, których dopadło coś, co uniemożliwia szybsze bieganie, a mimo to nie schodzą z trasy, walczą do końca.

Nie chciałabym również, żeby mój tekst został opatrznie zrozumiany. Nie chodzi mi o to, żeby ktoś kto siedzi za biurkiem, a po powrocie do domu pełni funkcję ogrzewacza kanapy zapisał się na maraton, który ma być za dwa tygodnie – bo ,,nie trzeba się bać być ostatnim”, bo ,,warto podejmować wyzwania”…nie tędy droga, choć kierunek jak najbardziej prawidłowy – trzeba wstać z kanapy! A to jak ogromną radość da ukończenie (choćby na ostatnim miejscu) pierwszej w życiu ,,piątki” nie dowie się nikt z kanapowców, dopóki nie spróbuje.

P.S. Mimo wszystko, dokonałam rachunku sumienia po moim ostatnim starcie na ½ IM i postanowiłam, że jeszcze wspanialej byłoby być chociaż w środku stawki…o ukończeniu Diablaka 2018 nie wspominając…Więc biorę się bardzo ostro do pracy…a na Babiej Górze mogę być ostatnia, byle w limicie 😉

LECYMY DURŚ 8 PAŹDZIERNIKA!

W imieniu organizatorów – Stowarzyszenia Lecymy Durś, zapraszamy na I BIEG CHARYTATYWNY POMAGAMY DURŚ, który odbędzie się 8 października 2017 roku w Piekarach Śląskich o godzinie 13:00

Stowarzyszenie Lecymy Durś i Polskie Stowarzyszenie na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną Koło w Piekarach Śląskich zaprasza na bieg, którego start i meta usytuowane będą na stadionie KS Orkan Dąbrówka Wielka przy ulicy Szymanowskiego 2 b w Piekarach Śląskich.

Zawodnicy będą mieli do pokonania pętlę o długości 5,5 km lub dwie wynoszące łącznie 11 km. Opłata startowa (35 zł) zostanie zebrana i przekazana Warsztatom Terapii Zajęciowych w Piekarach Śląskich.

Zapisy i regulamin T U T A J.

ps. ekipa MK team też tam będzie!!