NIEZNANE WODY CZYLI UNDERGROUND SWIM

NIEZNANE WODY CZYLI UNDERGROUND SWIM

Zacznijmy od tego, że w grupie ludzi, wśród której spędzam czas wolny ( czyli biegaczy, triathlonistów, a ostatnio też pływaków i morsów), zdążyłam już, sama nie wiem dlaczego, zyskać opinie człowieka lubiącego sportowe wyzwania. Wyzwania, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się bardzo trudne…cóż  pewnie sobie trochę na to zasłużyłam. Niektórzy zaczęli już się podobno bać opowiadać mi i wysyłać informację o jakiś nietypowych zawodach, challengach, bo …istnieje duże prawdopodobieństwo, że pojadę i to zrobię.

I tak, jakiś czas temu ktoś podesłał mi informację dotyczącą bardzo nietypowych zmagań pływackich. Miały się one rozgrywać na trzech dystansach 100, 500 i 1000 metrów, w wodzie o temperaturze około 8 stopni…do tej pory wszystko brzmi spoko ( z wyjątkiem może tych 8 stopni). Cała niezwykłość rywalizacji polegała na tym, że zawodnicy mieli pływać pod ziemią! Tak !!! Początkowo lokalizacja wydarzenia miała się znajdować w Złotym Stoku, potem organizatorzy zmienili miejsce na ,,depozyt Trzeciej Rzeszy”, czyli podziemny kompleks RIESE . Nikogo, kto mnie choć trochę zna, chyba nie zastanawia, dlaczego byłam baaaaardzo na ,,TAK”. Pomysłodawcą i głównym organizatorem Underground SWIM ( czyli Sprawcą ) był Krzysztof Gajewski. Jest to człowiek, propagujący pływanie w wodach otwartych bez względu na jej temperaturę, oczywiście bez pianki. Tak jakoś ( pewnie pod wpływem takich filmów jak Sanctum, albo Jaskinia ) wymyśliło mu się to ,,Underground”…i myślę, że za bardzo się nie zdziwił, iż pomysł tak bardzo rozpalił wyobraźnię osób krócej lub dłużej uprawiających ,,zimowe pływanie” lub triathlon.

Przed zapisaniem się na poszczególne dystanse, trzeba było ,,udowodnić”, że ,,da się radę”. Pamiętam, że kiedy, z wypiekami na twarzy, czytałam wszystkie punkty regulaminu, zdałam sobie sprawę, że może jednak tak średnio się nadaję. Od początku myślałam tylko i wyłącznie o dystansie 100 metrów. Bawiłam się w pływanie bez pianki w zimnej wodzie od półtorej miesiąca. Ani razu ( w tamtym momencie) nie morsowałam. Tak jakoś wyszło, że przeskoczyłam ten etap i po prostu zaczęłam od pływania, a że mieszkam przy Dolinie Trzech Stawów, pływałam w popularnym wśród zimowych pływaków Stawie Kąpielowym, przy którym udało mi się któregoś dnia poznać celebrytę wśród ludzi lubiących wyzwania, czyli Leszka Naziemca ( jeszcze przed jego wyjazdem na Antarktydę ). I kiedy powiedziałam o tym Krzysztofowi Gajewskiemu, do którego zadzwoniłam z zapytaniem ,,Czy mogę ‘’, od razu padło ,,Tak”. Są takie nazwiska ….ha ha.

Termin zawodów zbliżał się nieubłagalnie. Nie mam samochodu i nie znałam nikogo innego wybierającego się na to podziemne pływanie. W akcie desperacji wrzuciłam post z zapytaniem o transport na FB wydarzenia. Od razu odezwał się Krzysztof ( tak, Sprawca) z informacją – ,,Leszek Naziemiec jedzie, zabierz się z nim”…cóż…przyznam się, że choć poznałam go już osobiście, to miałam opory. Ja, zwykły szarak, świerzak i początkujący przez duże P, mam ,,uderzać „ o transport do kogoś, kto w wakacje przepłynął Wisłę ( Odyseja Wiślana), i przed chwilą wrócił z zawodów pływackich rozgrywanych na Antarktydzie. No, ale odważnym przecież trzeba być. Napisałam. I tak, już nie wchodząc w szczegóły, 16ego grudnia 2018 roku znalazłam się w jednym samochodzie z Leszkiem Naziemcem, Bartoszem Sztabą, Kamilem Bieszczadem i Januszem Machaczkiem ( naszym kierowcą), czyli z nieustraszoną brygadą morsów i zimowych pływaków.

Możecie sobie tylko wyobrazić jakie opowieści leciały po drodze do Włodarza. Lepszego transportu i towarzystwa nie mogłabym sobie wymarzyć…A moment, kiedy zatrzymaliśmy się na kawę na Orlenie i całkiem na poważnie rozważaliśmy zakup worka lodu z zamrażalnika, żeby robić aklimatyzację…bezcenny.

Włodarz i RIESE. Jesteśmy. Jedziemy powoli ośnieżoną drogą. Gdybym miała przez chwilę wątpliwości gdzie jadę i na co, to rozwiewa je gościu w krótkim rękawku przechadzający się wśród śniegów…cóż, muszę się przyzwyczaić do takich widoków i już.

Wysiadamy. Ekipa, z którą jechałam, wita się ze znajomymi. Grzecznie się do wszystkich uśmiecham i nadrabiam miną…choć, mimo tego, że jestem zielona, nie czułam się jakoś specjalnie obco. Było podobnie jak na biegach ultra. Niby nie znasz ludzi, albo znasz niewielu, ale i tak czujesz się jak wśród swoich. To bardzo przyjemne uczucie. Nikt nikogo nie dzieli, że ty ,,tylko” 100, a ja tysiąc ( chodzi o dystans). Ale żeby nie było, że tak nikogo nie znam. W kantynie ( baza zawodów) spotykam Kasię Gniot. Jeśli ktoś uważnie czyta moje teksty, to skojarzy to imię i nazwisko z relacji z Diablaka ( Diablak Beskid Extreme Triatlon). To Twardzielka w całym tego słowa znaczeniu. Oprócz trenowania i startowania w triatlonach, maratonach, uprawia ,,zimowe pływanie”, sama organizuje z powodzeniem zawody, normalnie pracuje i wychowuje trójkę synów…to tylko mała wzmianka dla tych, którzy ,,nie mają czasu na bieganie”. Strasznie podziwiam i ogromnie szanuję.

Przed rejestracją mają miejsce dwie wspaniałe ,,okoliczności”. Po pierwsze Leszek Naziemiec ( taka rola celebryty ) robi pokaz zdjęć i opowiada o swojej wyprawie i samych zawodach . Pokaz miał z resztą miejsce dwa razy. Swoją drogą naprawdę bardzo fajnie oglądało się zdjęcia ludzi w kolorowych strojach kąpielowych, przytulających góry lodowe, a same opowieści o pingwinach, ssakach morskich, procedurach zejścia na ląd, samej podróży, gigantycznych falach, pracy naukowców…wspaniałe i inspirujące.

Następnie zostaliśmy poproszeni o wyjście na zewnątrz, gdzie przy ognisku i Tablicy Pamiątkowej nastąpiło oficjalne otwarcie. Najpierw głos zajął zarządca obiektu. Poprosił nas o zachowanie powagi podczas rywalizacji, wspomniał, że absolutnie nie było to ,,miejsce kaźni” ani obóz zagłady. Mimo wszystko do budowy tuneli i pomieszczeń wykorzystywani byli przez Trzecią Rzeszę więźniowie…i tak zrobiliśmy. Nikt nie traktował tej przygody jak wycieczki do wesołego miasteczka. Nikt też nie rywalizował o nie wiadomo jakie czasy. Liczył się Challenge i miejsce. To było to. Po to właśnie wszyscy zjawiliśmy we Włodarzu. Po paru dodatkowych słowach Krzysztofa Gajewskiego,  organizatorzy podeszli do Pomnika Pamięci i złożyli tam kwiaty. I to był bardzo piękny gest.

Zaczyna się rejestracja zawodników. W trakcie komputer, na którym byliśmy rejestrowani, dokonał sabotażu, i trzeba było zrobić to ponownie…i to, że nawet nie było jakiś jęków i wymownych westchnień przy tej operacji, najlepiej świadczy o ludziach, którzy brali udział w wydarzeniu. Mi został przyznany nr 117. I wierzcie, czy nie, pierwszy raz miałam wyrysowane na ramionach numery startowe ( czułam prawdziwy żal, kiedy zmywałam je w nocy już w Katowicach).

Przy rejestracji trzeba było orientacyjnie podać szacowany czas przepłynięcia deklarowanego dystansu. Wiele osób miało z tym problem ( w tym ja), bo …cóż. Każdy raczej zna swój czas na setkę, 500 metrów i kilometr…ale okoliczności przyrody delikatne różniły się od basenowych, czy OW. Wszyscy więc chyba lekko zawyżali czasy, żeby potem ,,nie było”. Ja zadeklarowałam 3 minuty ( pamiętacie o podziemiach i temperaturze wody, prawda?). Po zarejestrowaniu czekaliśmy na swoją kolej do wejścia do podziemi. Historia tego miejsca i jego tajemnice…są niesamowite….czekając na swój start dochodziło do mnie w czym tak naprawdę biorę udział…i gdzie. Nadeszła moja kolej.

Zabrałam swoje rzeczy, wyszłam z kantyny w zimowy wieczór. Przed bramą do podziemnego kompleksu, pod daszkiem na półkach leżały kaski, które obowiązkowo miały się znaleźć na głowie w drodze na start i na powrocie. Wybieram niebieski ( bo tak), otwieram ciężkie drzwi, biorę wdech…i wchodzę. Mieliśmy do pokonania około 400 metrów, oznaczonymi korytarzami. Organizator dość jasno dał nam do zrozumienia, żeby nie robić sobie wycieczek. Z tego co wiem, nikt nie zaginął bezpowrotnie w otchłaniach RIESE, wiec raczej wszyscy byli zdyscyplinowani.

Nie da się za bardzo opisać, co przeżywa człowiek idący samotnie przez te korytarze, dodatkowo z takim wyzwaniem czekającym na ich końcu. Idę otulona na zmianę ciemnością i światłem z sufitowych lamp, tchnieniem historii….tajemnic…coś NIESAMOWITEGO. No …nie dam rady opisać. Przyznam się za to, że trochę się bałam. Nie samego pływania, miejsca…bałam się, jak zareaguje mój organizm. Co się będzie działo ze mną po. Czy będzie mną telepać, czy dam radę normalnie się ubrać….będę przecież wracać te 400 metrów z powrotem do kantyny…jednak nie zwalniam kroku. Idę…a im dalej, tym bardziej się uśmiecham. Korytarz kręci. W lewo, potem w prawo, schody w górę…i schody w dół…gdzie jest już…hmmm…brzeg?

W każdym razie początek zalanego tunelu a właściwie w tym miejscu rozległej podziemnej hali. Resztki strachu wyparowały. Adrenalina zahuczała w żyłach…piękny stan. Schodzę w dół. Mijam ratownika medycznego, który …przypominał nieco słynnego mema ze znudzoną ratowniczą, podpisanego – ,,Jeśli uważasz, że twoja praca jest bez sensu, pomyśl co czuje ratownik na basenie w trakcie Igrzysk Olimpijskich”. To jeszcze bardziej dodawało odwagi. Nikt nie potrzebował pomocy ,,po”…przynajmniej do tej pory. Jeszcze przed schodami rozebrałam się do stroju kąpielowego. Na dół zeszłam w starych zasłużonych najkach, z ręcznikiem….i w szlafroku. Tak. To ja. Paradująca w błękitnym mięciutkim szlafroku po korytarzach tajnej bazy Trzeciej Rzeszy…Można? Podchodzę do miejsca startu. Moje zadanie polegało na  wejściu do wody i na sygnał ,,START” miałam popłynąć do bojki, opłynąć ją i wrócić. Pikuś. Tylko trzeba było uważać na skalne ściany i na skalne dno, no i te 6 stopni, i pod ziemią…

Okazało się, że to nie było trudne. Od momentu zanurzenia i pierwszego ruchu rękami żałowałam, że czeka mnie tylko 100 metrów. Nie przeszkadzała mi temperatura wody, ba…w ogóle nie było mi zimno. Od początku do końca trochę okaleczonym kraulem krytym. Bez problemów oddechowych, bez uczucia ściskania klatki piersiowej, oddech na trzy, kończyny nie drętwiały. Po prostu …zrobiłam to. Bez najmniejszych problemów. W 1.46. Na pętli zawodników asekurował kajak, na brzegu ( mieliśmy wyłożony dywan) czekało wiele pomocnych dłoni. Cała obsługa tych naszych podziemnych zmagań była przemyślana i zabezpieczona. Ani przez chwilę nie poczułam jakiegoś stanu zagrożenia. Owszem. Adrenalina buzowała ( i to jak!), ale z zupełnie innych powodów. Moje obawy co do reakcji organizmu po…też były niepotrzebne. Nie działo się ze mną nic. Nawet nie zmarzły mi ręce…aż czułam się lekko zawiedziona 😉 Myślę, że to najlepszy dowód na to, że stać nas na dużo więcej niż nam się wydaje.

Oczywiście, nie należy się przeceniać, i ja sama niejednokrotnie miewałam lekcje pokory…ale naprawdę możliwości ludzkiego organizmu są niesamowite. Jak ja się czułam po wyjściu z tej wody…znów, niestety polegnę z opisem, bo się nie da. Naprawdę to było coś FANTASTYCZNEGO. Niechętnie podeszłam do swoich butów, obejrzałam skórę na rękach i nogach. W trakcie płynięcia był moment, gdy uderzyłam lekko o ścianę, ale nic mi nie było. Normalnie wytarłam się, założyłam mój mięciusieńki błękitny szlafrok…i z olbrzymim żalem, że już ,,po” wspinałam się po schodach na górę , gdzie leżała reszta moich rzeczy. Ubrałam się i choć miałam niby od razu wracać, żeby się grzać w kantynie, to nie było mi w ogóle zimno. Swoje starty zaczynały właśnie kolejne dystanse. Zapytałam ludzi z obsługi ,,czy mogę” i zostałam jeszcze przy stracie 500 metrów ( oni zaczynali w innym korytarzu, dopływali do tej szerszej ,,hali’’ gdzie pływaliśmy my, a potem reszta dystansu pokonywana była na pętli . Za chwilę starować miała Kasia i chciałam jej pokibicować.

Spełniając się w roli kibica widziałam reakcję ludzi, to jak się zachowywali przed i po…i to było cudowne widzieć te uśmiechy. Krzysztofie Gajewski, to był wspaniały pomysł i świetna realizacja. Ja i cała reszta ,,naszego samochodu” cieszyliśmy się, że mieliśmy okazję brać udział w pierwszym takim  wydarzeniu. I …już się trochę obawiamy, że będzie problem, żeby w ogóle dać radę się zapisać za rok…bo w to, że będą następne edycje nikt chyba nie wątpi.

W kantynie, do której w końcu dotarłam, czekały na zawodników wydrukowane zdjęcia z zawodów w antyramach. Fajny pomysł i super pamiątka. Zwycięzcy z każdego dystansu dostawali kaski ( odpowiednio złote, srebrne i brązowe). Nie było podziału ma kategorie i płeć. Było tylko OPEN…i tak się jakoś złożyło, że na 100 i 500 metrów, pierwsze miejsce zajmowały kobiety! Okazało się, że krótsza ręka była atutem w pływaniu w podziemnych korytarzach;-) Moja prywatna bohaterka, Kasia wróciła do domu ze srebrnym kaskiem…

Zastanawiam się jak zakończyć relację z tak niepowtarzalnych zmagań. Jak to podsumować…może napiszę, czym dla mnie była ta pierwsza edycja Underground SWIM. To była próba odwagi, próba doświadczenia czegoś, czego jeszcze nikt( albo niewielu) nie próbował. Próba…hmmm…inaczej. To była po prostu wspaniała przygoda, z fantastycznymi ludźmi. Wspomnienia z takiego dnia zostają z człowiekiem do końca życia. Genialne wspomnienia….Ludzie, to gdzie teraz pływamy?!

 

Mariola Powroźna

 

 

Komentarze (0)

    Dodaj komentarz