PANTERA SZLACHETNEJ PÓŁKRWI

   Kiedyś marzyłam o tym, żeby mieć własnego konia. Andaluzyjczyk lub kary Hanower, albo kary SP ( Szlachetna Półkrew)…no dobra, skarogniady Ślązak też by uszedł…Był taki moment w moim życiu, że jeździectwo było dla mnie wszystkim. Całe dnie spędzałam w stajni, na padoku, na ujeżdżalni, w terenie. Świat oglądany z końskiego grzbietu był najpiękniejszy. Mozolne zdobywanie kolejnych stopni wtajemniczenia, wydłużanie strzemion, pierwsze zagalopowanie, pierwsze skoki, pierwsze jazdy w terenie, niekończące się ćwiczenia doskonalące technikę…ból wszystkiego, upadki, frustracja – adrenalina, czysta frajda, nawiązywanie niesamowitej więzi. O tak…jazda konna to czysta magia i piękny sport.
   W trakcie uniwersyteckich lat zdobyłam papiery instruktora jazdy konnej. Praca instruktora…to były jedne z najfajniejszych lat mojego życia. I choć uważam się za przeciętnego jeźdźca, to uwielbiałam uczyć, zarażać pasją, torturować kłusem anglezowanym bez strzemion…i patrzeć jak moi podopieczni są co raz lepsi, co raz pewniejsi aż w końcu zasługiwali na jazdę w teren…o tak, to był mój świat i nie sądziłam, że coś się zmieni.

A jednak….

Życie pisze różne scenariusze. Wystawia cię na próbę. Los sprawił, że nie za bardzo z własnej woli, bardzo oddaliłam się od jeździectwa. Najzwyczajniej w świecie…nie miałam absolutnie czasu, żeby jeździć. Dziecko, przeprowadzka, praca…proza życia bywa cholernie bolesna. Trochę z rozpaczy zamknęłam się w świat prawie dosłownie czterech ścianach. Na szczęście pozbierałam się do kupy. Sama praca lekarza weterynarii, choć to nie same uśmiechnięte zdjęcia ze zwierzakami z FB, jest moją pasją i daje mi morze satysfakcji, wróciłam do biegania. I to tak ,,bardzo” wróciłam, bo teraz maratony czy ultra …to dla mnie, coż, można rzec normalność. I stało się coś, co dosłownie wypełniło pustkę po jeździectwie.

Dokładnie rok temu pojawiła się w moim życiu Pantera. Pantera to przepiękny kary…eee…czarny Focus Izalco Race al. 105. Rower znalazł mi w nieprzebytych przestrzeniach Internetu Darek Śpiewak, on też razem z Emilią Wroniecką złożył mi go właśnie rok temu , 21ego sierpnia. Pantera jest prezentem od mojego Taty. I to jest prawdziwa miłość. Po dwóch latach jazdy i startach na pożyczonej szosie, też Fokusie( jeszcze raz dziękuję Marcin Brol, za użyczenie Białej Strzały – na zdjęciu poniżej) marzyłam o własnej szosie…tak samo jak jeszcze niedawno o własnym koniu.

Wydaje mi się, że nawet bardziej. Historia z kupnem roweru przez Tatę bardzo zgrabnie i zabawnie zamknęła w całość mój pierwszy …hmmm…spontaniczny start w triatlonie na starożytnym góralu ( kto mnie czyta, ten pamięta tekst starszego pana z litością patrzącego na mój rower i pytającego z troską ,,czy Tata nie kupił mi jeszcze niczego lepszego”), a startem dwa lata później, na tym samym dystansie, na trzydniowej Panterze i wywalczonym od razu pierwszym triathlonowym pudle ( II miejsce w K30).

Kolarstwo i jeździectwo łączy bardzo wiele. Dbasz o swój rower bardziej niż o siebie. Ubierasz się inaczej. Możesz rozmawiać na temat swojej ostatniej jazdy, czy wyprawy czterokrotnie dłużej niż ona trwała, i to niezależnie od tego czy otoczenie chce tego słuchać, czy też nie. O swojej szosie możesz opowiadać jeszcze dłużej. Tęsknisz za nią, jeśli jej nie widziałeś i nie dosiadłeś dłużej niż trzy dni…i jesteś przekonany, że ona też za tobą tęskni. Jeśli przechodzisz obok niej, musisz czule przejechać ręką po ramie, lub siodełku…pierwsze rysy okupione są lekkimi łzami w poduszkę, choć potem stwierdzasz, że dodają jej tylko charakteru. Czujesz lekki niepokój, gdy ktoś inny jej dotyka, czy coś przy niej grzebie, chyba że dobry, zaufany człowiek…a i tak zerkasz i pilnujesz ( choć często znasz się gorzej). Planując wakacje, czy nawet weekend, myślisz tylko gdzie by tu pojeździć.
Pamiętam, że rok temu po dziewiczej wieczornej jeździe serwisowej ….z wrażenia nie mogłam zasnąć. Obudziłam się grubo przed świtem i czekałam na wschód słońca by wyjechać na pierwszy długi rozjazd.


 Read more

RUSZAJĄ ZAPISY NA V SIEMIANOWICKIE NOCNE MARKI

Jest nam niezmiernie miło ogłosić, że ruszają zapisy na V SIEMIANOWICKIE NOCNE MARKI, które odbędą się 26 października.

ZAPISY NA 5 i 10 km oraz Nordic Walking – klik klik

ZAPISY na biegi dla dzieci – klik klik

LEKTURA OBOWIĄZKOWA 🙂

podstawowe informacje na temat zawodów na 5 i 10 km – klik klik
podstawowe informacje na temat zawodów dla dzieci – klik klik

 Read more

SŁODKO GORZKI DIABLAK

Nie zawsze się w życiu wygrywa. I dobrze. Życie byłoby nudne, gdyby było przewidywalne, jednak tego, co wydarzyło się na tegorocznej edycji Diablak Beskid Extreme Triathlon…powiedzmy, że się nie spodziewałam. Może bez zbędnych ceregieli przejdźmy do relacji.

Pływanie – za mocno zaczęłam. Dużo za mocno, przydusiło mnie w tej wodzie i pierwszy raz w życiu miałam coś w rodzaju ataku paniki. Pojawiła się nawet myśl ,,Niech ktoś mnie wyciągnie”, ale dość szybko to minęło. Trzeba było ,,przeczekać” tę panikę. Mimo wszystko musiałam strasznie zwolnić i w sumie na niskich obrotach dokończyć pływanie. Sam odcinek wodny – wpłynęło mi się w jakąś ławicę patyków pływających po powierzchni (zaskoczyło mnie to, ale limit ,,paniki” się wyczerpał więc raczej to było …po prostu zaskoczenie) i jakąś plamę ropy, na szczęście małą. Podsumowując – nie było źle. Dużą przeszkodą utrudniającą nawigację, zwłaszcza na końcówce, była mgła. Jeśli kiedykolwiek wspomnę o tym, że marzę o pływaniu na Diablaku w romantycznej mgiełce snującej się po jeziorze, to niech ktoś mnie w łepetynę strzeli. Z powierzchni wody …nic nie widać. Nic. Nie wiesz gdzie masz płynąć. Na szczęście przy mecie odcinka wodnego były zakotwiczone jachty. Zobaczyłam końcówkę masztu jednego z nich i na ten punkt się kierowałam. Czas mnie rozczarował strasznie, ale z drugiej strony, co by się w tej wodzie nie działo, zawsze z tym odcinkiem sobie poradzę. Bycie zodiakalną Rybą zobowiązuje 😉

            T1 – łoooo…no szybko jak na mnie. W biegu relacja dla Tomka, mojego supportu na dosłownie całym wyjeździe i treningowego partnera przez parę ostatnich miesięcy (Tomek, powinnam myć Ci rower i samochód i okna przez rok, a i tak się nie odwdzięczę!) o tej panice, patykach, mgle.

Myślę sobie złe dobrego początki. Teraz wskakuję na Panterę, a rower w tym roku przygotowany mam mocno. Bardzo mocno. Na trasie Tomek w samochodzie i …lodówka. Właśnie, jest lodówka, to nawet upał mi nie straszny. Jadę.

I tu dopiero zaczął się koszmar. Koszmar, który miał parę przyczyn i wszystkie Benjamin Kuciński , mój Trener (który nie wiem jakim cudem, nadal we mnie wierzy) pięknie mi wyłożył. Z resztą rozmowa o Diablaku miała miejsce dopiero ponad trzy tygodnie po starcie. Dostałam sporo czasu na przechorowanie, przemyślenie, przebolenie…to była mądrość trenerska na najwyższym poziomie. Do tego jeszcze nawiążę, natomiast wróćmy do mojej jazdy. Jest źle od samego początku. Mam wrażenie jakbym dopiero co wsiadła na rower szosowy. Nic nie gra. Bolą mnie plecy. Potwornie. Co chwila łapie mnie jakiś dziwny skurcz prawej nogi. ,,Co jest ku..wa grane?!” Krzyczę na głos. Nie mogłam uwierzyć w to co się ze mną dzieje. Tyle miesięcy harówy, wyrzeczeń…żeby teraz, właśnie teraz mój własny organizm tak mnie zdradzał?! Do tego zaczyna obcierać mnie strój startowy, temperatura (tradycyjnie – dzień startu – najgorętszy dzień do tej pory w roku) szybuje w górę. Nie tak miało być. Owszem, spodziewałam się kryzysów, usterek, zwątpień, byłam przygotowana na to wszystko…ale nie na samym początku!

 Read more

KOSTKA EDUKACYJNA XXL

Kostka do gry XXL to ciekawa propozycja zarówno dla małych jak i starszych miłośników zabaw edukacyjnych.

Jako animatorzy sportowi, wykorzystaliśmy kostkę głównie do aktywnych zabaw  na świeżym powietrzu, ale z pewnością użyjemy jej nie tylko do ogródkowych animacji.

Kostka do gry spodobała się nie tylko nam, ale także dzieciom, które brały udział w pierwszych testach.

Poniżej kilka propozycji od zespołu MK team.

 Read more

NIEZNANE WODY CZYLI UNDERGROUND SWIM

Zacznijmy od tego, że w grupie ludzi, wśród której spędzam czas wolny ( czyli biegaczy, triathlonistów, a ostatnio też pływaków i morsów), zdążyłam już, sama nie wiem dlaczego, zyskać opinie człowieka lubiącego sportowe wyzwania. Wyzwania, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się bardzo trudne…cóż  pewnie sobie trochę na to zasłużyłam. Niektórzy zaczęli już się podobno bać opowiadać mi i wysyłać informację o jakiś nietypowych zawodach, challengach, bo …istnieje duże prawdopodobieństwo, że pojadę i to zrobię.

I tak, jakiś czas temu ktoś podesłał mi informację dotyczącą bardzo nietypowych zmagań pływackich. Miały się one rozgrywać na trzech dystansach 100, 500 i 1000 metrów, w wodzie o temperaturze około 8 stopni…do tej pory wszystko brzmi spoko ( z wyjątkiem może tych 8 stopni). Cała niezwykłość rywalizacji polegała na tym, że zawodnicy mieli pływać pod ziemią! Tak !!! Początkowo lokalizacja wydarzenia miała się znajdować w Złotym Stoku, potem organizatorzy zmienili miejsce na ,,depozyt Trzeciej Rzeszy”, czyli podziemny kompleks RIESE . Nikogo, kto mnie choć trochę zna, chyba nie zastanawia, dlaczego byłam baaaaardzo na ,,TAK”. Pomysłodawcą i głównym organizatorem Underground SWIM ( czyli Sprawcą ) był Krzysztof Gajewski. Jest to człowiek, propagujący pływanie w wodach otwartych bez względu na jej temperaturę, oczywiście bez pianki. Tak jakoś ( pewnie pod wpływem takich filmów jak Sanctum, albo Jaskinia ) wymyśliło mu się to ,,Underground”…i myślę, że za bardzo się nie zdziwił, iż pomysł tak bardzo rozpalił wyobraźnię osób krócej lub dłużej uprawiających ,,zimowe pływanie” lub triathlon.
 Read more

Niepamięć, czyli Zamieć 2019

Mimo, że uwielbiam Zamieć ( dla nie wiedzących o co chodzi, to 24h ultramaraton zimowy polegający na zrobieniu jak największej liczby 14 km pętli Szczyrk-Skrzyczne –Szczyrk), to jeszcze w piątek wieczorem, czyli dzień przed miałam potężne wątpliwości czy na nią jechać. Parę ostatnich miesięcy dało mi ostro w kość, a sam styczeń wycisnął ze mnie wszystkie siły. Fizycznie i psychicznie czułam się wyjechana do zera. I tak siedziałam wieczorem w bezruchu, gapiłam się w ścianę i zastanawiałam czy jechanie na zimowe ultra w tym stanie ma jakikolwiek sens. Zamieć jest jednak dla mnie wyjątkowa, potrzebowałam jej bardziej niż odpoczynku, bardziej od leżenia na kanapie, zapragnęłam zatracić się w totalnej beskidzkiej zimie, zagubić się w śniegach i wichurach. Pragnęłam tego bardziej niż czegokolwiek innego…dostałam wszystko, czego oczekiwałam. Ale po kolei…

Po piątkowym wieczornym pakowaniu ( w końcu się zebrałam) i przefarbowaniu włosów na granatową czerń ( bo tak) nastała sobota rano. Dojazd do Szczyrku poszedł bezproblemowo i grubo przed 9 byłam już w bazie zawodów. Dzięki temu miałam okazję zająć strategicznie bardzo korzystne miejsce – tuż przy grzejniku i potężnym gazowym palniku. W moim ,,kąciku” nie wiało, miałam miejsce na swoje rzeczy, było ciepło i przytulnie… za ciepło i przytulnie. Żeby nie kusiło mnie aż tak bardzo siedzenie ,,przy kominku” zamiast fotela ( serio, można było sobie wybrać fotel) wybrałam zwykłe rozkładane krzesełko. W bazie ( która w tym roku znajdowała się za sceną amfiteatru w Szczyrku, tuż przy skoczni) co raz więcej ludzi. Gwarno, wesoło, świetny klimat. Uwielbiam to. Trochę znajomych twarzy, zawieranie nowych znajomości, słuchanie opowieści pod tytułem ,,dlaczego tu jestem”. Naprzeciwko mnie siedziało małżeństwo, w którym mąż zawsze zapisuje żonę na hardcory…po lekkim znieczuleniu jej Martini. Przy drugiej butelce – ,,Kochanie, zapisać Cię na Zamieć?” ,,Zapisuj, zapisuj”…a ona potem na trzeźwo czyta ….na co została zapisana. Została tak ,,wrobiona” parę razy, między innymi na swój debiut maratoński w Dębnie. Świetni są.
 Read more

RECENZJA GRY INTEGRACYJNEJ „WIEŻA”

Gra integracyjna Wieża polega na budowaniu wież z drewnianych klocków. Zadanie nie jest jednak proste, liczy się tutaj przede wszystkim doskonała współpraca zawodników. Zawodników dzieli się  na dwie drużyny, każdej wręczamy 1 dźwig i 5 klocków.
Klocki rozkładamy losowo na podłodze. Każdy z zawodników trzyma w ręce sznurek, na jego końcu znajduje się dźwig, którym należy wspólnie unieść klocki tak, by powstała z nich wieża. Ręce muszą dotykać tylko sznurka, nie można pomagać sobie w inny sposób! Wygrywa drużyna która wcześniej postawi swoją wieżę. Gra przeznaczona dla osób dorosłych lub dzieci pod nadzorem osób dorosłych.

Postanowiliśmy sprawdzić grę, która dostępna jest na stronie www.sklepanimatora.pl i razem z Marcinem Maszką z MINISTERSTWA ROZRYWKI napisać poniższą opinię.

Gra składa się z podnośnika, do którego przyczepione są żółte i niebieskie sznurki oraz ze specjalnie przygotowanych drewnianych klocków. Zadaniem uczestników jest sterowanie podnośnikiem poprzez równomierne pociąganie sznurków tak, aby z drewnianych klocków stworzyć ustaloną konstrukcję lub przenieść klocki do wyznaczonego pojemnika. Ważne, aby klocki stały na stabilnym gruncie (asfalt, parkiet, równa podłoga).

fot. Ministerstwo-Rozrywki.pl

Przed przystąpieniem do zabawy warto przeprowadzić rozgrzewkę dla uczestników tzn. wykonać kilka manewrów platformą bez podnoszenia klocków, aby nauczyli się poruszać w obszarze gry jako zespól.  Gra znakomicie sprawdza się podczas imprez firmowych. Stanowi ona nieodłączny element gier i zabaw o charakterze team-buldingowym. Podczas gry wyłania się lider, który kieruje pracą całego zespołu oraz osoby odpowiedzialne za każdy element pracy.

Gra „Wieża” stanowi ciekawe uzupełnienie animacji weselnych. W przypadku posiadania dwóch zestawów, bardzo dobrze sprawdzają się zawody „kobiety kontra mężczyźni” polegające na jak najszybszym ułożeniu wieży.

Naszym zdaniem, Wieża przeznaczona jest dla zdecydowanie starszych odbiorców. Jeżeli zaś planujecie wykorzystać ją na animacjach dla dzieci, to obowiązkowo do zabawy zaproście wszystkich obecnych dorosłych, to oni powinni pociągać za sznurki. Każde niekontrolowane szarpnięcie sznurkiem niweczy pracę całego zespołu, a przy trzecim niepowodzeniu zawodnicy zaczynają się nudzić.

Ważne, aby przed przystąpieniem do gry oszacować czy uczestnicy dadzą radę stworzyć wieżę, czy lepiej zastosować zasadę przenoszenia klocków do pojemnika.

fot. Ministerstwo-Rozrywki.pl

Jak pomagać? – kiedy zespół z jakiegoś powodu nie potrafi podnieść drewnianego klocka do góry, wtedy podtrzymujemy klocek ręką, aby się nie przewracał w momencie próby podebrania go do góry.

Zalety gry:
– wspomaganie działań team-buldingowych w organizacjach
– w grze może brać udział duża grupa uczestników
– w grze można zlecić dwa zadania. Budowanie, albo przenoszenie klocków
– gra znakomicie sprawdzi się na imprezach integracyjnych

Wady:
– gra wymaga równego i stabilnego podłoża lub zapewnienia dodatkowej płyty na ustawianie kloców
– gra nie jest przeznaczona dla wszystkich grup wiekowych
– wysoka cena

WIELKI BŁĘKIT

Z całą pewnością mogę napisać, że byłam przygotowana na ten maraton. To miała być moja ,,Ostateczna rozgrywka” z Silesią, którą biegam od zawsze ( czyli od 2013 roku) i która co roku w mniejszym, a częściej w większym stopniu, daje mi popalić. Na dziesiątą edycję PKO Silesia Marathon, przypadał też mój dziesiąty start na Królewskim dystansie. Wszystko to układało się przypadkiem/nie przypadkiem w bardzo zgrabną całość. Nie złamać czwórki z obecną formą i z takim jubileuszem w tle…byłoby po prostu wstyd…ale to Silesia, to Gwiazda Śmierci wśród krajowych maratonów i 7 października 2018 roku, stoczyłam z nią bój na śmierć i życie. Ale po kolei.

Tydzień przed Silesią Benjamin Kuciński, mój trener, oświadczył mi, że przy obecnych wynikach z treningów i obecnej formie, mogę zapomnieć o łamaniu czwórki. Mam lecieć na łamanie 3.50. Bardzo mnie to ,,podniosło” i cały tydzień jak mantrę powtarzałam sobie, stać mnie na 3.50, stać mnie na 3.50 …choć cały czas gdzieś z tyłu głowy mały ludzik krzyczał ,, Ale to Silesia!, Silesia ma gdzieś czy jesteś przygotowana i na jaki czas. I tak będzie chciała cię zmiażdżyć!!!”. Dobra, dobra, w tym roku się nie dam i już. Dodawałam sobie otuchy. Stać mnie na 3.50, stać mnie na 3.50…

 Read more

GORCE ULTRA TRAIL 102

Długość dźwięku samotności…

            Ten start przyszedł mi do głowy gdzieś dopiero w połowie lipca. Szukałam na wszystkich możliwych forach biegowych jakiegoś soczystego, trudnego i dłuuuugiego biegu ultra po górach. To miała być nagroda za nieudanego/udanego Diablaka (,,Diablak Beskid Extreme Triatlon”2018). Teoretycznie w sierpniu mogłam brać udział Mistrzostwach Polski Lekarzy Weterynarii w Ultramaratonie Górskim….ale tam wygrałam już trzy razy. Pewnie, że przyjemnie byłoby powalczyć o czwarty tytuł, ale gdzieś czułam, że nie tego potrzebuje. Chciałam się zmierzyć z czymś takim naprawdę, w pełnym znaczeniu tego słowa ULTRA.

I tradycyjnie już dałam się ponieść instynktowi – kiedy w ,,wydarzeniach” pojawiło się ,, Gorce Ultra Trail” i ja tam kliknęłam (ile się może zdarzyć po takim jednym kliknięciu ;-)…to nie miałam żadnych wątpliwości. Tak! To jest to! Podobnie było z wyborem dystansu… nawet nie zaszczyciłam spojrzeniem pozostałych tras. 102 km i koniec! Co ja tego nie zrobię? Nie zrobię? Potrzymaj mi …eee…wodę Żywiec .

 Read more

DIABLAK 2018 CZYLI „TYLKO BLACK AND WHITE”

Od trzeciej edycji Diablak Beskid Extreme Triathlon minął tydzień. Tydzień bez treningów. Tydzień zawieszenia i pustki, którą zakłócały wątpliwości, żal, radość, odbieranie zasłużonych/niezasłużonych gratulacji, liczne (choć nie tak liczne jak myślałam) dietetyczne przestępstwa…wielki kocioł sprzeczności i niepokoju, który sprowadzał się do jednego, jedynego pytania – ,,Czy pojęłam właściwą decyzję o zejściu z trasy”?

Zacznijmy jednak od początku. Nie będę opisywać mojej przygody z ubiegłorocznym Diablakiem i tego dlaczego z nim walczę. Mam wrażenie, że zaczyna to trochę przypominać walkę dobra ze złem i rozrasta się do wielotomowej sagi…Władca Pierścieni miał trzy tomy, więc jest dla mnie może jeszcze jakaś nadzieja 😉 Skupmy się na ,,tu i teraz” sprzed tygodnia. O 15:00 w piątek zjawia się pod moim domem Marcin Brol. W tym roku Marcin był moim supportem biegowym, transportem, logistykiem…Marcinie, przeogromnie Ci dziękuję za cały trud i czas, który mi poświęciłeś…i za  wypożyczenie roweru…na parę miesięcy. Mimo korków sprawnie docieramy do Żywca, gdzie w hali MOSIRu odbywała się odprawa. Poczułam się ,,u siebie”. Wszędzie znajome lub mniej znajome twarze, wszyscy się pozdrawiają, witają, opowiadają coś o sobie. Czuć niesamowitą energię. W tych wszystkich ludziach widać skumulowaną energię i siłę po wielu miesiącach ciężkiej pracy i wyrzeczeń. To się po prostu czuje. Te niecałe pięćdziesiąt osób mogłoby dać początek Supernowej.

 Zaczyna się odprawa. Jak zwykle Daniel Wójcik – główny odpowiedzialny za ten horror, wprowadza nas w klimat, na zmianę dodaje otuchy i gnębi. ,,Trochę zmieniliśmy wam trasę biegową – dodaliśmy jedną górkę w drodze do Korbielowa” (brzmi bardzo niewinnie, prawda?), trasa rowerowa też jest nieco inna (tak, tak, podjazd w Trzebini wygląda tak niepozornie przy trzech wcześniejszych podjazdach). I to jest najpiękniejsze w Diablaku…możesz być pewny, że nie będzie łatwo, nie będzie żadnej litości. Albo jesteś wart aby dotrzeć do końca, albo nie. Nie ma odcieni szarości. Wszystkie najważniejsze informacje wyłożone, strefy spakowane, makaron zjedzony, tracki na trasę rowerową i biegową ściągnięte (tak, to tylko ja to robię na ostatnią chwilę ). Wskakuję na oklejony rower i jadę do Ośrodka Żeglarskiego Politechniki Krakowskiej. To miejsce mojego noclegu, meta odcinka wodnego i T1. Wrzucam rzeczy do swojego pokoju i prowadzę rower do strefy. Tam ostatecznie Biała Strzała zostaje ,,odjanuszowana” (dzięki Witek) . Godzina 21:00. Biorę sobie kolację i idę ją zjeść nad brzeg Jeziora Żywieckiego. Jest po zachodzie słońca, tafla wody spokojna. Piękna chwila. Wspominam te wszystkie miesiące, wątpliwości, załamki, chwile triumfu, parcie do przodu …i czuję się gotowa. Pracowałam ciężko i jestem gotowa, żeby tu być. Posyłam buziaka wodom jeziora, w pokoju układam sobie wszystko na rano (de facto środek nocy), nastawiam dwa budziki i padam spać przed 22:00.

Otwieram oczy, jest ciemna noc. Budzik nie dzwonił ?! Przerażona chwytam za komórkę – 2.30. Obudziłam się sama. Nie do wiary, ale czuję się wyspana. Zrywam się z łóżka, naciągam na siebie piankę do pasa (dzięki Tomasz Ploch – tak, tak, pianka też pożyczona…z funduszami u mnie słabo, ale za to mam znajomości 😉 Czuję jak adrenalina zaczyna buzować mi w żyłach. Ahhhhh…Kocham ten stan! To już! To już za chwilę. Wychodzę w ciemność w wojowniczym nastroju. W T1 dopakowuję telefon, sprawdzam powietrze w oponach, i wędruję do autokaru, który ma nas zawieść na miejsce startu. Dosiada się do mnie Kasia Gniot (jedna z trzech pozostałych zawodniczek, które odważyły się na start w Diablaku). Poznałyśmy się już w piątek na odprawie, rozmawiamy sobie po drodze, jak wyglądały nasze przygotowania, próbujemy, z marnym skutkiem, wbić w siebie choć odrobinę śniadania. Okazuje się, że Kasia godzi treningi i starty z byciem mamą …trójki dzieci (!). Dla mnie takie osoby to prawdziwi współcześni bohaterowie. Podziwiam, szanuję i ogromnie kibicuję. Jazda autokarem trochę się dłuży. Kasia zerka na mnie zdziwiona…,,To tyle będziemy płynąć”? Uspokajam, że wodą, ten odcinek jest dużo krótszy. Docieramy na miejsce. Zaczyna się robić jasno. Na brzegu poznaję Dorotę, życzymy sobie powodzenia i obiecujemy wszystkie w komplecie dotrzeć na szczyt Babiej Góry. Kolejna rzecz, która tak urzekła mnie na Diablaku. Wszyscy, zgromadzeni na brzegu, wszyscy zawodnicy są sobie życzliwi. Czuć szacunek. Wszyscy walczą z dystansem, podjazdami, górami, zmęczeniem, własnymi słabościami i demonami…To piękne i niespotykane zjawisko na zawodach sportowych we współczesnym świecie, jakbyśmy stali po jednej stronie frontu.

 Read more