daniel wójcik

DIABLAK 2018 CZYLI „TYLKO BLACK AND WHITE”

Od trzeciej edycji Diablak Beskid Extreme Triathlon minął tydzień. Tydzień bez treningów. Tydzień zawieszenia i pustki, którą zakłócały wątpliwości, żal, radość, odbieranie zasłużonych/niezasłużonych gratulacji, liczne (choć nie tak liczne jak myślałam) dietetyczne przestępstwa…wielki kocioł sprzeczności i niepokoju, który sprowadzał się do jednego, jedynego pytania – ,,Czy pojęłam właściwą decyzję o zejściu z trasy”?

Zacznijmy jednak od początku. Nie będę opisywać mojej przygody z ubiegłorocznym Diablakiem i tego dlaczego z nim walczę. Mam wrażenie, że zaczyna to trochę przypominać walkę dobra ze złem i rozrasta się do wielotomowej sagi…Władca Pierścieni miał trzy tomy, więc jest dla mnie może jeszcze jakaś nadzieja 😉 Skupmy się na ,,tu i teraz” sprzed tygodnia. O 15:00 w piątek zjawia się pod moim domem Marcin Brol. W tym roku Marcin był moim supportem biegowym, transportem, logistykiem…Marcinie, przeogromnie Ci dziękuję za cały trud i czas, który mi poświęciłeś…i za  wypożyczenie roweru…na parę miesięcy. Mimo korków sprawnie docieramy do Żywca, gdzie w hali MOSIRu odbywała się odprawa. Poczułam się ,,u siebie”. Wszędzie znajome lub mniej znajome twarze, wszyscy się pozdrawiają, witają, opowiadają coś o sobie. Czuć niesamowitą energię. W tych wszystkich ludziach widać skumulowaną energię i siłę po wielu miesiącach ciężkiej pracy i wyrzeczeń. To się po prostu czuje. Te niecałe pięćdziesiąt osób mogłoby dać początek Supernowej.

 Zaczyna się odprawa. Jak zwykle Daniel Wójcik – główny odpowiedzialny za ten horror, wprowadza nas w klimat, na zmianę dodaje otuchy i gnębi. ,,Trochę zmieniliśmy wam trasę biegową – dodaliśmy jedną górkę w drodze do Korbielowa” (brzmi bardzo niewinnie, prawda?), trasa rowerowa też jest nieco inna (tak, tak, podjazd w Trzebini wygląda tak niepozornie przy trzech wcześniejszych podjazdach). I to jest najpiękniejsze w Diablaku…możesz być pewny, że nie będzie łatwo, nie będzie żadnej litości. Albo jesteś wart aby dotrzeć do końca, albo nie. Nie ma odcieni szarości. Wszystkie najważniejsze informacje wyłożone, strefy spakowane, makaron zjedzony, tracki na trasę rowerową i biegową ściągnięte (tak, to tylko ja to robię na ostatnią chwilę ). Wskakuję na oklejony rower i jadę do Ośrodka Żeglarskiego Politechniki Krakowskiej. To miejsce mojego noclegu, meta odcinka wodnego i T1. Wrzucam rzeczy do swojego pokoju i prowadzę rower do strefy. Tam ostatecznie Biała Strzała zostaje ,,odjanuszowana” (dzięki Witek) . Godzina 21:00. Biorę sobie kolację i idę ją zjeść nad brzeg Jeziora Żywieckiego. Jest po zachodzie słońca, tafla wody spokojna. Piękna chwila. Wspominam te wszystkie miesiące, wątpliwości, załamki, chwile triumfu, parcie do przodu …i czuję się gotowa. Pracowałam ciężko i jestem gotowa, żeby tu być. Posyłam buziaka wodom jeziora, w pokoju układam sobie wszystko na rano (de facto środek nocy), nastawiam dwa budziki i padam spać przed 22:00.

Otwieram oczy, jest ciemna noc. Budzik nie dzwonił ?! Przerażona chwytam za komórkę – 2.30. Obudziłam się sama. Nie do wiary, ale czuję się wyspana. Zrywam się z łóżka, naciągam na siebie piankę do pasa (dzięki Tomasz Ploch – tak, tak, pianka też pożyczona…z funduszami u mnie słabo, ale za to mam znajomości 😉 Czuję jak adrenalina zaczyna buzować mi w żyłach. Ahhhhh…Kocham ten stan! To już! To już za chwilę. Wychodzę w ciemność w wojowniczym nastroju. W T1 dopakowuję telefon, sprawdzam powietrze w oponach, i wędruję do autokaru, który ma nas zawieść na miejsce startu. Dosiada się do mnie Kasia Gniot (jedna z trzech pozostałych zawodniczek, które odważyły się na start w Diablaku). Poznałyśmy się już w piątek na odprawie, rozmawiamy sobie po drodze, jak wyglądały nasze przygotowania, próbujemy, z marnym skutkiem, wbić w siebie choć odrobinę śniadania. Okazuje się, że Kasia godzi treningi i starty z byciem mamą …trójki dzieci (!). Dla mnie takie osoby to prawdziwi współcześni bohaterowie. Podziwiam, szanuję i ogromnie kibicuję. Jazda autokarem trochę się dłuży. Kasia zerka na mnie zdziwiona…,,To tyle będziemy płynąć”? Uspokajam, że wodą, ten odcinek jest dużo krótszy. Docieramy na miejsce. Zaczyna się robić jasno. Na brzegu poznaję Dorotę, życzymy sobie powodzenia i obiecujemy wszystkie w komplecie dotrzeć na szczyt Babiej Góry. Kolejna rzecz, która tak urzekła mnie na Diablaku. Wszyscy, zgromadzeni na brzegu, wszyscy zawodnicy są sobie życzliwi. Czuć szacunek. Wszyscy walczą z dystansem, podjazdami, górami, zmęczeniem, własnymi słabościami i demonami…To piękne i niespotykane zjawisko na zawodach sportowych we współczesnym świecie, jakbyśmy stali po jednej stronie frontu.

Krótka rozgrzewka w wodzie i punktualnie o 4:00 start z brzegu. No to zaczynamy. Początek płynie mi się źle. Szarpię tempo, nie mogę się uspokoić. Płyniesz za szybko, uspokój się – krzyczę na siebie w myślach. Zwalniam. Choć przez to zostaje w tyle – stabilizuję oddech, powoli łapię rytm. Zaczyna być dobrze. Cały czas panuje lekki półmrok, co jakiś czas kontroluję nawigację. Choć nie pływałam za dużo w wodach otwartych, to kiedy przychodzi ,,Dzień Próby” czuję się pewnie. Obok mnie po lewej stronie płynie asekurujący mnie kajak. Po wypłynięciu z zatoki na otwarte wody jeziora mam wrażenie, że spycha mnie za bardzo na prawo. Opływam kajak tak, żeby go mieć po prawej. W pojawiających się relacjach zawodników, pojawia się podobna historia ze znoszeniem, zapewne jakiś prąd wodny, niemałego przecież zbiornika. Płynę dalej. Mimo, że w połowie trasy, zaczynam już myśleć o rowerze. Dekoncentruję się. Do rzeczywistości, mimo wszystko baśniowej” przywraca mnie wschodzące słońce, które wyłoniło się zza góry, otaczając całą moją lewą stronę złoto-pomarańczową poświatą. Podczas nabierania powietrza na lewo woda rozbryzgiwała się w kroplach barwą przypominającą żarzące się węgle w ognisku. Jakkolwiek bym się starała, nie jestem w stanie oddać tego piękna. Czysta magia. Zbliżam się do brzegu. Opływam pomost, płynę, płynę – chyba już będzie dno, myślę, decydując się na pionizowanie. Dno jest już ,,bardzo”, bo ląduję na kolanach w wodzie po pas. Teraz dopiero zerkam na zegarek – prawie 3900 ( trochę mnie zniosło) w 1h33min. Od zeszłego roku progres o 20 min. 20 min!!!

Cieszę się jak mała dziewczynka wyskakując w podskokach z wody. Tak się cieszę biegnąc po zielonym dywanie do strefy, że nie zauważam Benka i Magdy kibicujących mi na brzegu. Tak, tak – chciało im się wstać po trzeciej rano w sobotę, żeby przyjechać mi pokibicować. Benjamin Kuciński to też osoba, której należą się tutaj moje olbrzymie podziękowania – to on podjął się kilka miesięcy temu karkołomnego zadania zrobienia ze mnie prawdziwego triathlonisty. To on układał mi treningi (woda, rower, bieg), motywował, wspierał, jak trzeba było dawał baty, sprawdzał pogodę, wplatał w plany treningowe komunię, chrzściny, konferencje ( rodzinno-zawodowe ,,katastrofy”, ograniczające mój czas)…a przede wszystkim wierzył we mnie. Wierzył, że jestem w stanie w limicie stanąć na Babiej Górze. Benek, Tobie również, przeogromnie dziękuję, wykonałeś kawał ogromnej roboty, za którą nie jestem w stanie podziękować.

W T1 dostaję lokalizator GPS (od tego momentu jestem pod baczną obserwacją bardzo wielu ludzi ;-), staram się szybko ogarnąć przebranie , tutaj w końcu dostrzegam Benka i Magdę. Aż się chce siąść, wypić razem kawę i obgadać ten wodny odcinek…a tu trzeba gonić! Każda minuta ma znaczenie. Wybiegam z rowerem, wskakuję na siodło, wpinam się i jazda… no dobra, jest pod górkę, wiec jeszcze nie tak szybko. Pierwsza pętla początek – lekkie pod górę do Szczyrku. To najgorsze odcinki – nie można się rozpędzić, jedziesz niby mocno, ale prędkość nie zadowala. W końcu podjazd pod Salmopol. I wreszcie zjazd. To ile frajdy przyniósł mi w tym roku ten zjazd…też nie jestem w stanie opisać. Ten sam rower, ta sama trasa, ta sam człowiek…ale zupełnie inna osoba. Nie bałam się WCALE. Gnałam na dół, w dolnym chwycie (jeszcze porę tygodni temu bałam się tak zjeżdżać) i prawie śmiałam się w głos. Punkt żywieniowy mijam bez zatrzymywania, pozdrawiając tylko wolontariuszy, następny podjazd – pod Zameczek, zjazd, choć asfalt gorszy, też przynosi całe pokłady satysfakcji. Jest dobrze, cały czas czuję się świeża, nic nie boli, Jadę swoje, spokojnie. Wspinam się na trzeci podjazd, zjeżdżam (to tam jest jeden z najwspanialszych odcinków trasy –  droga techniczna przy S1). Jadę i już wypatruję tego Żywca. Nagle zaczyna mi się dłużyć. Jest płasko, adrenalina opuszcza mój krwiobieg. Zaczynają boleć mnie plecy. Cisiec, Węgierska Górka, potem jeszcze oczekiwanie na zamkniętym przejeździe kolejowym, Bystra…Gdzie ten Żywiec?!

Zbliża się Trzebinia i nagle wyrasta jak spod ziemi podjazd. To był jedyny moment na trasie, gdzie prawie się popłakałam. Ten podjazd naprawdę był krótki i na profilu wydaje się śmieszny w porównaniu z poprzednimi górami…ale daje w kość, w dodatku przydarzył mi się jeszcze w momencie lekkiego kryzysu. Przetrwałam to. A potem już tylko zjazd i w końcu Żywiec. Mijając tablicę, wydarłam się na całe gardło – ,,Żywiec”!!! Pewnie na rynku mnie słyszeli 😉 Dojazd na rynek. Tam chwila przerwy, wylanie swoich żali na ten nieszczęsny podjazd wolontariuszom i ruszam na drugą pętle. Na drugiej pętli wychodzi błąd popełniony na pierwszej. Za mało piłam i jadłam. Jeszcze przed Szczyrkiem zaczyna mnie odcinać. Muszę zwolnić, dużo piję, biorę żel za żelem…ale już za późno. Spóźniłam się z tym dobre dwie godziny. Na trasie ratuje mnie support jednego z zawodników. Samochód z czerwonym Trakiem na dachu czeka na mnie na trasie, podaje przez okno i odbiera shota, no strasznie Wam dziękuję , za tą spontaniczną pomoc. Jadę, kryzysy mijają, ból pleców też, odzyskuję rytm. Jest dobrze i jestem w Imielinie…i nagle czuję, że złapałam gumę. Nie, nie mam gumy, mówię sobie na głos, to niemożliwe, wydaje mi się…Aż się boje poznać ostateczną prawdę, ale w końcu zatrzymuję się, schodzę z roweru, klękam przy kole i sprawdzam…guma! Ku..wa!!! Wyciągam dętkę, odrywam pompkę przylepioną taśmą wczorajszego wieczora przez Witka na strefie, zabieram się za zmianę trzęsącymi się rękami. Nerwy, stres, zmęczenie …radzę sobie marnie, rozglądam się za samochodem z czerwonym rowerem, nigdzie nie ma, dzwonie do Damiana Wieczorka, który był wolontariuszem na Diablaku. Cała obsługa biegu na zawodach to tak naprawdę jeden wielki support. Odwalacie kawał dobrej . Dałam znać gdzie jestem (choć i tak mają moje położenie co do metra) i dostałam odpowiedź, że pomoc w drodze…może do tego czasu sobie poradzę …Nagle, jak rycerz na białym koniu, pojawia się triathlonista, na sobotnim treningu. Zatrzymuje się i pyta czy nie potrzebuję pomocy. Oj, bardzo potrzebuję. We dwójkę idzie już sprawnie, telefonicznie odwołuję pomoc. Nie pamiętam jak miałeś na imię, chyba Marcin, ale kimkolwiek jesteś, wiedz, że uratowałeś mój limit na rower, dodałeś otuchy i zostałeś moim bohaterem. Wsiadam i jadę. Patrzę na godzinę. Jest źle. Plan był taki, żeby skończyć rower 14-14.20. Mieć trzy godziny z hakiem do Korbielowa, a od Korbielowa cztery z supportem Marcina na Babią. Wolna druga pętla, złapana guma… wszystko spowodowało, że pod znakiem zapytania było to, czy zdążę na rynek przed 15.30. Staram się cisnąć, nie ma czasu na łzy w Trzebini. Wstaję na pedały, głowa w dół, cisnę. Walcz! Walcz! W końcu zjazd i  tradycyjny okrzyk ,,Żywiec”!!! nie patrzę na zegarek, jadę. Dojeżdżam na rynek. Parę minut przed limitem…rower wskakuje na belkę.

Daniel pyta …,,Lecisz dalej”. ,,Po tu jestem”. Siadam w namiocie…przebieram buty i spodenki. Wiem, że już nie mam szans na limit. Cała wola walki, która jeszcze przed chwilą mnie napędzała, zaczyna blaknąć…W Korbelowie będzie czekał Marcin, byle do Korbielowa…powtarzam sobie. Wychodzę z namiotu. Na widok rosołu żołądek przykleja mi się do kręgosłupa. Jestem taka głodna !!! Mimo że to niemożliwe przy posiadaniu dwóch rąk, opuszczam rynek trzymając talerz z rosołem, kubek z rodzynkami, butelkę coli, powerbanka łądującego zegarek i komórkę…to musiał być cudowny widok. Maszeruję pochłaniając rosół i rodzynki, popijając colą…kontaktuję się z Marcinem…nadal wszystko na co mnie stać to marsz. No dobra, uzupełnij bak z paliwem, bo nie masz z czego biec, uspokajam się, zaraz polecisz. Po około pół godziny jest lepiej, zaczyna się marszobieg. Ale szału nie ma. Tym bardziej, że zaczyna się strome podejście.

Paradoksalnie zejście z asfaltu bardzo dobrze mi robi. Wspinam i się i wspinam po ,,Drodze krzyżowej” – naprawdę, na podejściu mijam po kolei wszystkie stacje . Wreszcie zbieg. Od tego momentu leci się naprawdę przyjemnie. Po wybiegnięciu z lasu w oddali widzę Babią Górę…bardzo w oddali…przełykam ślinę, no to jeszcze został mi kawałek. Zaczyna się nieprzyjemny odcinek do samego Korbielowa. Lekkie parę procent w górę. Poddałam się tam i maszerowałam (choć starałam się wyglądać dumnie ;-). Docieram do zwijającego się punktu. ,,Z przykrością musimy cię poinformować, że jesteś już po limicie czasowym. Dostajesz DNF i dalsza trasa, jeśli się zdecydujesz będzie na twoje własne ryzyko. Widzę, że chcesz iść dalej, ale pamiętaj , że dotrzesz do schroniska około 23-24…” Ze wszystkich wypowiadanych przez wolontariusza spraw zdawałam sobie sprawę przed dotarciem na punkt…ale dopiero kiedy je usłyszałam…poczułam, że przegrałam. Miałam czołówkę, ciepłe ciuchy, czułam się dobrze, nic nie bolało, na trasie czekał już Marcin…Miałam wszystko, czego mi było trzeba by dotrzeć na metę. Zabrakło tego najważniejszego. Czasu. Czy naprawdę chcę ukończyć Diablaka grubo po limicie? Czy to ma sens? Czy o to mi chodziło? Dostanę medal, koszulkę finiszera, ale czy będę z tego dumna? Nie. Nie o to mi chodzi. To tak jakby walczyć z bestią i przebić ją mieczem, bo akurat odwróciła wzrok. To nie jest to. Da radę zrobić Diablaka w limicie. Wiem, że jestem w stanie to zrobić…i choć to była jedna z najcięższych decyzji w moim sportowo/amatorskim życiu, zeszłam z trasy 22 km przed końcem. Diablak, mój prywatny Barlog, znów mnie pokonał. To paradoksalne, ale choć już drugi raz z nim przegrywam, to z każdej tej porażki wychodzę silniejsza…oczywiście nie było dnia w tym tygodniu, żebym nie miała wątpliwości, czy była to dobra decyzja. Wystarczył krok, wszystko mi sprzyjało. Co jeśli w przyszłym roku coś uniemożliwi mi start, pójdzie mi gorzej, złapie mnie kontuzja…ale za każdym razem myśl o tym, że to nie byłoby prawdziwe zwycięstwo, trochę mnie uspokaja. Jeszcze nie jesteś gotowa – grzmi Barlog po swojej stronie mostu Khazad Dum i szczerzy swą paszczę…cóż, pozostaje mi zejść do Morii po raz trzeci…

Gratuluję wszystkim zawodnikom, którzy osiągnęli swoją metę, gdziekolwiek by ona nie była. Uczestniczyć z Wami w tych zawodach to dla mnie prawdziwy zaszczyt. Gratuluję Danielowi Wójcikowi i całej Diablackiej Ekipie za wsparcie, profesjonalizm i stworzenie zawodów, które są czymś absolutnie wyjątkowym.

Pokonana po raz drugi

Mariola

 

ETIXX SILESIAMAN DUATHLON KATOWICE

Już tylko miesiąc do startu Etixx Silesiaman Duathlon Katowice – pierwszych zawodów z cyklu. Sponsor tytularny zawodów ma do rozdania 10 pakietów startowych na 10 kwietnia razem z zestawem żeli Etixx. Ktoś chętny wystartować w Katowicach?

Wystarczy zrobić zdjęcie z jednym z produktów Etixx i opisać dlaczego akurat ten. Konkurs trwa do niedzieli. Śledźcie facebookowy profil organizatora KLIK KLIK i wydarzenie na facebooku KLIK KLIK.

etixxwww.silesiamantriathlon.pl

AND THE WINNER IS…..

Pytanie, gdzie Daniel Wójcik zdobył tytuł IronMana było chyba jednym z trudniejszych. Cóż, wujek google nie był tym razem zbyt pomocny. Tym samym, prawidłowych odpowiedzi było niewiele.

Daniel Wójcik pełny dystans IronMana zdobył w zawodach o nazwie Slovakman, które odbyły się w miejscowości  Piestany,dnia 4 sierpnia 2012, w czasie 12:30:32,2.

Wśród prawidłowych odpowiedzi, wybraliśmy 3 szczęśliwców:

ADAM PAŁĄCARZ

DOROTA SZWEDA

MATEUSZ BUCZEK

Prosimy się zapisać na duathlon na stronie SILESIAMANTRIATHLON.PL a my załatwimy resztę 🙂

et

PAKIET NA DUATHLON? PROSZĘ BARDZO :-)

10 kwietnia o godzinie 12:00 wystartuje kolejny Etixx Silesiaman Duathlon. Z tej okazji mamy dla Was aż trzy pakiety na darmowy start. Wystarczy odpowiedzieć na jedno pytanie:

Daniel Wójcik, pomysłodawca Silesiaman Triathlon to także sportowiec.

Ma na swoim koncie ukończony IronMan Triathlon (pełny dystans).

Podaj nazwę lub miejsce tej imprezy.

Na maile z odpowiedziami czekamy do 22.01.2016 do 23:59 pod adresem kapicaklaudia@gmail.com

Wyniki ogłosimy 24.01.2016r. 🙂

Powodzenia 🙂

et

ETIXX SILESIAMAN TRIATHLON JUŻ PO RAZ TRZECI!

Już po raz trzeci będziemy mogli startować w śląskich miastach w triathlonie. Po bardzo udanym poprzednim roku i historycznym dystansie w sercu województwa, w tym roku również czeka na zawodników kilka nowości.

sii

Cykl rozpocznie się i skończy w Katowicach. 10 kwietnia na rozpoczęcie sezonu aby sprawdzić formę po zimie zapraszamy na duathlon na dystansach 5,1 km biegu, 22 km roweru i 3,6 biegu.

1 maja w ramach Pucharu Polski zapraszamy na debiut Silesiaman`a w Rybniku. Jezioro Rybnickie ogrzewane z elektrowni sprawia, że warunki do pływania będą komfortowe. W Rybniku będziemy ścigać się w formule Cross Triathlon czyli trasa będzie poprowadzona leśnymi duktami. Stąd preferowane rowery to MTB, krossowe lub przełajowe. Dzięki niewielkim dystansom / 0,5 km , 22km, 5 km / zawody są dedykowane każdemu kto ma ochotę spróbować sił w tej multidyscyplinarnej konkurencji.

22 maja w pięknej miejscówce jeziora Łąka obok Pszczyny to już sprawdzone miejsce i idealne miejsce do ścigania. W Pszczynie Etixx Silesiaman Triathlon odbędzie się na dystansie 450m pływanie, 22,5 km rower , 5,5 biegu.

si

12 czerwca to zupełny debiut na uroczym jeziorze Chechło. Podczas dni Świerklańca będzie można wystartować na dwóch dystansach ¼ IM i 1/8 IM . Pierwszy dłuższy dystans na pięknej szybkiej trasie rowerowej / trasa zeszłorocznego Tour de Pologne / na pewno przypadnie do gustu wszystkim .

14 sierpnia to Mistrzostwa Polski w Cross Triathlonie w Parku Śląskim. Zawody dla zawodowców z całej Polski, ale również zawody dla amatorów. Wymagająca technicznie trasa rowerowa i największa widownia w całym cyklu zachęca do ścigania się i dania z siebie naj najwięcej.

Uwieńczeniem całego roku będzie triathlon w Katowicach na dystansie 1,9 km w wodzie, 90 km na rowerze i 21 km na własnych nogach. „Połówka Ironmana” to dystans dla prawdziwych twardzieli i twardzielek, bo już nie jedna kobieta świetnie radzi sobie z takim długim dystansem.

6 imprez, 5 miast, Mistrzostwa Polski, kilka tysięcy zawodników… zapowiada się triathlonowy rok.

sie

Zapisy na www.silesiamantriathlon.pl

JAK ODRÓŻNIĆ STOŻEK ROTATORÓW OD KRAWIECKIEGO? TAKIE RZECZY TYLKO NA HSA PERSONAL TRAINER

Dopiero co rozpoczęliśmy kurs na Trenera Personalnego a za nami już trzecie spotkanie….

W sobotę, wszyscy mogliśmy się poczuć  jak na studiach – Daniel Wójcik przygotował dla nas test sprawdzający naszą wiedzę na temat mięśni, funkcji jakie pełnią a także jaki jest ich udział podczas wykonywania poszczególnych ćwiczeń…. 12 pytań sprawdzających, my rozsadzeni po całej sali i Daniel…. – Ja tu jestem! Widzę Was! – mogliśmy usłyszeć raz po raz z jego ust….Prawdziwa szkoła życia 🙂

Po 30 minutach Daniel zebrał testy. W najbliższy weekend dowiemy się, kto z nas ląduje na tzw. dywaniku.

Po teście tradycyjnie wykład oraz trochę wyginania.

Niedziela to zajęcia z Trenerem Personalnym Sebastianem Stelmachem, który przez kilka godzin opowiadał nam o wpływie diety na proces odchudzania i utrzymania wagi oraz o suplementach, wykorzystywanych przy odchudzaniu a także budowaniu masy czy pracy nad tak zwaną rzeźbą. Ciekawy wykład, dający do myślenia. Odkąd wzięłam w nim udział ilość zjadanego przeze mnie białka zdecydowania osiągnęła satysfakcjonujący poziom zbliżający się do ideału.

Poniżej sobotnia galeria.

DSCF0725

DSCF0724

DSCF0729

DSCF0730

DSCF0732

DSCF0733

DSCF0735

DSCF0738

DSCF0739

DSCF0741

DSCF0745

DSCF0746

DSCF0747

DSCF0748

DSCF0749

DSCF0752

BOSU…

Drugi z pięciu weekendów, podczas których uczymy się jak być Trenerem Personalnym, pod czujnym okiem Daniela Wójcika z Holistix Sport Group właśnie trwa….

Podczas zajęć teoretycznych pod młotek poszły kolejne rodzaje mięśni, które omówiliśmy nie tylko w oparciu o slajdy ale także podczas zajęć na siłowni.

Po prawie 5 godzinach zajęć „siedzących” przyszła kolej na mocno pobudzające zajęcia z użyciem BOSU.

„Zabawa” była przednia…

DSCF0667

DSCF0668

DSCF0669

były też PUMP’y

DSCF0672

DSCF0673

DSCF0675

DSCF0677

DSCF0678

DSCF0680

DSCF0681

DSCF0684

na sam koniec wyzwanie, dzielimy się na dwie grupy i rywalizujemy ze sobą, drużyna z Danielem w składzie wygrywa dosłownie o kilka sekund…

DSCF0688

DSCF0689

DSCF0692

DSCF0693

DSCF0694

DSCF0695

DSCF0698

DSCF0699

DSCF0701

DSCF0702

DSCF0703

DSCF0704

DSCF0706

DSCF0709

HSA PERSONAL TRAINER – DZIEŃ DRUGI

14.09.2014 rozpoczęliśmy drugie z 10 spotkań z , które poprowadził Daniel Wójcik z Holistix Sport Group w ramach szkolenia na Trenera Personalnego.

Tym razem pod lupę poszły kalorie (zapotrzebowanie, spalanie), tętno oraz mięśnie. Kto myślał, że trener personalny to zwykły mięśniak nastawiony na pakowanie i rzeźbienie był/jest w dużym błędzie. Trener personalny to osoba, która powinna posiadać nie tylko kondycję fizyczną ale także wiedzę z zakresu anatomii, fizjoterapii, dietetyki, powinna także umieć słuchać drugiej osoby….

Tego właśnie uczy nas Daniel…

DSCF0614

DSCF0625

DSCF0623

DSCF0624

czym byłby jednak trener bez kondycji fizycznej, idziemy na siłownię!

DSCF0629

DSCF0630

DSCF0642

DSCF0637

DSCF0633

DSCF0653

na zakończenie szkolenia, godzina w podwieszeniu czyli TRX, Daniel potrafi zmęczyć nawet przyszłych trenerów!

trenerzy

HSA PERSONAL TRAINER

Decyzja o zapisaniu się na kurs trenera personalnego, jak to zwykle bywa przy podejmowaniu tego typu decyzji, była spontaniczna. O tym, że wybiorę Holistix Group z Danielem Wójcikiem na czele wiedziałam od razu.

Daniela znam od kilku miesięcy, miałam okazje obserwować jak pracuje przy okazji organizacji Silesiaman Triathlon, wiedziałam, że wybór będzie idealny.

13 września, rozpoczęła się nasza przygoda (lub walka) o legitymacje trenera personalnego. Łatwo nie będzie, to już wiem. Ilość wiedzy jaką powinniśmy posiadać jako trenerzy jest zadziwiająco duża. O sprawności i kondycji fizycznej nawet nie wspomnę…

Bez względu na wszystko – nie ma odwrotu. Za to jest motywacja!

DSCF0613

DSCF0597

poznajemy się…

DSCF0599

DSCF0600

robimy sobie testy sprawnościowe….

DSCF0603

DSCF0605

DSCF0608

próbujemy wytrzymać 2 minuty….

10641302_1555674994652123_2150818071395871355_n

DSCF0609

najlepszy…

DSCF0610

Daniel Wójcik. Rozdaje zadanie domowe….

DSCF0612