diablak

DIABLAK 2018 CZYLI „TYLKO BLACK AND WHITE”

Od trzeciej edycji Diablak Beskid Extreme Triathlon minął tydzień. Tydzień bez treningów. Tydzień zawieszenia i pustki, którą zakłócały wątpliwości, żal, radość, odbieranie zasłużonych/niezasłużonych gratulacji, liczne (choć nie tak liczne jak myślałam) dietetyczne przestępstwa…wielki kocioł sprzeczności i niepokoju, który sprowadzał się do jednego, jedynego pytania – ,,Czy pojęłam właściwą decyzję o zejściu z trasy”?

Zacznijmy jednak od początku. Nie będę opisywać mojej przygody z ubiegłorocznym Diablakiem i tego dlaczego z nim walczę. Mam wrażenie, że zaczyna to trochę przypominać walkę dobra ze złem i rozrasta się do wielotomowej sagi…Władca Pierścieni miał trzy tomy, więc jest dla mnie może jeszcze jakaś nadzieja 😉 Skupmy się na ,,tu i teraz” sprzed tygodnia. O 15:00 w piątek zjawia się pod moim domem Marcin Brol. W tym roku Marcin był moim supportem biegowym, transportem, logistykiem…Marcinie, przeogromnie Ci dziękuję za cały trud i czas, który mi poświęciłeś…i za  wypożyczenie roweru…na parę miesięcy. Mimo korków sprawnie docieramy do Żywca, gdzie w hali MOSIRu odbywała się odprawa. Poczułam się ,,u siebie”. Wszędzie znajome lub mniej znajome twarze, wszyscy się pozdrawiają, witają, opowiadają coś o sobie. Czuć niesamowitą energię. W tych wszystkich ludziach widać skumulowaną energię i siłę po wielu miesiącach ciężkiej pracy i wyrzeczeń. To się po prostu czuje. Te niecałe pięćdziesiąt osób mogłoby dać początek Supernowej.

 Zaczyna się odprawa. Jak zwykle Daniel Wójcik – główny odpowiedzialny za ten horror, wprowadza nas w klimat, na zmianę dodaje otuchy i gnębi. ,,Trochę zmieniliśmy wam trasę biegową – dodaliśmy jedną górkę w drodze do Korbielowa” (brzmi bardzo niewinnie, prawda?), trasa rowerowa też jest nieco inna (tak, tak, podjazd w Trzebini wygląda tak niepozornie przy trzech wcześniejszych podjazdach). I to jest najpiękniejsze w Diablaku…możesz być pewny, że nie będzie łatwo, nie będzie żadnej litości. Albo jesteś wart aby dotrzeć do końca, albo nie. Nie ma odcieni szarości. Wszystkie najważniejsze informacje wyłożone, strefy spakowane, makaron zjedzony, tracki na trasę rowerową i biegową ściągnięte (tak, to tylko ja to robię na ostatnią chwilę ). Wskakuję na oklejony rower i jadę do Ośrodka Żeglarskiego Politechniki Krakowskiej. To miejsce mojego noclegu, meta odcinka wodnego i T1. Wrzucam rzeczy do swojego pokoju i prowadzę rower do strefy. Tam ostatecznie Biała Strzała zostaje ,,odjanuszowana” (dzięki Witek) . Godzina 21:00. Biorę sobie kolację i idę ją zjeść nad brzeg Jeziora Żywieckiego. Jest po zachodzie słońca, tafla wody spokojna. Piękna chwila. Wspominam te wszystkie miesiące, wątpliwości, załamki, chwile triumfu, parcie do przodu …i czuję się gotowa. Pracowałam ciężko i jestem gotowa, żeby tu być. Posyłam buziaka wodom jeziora, w pokoju układam sobie wszystko na rano (de facto środek nocy), nastawiam dwa budziki i padam spać przed 22:00.

Otwieram oczy, jest ciemna noc. Budzik nie dzwonił ?! Przerażona chwytam za komórkę – 2.30. Obudziłam się sama. Nie do wiary, ale czuję się wyspana. Zrywam się z łóżka, naciągam na siebie piankę do pasa (dzięki Tomasz Ploch – tak, tak, pianka też pożyczona…z funduszami u mnie słabo, ale za to mam znajomości 😉 Czuję jak adrenalina zaczyna buzować mi w żyłach. Ahhhhh…Kocham ten stan! To już! To już za chwilę. Wychodzę w ciemność w wojowniczym nastroju. W T1 dopakowuję telefon, sprawdzam powietrze w oponach, i wędruję do autokaru, który ma nas zawieść na miejsce startu. Dosiada się do mnie Kasia Gniot (jedna z trzech pozostałych zawodniczek, które odważyły się na start w Diablaku). Poznałyśmy się już w piątek na odprawie, rozmawiamy sobie po drodze, jak wyglądały nasze przygotowania, próbujemy, z marnym skutkiem, wbić w siebie choć odrobinę śniadania. Okazuje się, że Kasia godzi treningi i starty z byciem mamą …trójki dzieci (!). Dla mnie takie osoby to prawdziwi współcześni bohaterowie. Podziwiam, szanuję i ogromnie kibicuję. Jazda autokarem trochę się dłuży. Kasia zerka na mnie zdziwiona…,,To tyle będziemy płynąć”? Uspokajam, że wodą, ten odcinek jest dużo krótszy. Docieramy na miejsce. Zaczyna się robić jasno. Na brzegu poznaję Dorotę, życzymy sobie powodzenia i obiecujemy wszystkie w komplecie dotrzeć na szczyt Babiej Góry. Kolejna rzecz, która tak urzekła mnie na Diablaku. Wszyscy, zgromadzeni na brzegu, wszyscy zawodnicy są sobie życzliwi. Czuć szacunek. Wszyscy walczą z dystansem, podjazdami, górami, zmęczeniem, własnymi słabościami i demonami…To piękne i niespotykane zjawisko na zawodach sportowych we współczesnym świecie, jakbyśmy stali po jednej stronie frontu.

Krótka rozgrzewka w wodzie i punktualnie o 4:00 start z brzegu. No to zaczynamy. Początek płynie mi się źle. Szarpię tempo, nie mogę się uspokoić. Płyniesz za szybko, uspokój się – krzyczę na siebie w myślach. Zwalniam. Choć przez to zostaje w tyle – stabilizuję oddech, powoli łapię rytm. Zaczyna być dobrze. Cały czas panuje lekki półmrok, co jakiś czas kontroluję nawigację. Choć nie pływałam za dużo w wodach otwartych, to kiedy przychodzi ,,Dzień Próby” czuję się pewnie. Obok mnie po lewej stronie płynie asekurujący mnie kajak. Po wypłynięciu z zatoki na otwarte wody jeziora mam wrażenie, że spycha mnie za bardzo na prawo. Opływam kajak tak, żeby go mieć po prawej. W pojawiających się relacjach zawodników, pojawia się podobna historia ze znoszeniem, zapewne jakiś prąd wodny, niemałego przecież zbiornika. Płynę dalej. Mimo, że w połowie trasy, zaczynam już myśleć o rowerze. Dekoncentruję się. Do rzeczywistości, mimo wszystko baśniowej” przywraca mnie wschodzące słońce, które wyłoniło się zza góry, otaczając całą moją lewą stronę złoto-pomarańczową poświatą. Podczas nabierania powietrza na lewo woda rozbryzgiwała się w kroplach barwą przypominającą żarzące się węgle w ognisku. Jakkolwiek bym się starała, nie jestem w stanie oddać tego piękna. Czysta magia. Zbliżam się do brzegu. Opływam pomost, płynę, płynę – chyba już będzie dno, myślę, decydując się na pionizowanie. Dno jest już ,,bardzo”, bo ląduję na kolanach w wodzie po pas. Teraz dopiero zerkam na zegarek – prawie 3900 ( trochę mnie zniosło) w 1h33min. Od zeszłego roku progres o 20 min. 20 min!!!

Cieszę się jak mała dziewczynka wyskakując w podskokach z wody. Tak się cieszę biegnąc po zielonym dywanie do strefy, że nie zauważam Benka i Magdy kibicujących mi na brzegu. Tak, tak – chciało im się wstać po trzeciej rano w sobotę, żeby przyjechać mi pokibicować. Benjamin Kuciński to też osoba, której należą się tutaj moje olbrzymie podziękowania – to on podjął się kilka miesięcy temu karkołomnego zadania zrobienia ze mnie prawdziwego triathlonisty. To on układał mi treningi (woda, rower, bieg), motywował, wspierał, jak trzeba było dawał baty, sprawdzał pogodę, wplatał w plany treningowe komunię, chrzściny, konferencje ( rodzinno-zawodowe ,,katastrofy”, ograniczające mój czas)…a przede wszystkim wierzył we mnie. Wierzył, że jestem w stanie w limicie stanąć na Babiej Górze. Benek, Tobie również, przeogromnie dziękuję, wykonałeś kawał ogromnej roboty, za którą nie jestem w stanie podziękować.

W T1 dostaję lokalizator GPS (od tego momentu jestem pod baczną obserwacją bardzo wielu ludzi ;-), staram się szybko ogarnąć przebranie , tutaj w końcu dostrzegam Benka i Magdę. Aż się chce siąść, wypić razem kawę i obgadać ten wodny odcinek…a tu trzeba gonić! Każda minuta ma znaczenie. Wybiegam z rowerem, wskakuję na siodło, wpinam się i jazda… no dobra, jest pod górkę, wiec jeszcze nie tak szybko. Pierwsza pętla początek – lekkie pod górę do Szczyrku. To najgorsze odcinki – nie można się rozpędzić, jedziesz niby mocno, ale prędkość nie zadowala. W końcu podjazd pod Salmopol. I wreszcie zjazd. To ile frajdy przyniósł mi w tym roku ten zjazd…też nie jestem w stanie opisać. Ten sam rower, ta sama trasa, ta sam człowiek…ale zupełnie inna osoba. Nie bałam się WCALE. Gnałam na dół, w dolnym chwycie (jeszcze porę tygodni temu bałam się tak zjeżdżać) i prawie śmiałam się w głos. Punkt żywieniowy mijam bez zatrzymywania, pozdrawiając tylko wolontariuszy, następny podjazd – pod Zameczek, zjazd, choć asfalt gorszy, też przynosi całe pokłady satysfakcji. Jest dobrze, cały czas czuję się świeża, nic nie boli, Jadę swoje, spokojnie. Wspinam się na trzeci podjazd, zjeżdżam (to tam jest jeden z najwspanialszych odcinków trasy –  droga techniczna przy S1). Jadę i już wypatruję tego Żywca. Nagle zaczyna mi się dłużyć. Jest płasko, adrenalina opuszcza mój krwiobieg. Zaczynają boleć mnie plecy. Cisiec, Węgierska Górka, potem jeszcze oczekiwanie na zamkniętym przejeździe kolejowym, Bystra…Gdzie ten Żywiec?!

Zbliża się Trzebinia i nagle wyrasta jak spod ziemi podjazd. To był jedyny moment na trasie, gdzie prawie się popłakałam. Ten podjazd naprawdę był krótki i na profilu wydaje się śmieszny w porównaniu z poprzednimi górami…ale daje w kość, w dodatku przydarzył mi się jeszcze w momencie lekkiego kryzysu. Przetrwałam to. A potem już tylko zjazd i w końcu Żywiec. Mijając tablicę, wydarłam się na całe gardło – ,,Żywiec”!!! Pewnie na rynku mnie słyszeli 😉 Dojazd na rynek. Tam chwila przerwy, wylanie swoich żali na ten nieszczęsny podjazd wolontariuszom i ruszam na drugą pętle. Na drugiej pętli wychodzi błąd popełniony na pierwszej. Za mało piłam i jadłam. Jeszcze przed Szczyrkiem zaczyna mnie odcinać. Muszę zwolnić, dużo piję, biorę żel za żelem…ale już za późno. Spóźniłam się z tym dobre dwie godziny. Na trasie ratuje mnie support jednego z zawodników. Samochód z czerwonym Trakiem na dachu czeka na mnie na trasie, podaje przez okno i odbiera shota, no strasznie Wam dziękuję , za tą spontaniczną pomoc. Jadę, kryzysy mijają, ból pleców też, odzyskuję rytm. Jest dobrze i jestem w Imielinie…i nagle czuję, że złapałam gumę. Nie, nie mam gumy, mówię sobie na głos, to niemożliwe, wydaje mi się…Aż się boje poznać ostateczną prawdę, ale w końcu zatrzymuję się, schodzę z roweru, klękam przy kole i sprawdzam…guma! Ku..wa!!! Wyciągam dętkę, odrywam pompkę przylepioną taśmą wczorajszego wieczora przez Witka na strefie, zabieram się za zmianę trzęsącymi się rękami. Nerwy, stres, zmęczenie …radzę sobie marnie, rozglądam się za samochodem z czerwonym rowerem, nigdzie nie ma, dzwonie do Damiana Wieczorka, który był wolontariuszem na Diablaku. Cała obsługa biegu na zawodach to tak naprawdę jeden wielki support. Odwalacie kawał dobrej . Dałam znać gdzie jestem (choć i tak mają moje położenie co do metra) i dostałam odpowiedź, że pomoc w drodze…może do tego czasu sobie poradzę …Nagle, jak rycerz na białym koniu, pojawia się triathlonista, na sobotnim treningu. Zatrzymuje się i pyta czy nie potrzebuję pomocy. Oj, bardzo potrzebuję. We dwójkę idzie już sprawnie, telefonicznie odwołuję pomoc. Nie pamiętam jak miałeś na imię, chyba Marcin, ale kimkolwiek jesteś, wiedz, że uratowałeś mój limit na rower, dodałeś otuchy i zostałeś moim bohaterem. Wsiadam i jadę. Patrzę na godzinę. Jest źle. Plan był taki, żeby skończyć rower 14-14.20. Mieć trzy godziny z hakiem do Korbielowa, a od Korbielowa cztery z supportem Marcina na Babią. Wolna druga pętla, złapana guma… wszystko spowodowało, że pod znakiem zapytania było to, czy zdążę na rynek przed 15.30. Staram się cisnąć, nie ma czasu na łzy w Trzebini. Wstaję na pedały, głowa w dół, cisnę. Walcz! Walcz! W końcu zjazd i  tradycyjny okrzyk ,,Żywiec”!!! nie patrzę na zegarek, jadę. Dojeżdżam na rynek. Parę minut przed limitem…rower wskakuje na belkę.

Daniel pyta …,,Lecisz dalej”. ,,Po tu jestem”. Siadam w namiocie…przebieram buty i spodenki. Wiem, że już nie mam szans na limit. Cała wola walki, która jeszcze przed chwilą mnie napędzała, zaczyna blaknąć…W Korbelowie będzie czekał Marcin, byle do Korbielowa…powtarzam sobie. Wychodzę z namiotu. Na widok rosołu żołądek przykleja mi się do kręgosłupa. Jestem taka głodna !!! Mimo że to niemożliwe przy posiadaniu dwóch rąk, opuszczam rynek trzymając talerz z rosołem, kubek z rodzynkami, butelkę coli, powerbanka łądującego zegarek i komórkę…to musiał być cudowny widok. Maszeruję pochłaniając rosół i rodzynki, popijając colą…kontaktuję się z Marcinem…nadal wszystko na co mnie stać to marsz. No dobra, uzupełnij bak z paliwem, bo nie masz z czego biec, uspokajam się, zaraz polecisz. Po około pół godziny jest lepiej, zaczyna się marszobieg. Ale szału nie ma. Tym bardziej, że zaczyna się strome podejście.

Paradoksalnie zejście z asfaltu bardzo dobrze mi robi. Wspinam i się i wspinam po ,,Drodze krzyżowej” – naprawdę, na podejściu mijam po kolei wszystkie stacje . Wreszcie zbieg. Od tego momentu leci się naprawdę przyjemnie. Po wybiegnięciu z lasu w oddali widzę Babią Górę…bardzo w oddali…przełykam ślinę, no to jeszcze został mi kawałek. Zaczyna się nieprzyjemny odcinek do samego Korbielowa. Lekkie parę procent w górę. Poddałam się tam i maszerowałam (choć starałam się wyglądać dumnie ;-). Docieram do zwijającego się punktu. ,,Z przykrością musimy cię poinformować, że jesteś już po limicie czasowym. Dostajesz DNF i dalsza trasa, jeśli się zdecydujesz będzie na twoje własne ryzyko. Widzę, że chcesz iść dalej, ale pamiętaj , że dotrzesz do schroniska około 23-24…” Ze wszystkich wypowiadanych przez wolontariusza spraw zdawałam sobie sprawę przed dotarciem na punkt…ale dopiero kiedy je usłyszałam…poczułam, że przegrałam. Miałam czołówkę, ciepłe ciuchy, czułam się dobrze, nic nie bolało, na trasie czekał już Marcin…Miałam wszystko, czego mi było trzeba by dotrzeć na metę. Zabrakło tego najważniejszego. Czasu. Czy naprawdę chcę ukończyć Diablaka grubo po limicie? Czy to ma sens? Czy o to mi chodziło? Dostanę medal, koszulkę finiszera, ale czy będę z tego dumna? Nie. Nie o to mi chodzi. To tak jakby walczyć z bestią i przebić ją mieczem, bo akurat odwróciła wzrok. To nie jest to. Da radę zrobić Diablaka w limicie. Wiem, że jestem w stanie to zrobić…i choć to była jedna z najcięższych decyzji w moim sportowo/amatorskim życiu, zeszłam z trasy 22 km przed końcem. Diablak, mój prywatny Barlog, znów mnie pokonał. To paradoksalne, ale choć już drugi raz z nim przegrywam, to z każdej tej porażki wychodzę silniejsza…oczywiście nie było dnia w tym tygodniu, żebym nie miała wątpliwości, czy była to dobra decyzja. Wystarczył krok, wszystko mi sprzyjało. Co jeśli w przyszłym roku coś uniemożliwi mi start, pójdzie mi gorzej, złapie mnie kontuzja…ale za każdym razem myśl o tym, że to nie byłoby prawdziwe zwycięstwo, trochę mnie uspokaja. Jeszcze nie jesteś gotowa – grzmi Barlog po swojej stronie mostu Khazad Dum i szczerzy swą paszczę…cóż, pozostaje mi zejść do Morii po raz trzeci…

Gratuluję wszystkim zawodnikom, którzy osiągnęli swoją metę, gdziekolwiek by ona nie była. Uczestniczyć z Wami w tych zawodach to dla mnie prawdziwy zaszczyt. Gratuluję Danielowi Wójcikowi i całej Diablackiej Ekipie za wsparcie, profesjonalizm i stworzenie zawodów, które są czymś absolutnie wyjątkowym.

Pokonana po raz drugi

Mariola

 

DIABLAK – CZĘŚĆ DRUGA

Diablak Beskid Extreme Triatlon 2017 – W objęciach Barloga

Jest po trzeciej w nocy. Jadę autokarem i próbuję dostrzec za oknem coś więcej niż ciemność pochmurnej nocy. Razem z innymi zawodnikami przysłuchuję się odprawie, którą serwuje nam Daniel Wójcik przez mikrofon, niczym kierownik wycieczki….

Dowiadujemy się, że trasa wodna nie będzie w tym roku oznaczona bojami. Mamy się trzymać lewej strony i płynąć za jedną z ubezpieczających nas motorówek Beskidzkiego WOPR. Dostaliśmy też ostrzeżenie o wietrze i fali na jeziorze …no to super, pomyślałam sobie, naprawdę, nie ma jak dobre wiadomości z rana…Dojechaliśmy. Wysiadamy z autokaru. Każdy trzyma maleńki worek ze swoim numerem z napisem start (na odprawie w pakiecie startowym zawodnicy dostali worki na przepaki w różnych strefach, a że nie było jednego miejsca – tradycyjnej strefy zmian, gdzie leży wszystko, tylko było ich parę w pary miejscach i trzeba było sobie to logistycznie dobrze rozłożyć i się nie pomylić. Mnie, pakowanie worów zajęło dobrą godzinę). Do worka Start wrzucało się klapki i coś, co tam się miało no sobie i oddawało się do ,,różowej skody” jednego z wolontariuszy…która na szczęście okazała się bordowa 😉

W ręce trzymam okularki i czepek, zapinam do końca piankę…i czuję się w niej jak w zbroi. Niebo zaczyna nieśmiało się rozjaśniać, ale o malowniczym świcie i romantycznej mgiełce schodzącej z jeziora (jak na pierwszej edycji) można zapomnieć…ehhh, a myślałam, że to będzie zapewnione ,,w pakiecie”. Na osłodę pojawiła się egzotycznie wyglądająca para – dziewczyna i chłopak w góralskich strojach ze skrzypcami i dudami. Mieli nam przygrywać przy wchodzeniu do wody. Jeszcze raz otrzymujemy krótką odprawę i dwójkami schodzimy do jeziora. Przy samej zaporze na Jeziorze czeka już na nas osobowy stateczek, do którego trzeba dopłynąć ok. 200 metrów. Ma nam dać syreną sygnał do startu. Podoba mi się taki początek. Godny Diablaka.

Wchodzę do wody koloru ołowiu…która okazuje się zadziwiająco ciepła. Wiatr wzmaga się, a deszcz dosłownie wisi w powietrzu. Jestem pełna podziwu dla tej dwójki muzyków, która mimo takich warunków dzielnie nam przygrywa z brzegu. Zanurzam się w ciemnych wodach Jeziora Żywieckiego. Czy będą mi przyjazne? Myślę sobie płynąc powoli do burty statku. Przez chwilę wszystko wydaje mi się taki surrealistyczne – 4 rano, płynięcie do statku, mroczna aura…poczułam się trochę jak jakaś tajna agentka, na misji, w drużynie komando foki, czy jak im tam…Przyjemnie myśl ta połechtała moje ego 
Tak się uśmiechałam do tych myśli, że omal nie przegapiłam startu. Spodziewałam się potężnej syreny, a statek wydobył z siebie cichy gwizd. Zawodnicy koło mnie też wydali się zaskoczeni – ,,To już”? zapytał mnie zawodnik obok. ,,Chyba tak” odparłam niepewnie, ale że reszta ruszyła już potężnie młócąc ramionami wodę, nie mieliśmy wątpliwości.


W jednej chwili ekscytacja sięgnęła zenitu. To zadziwiające co adrenalina potrafi wyprawiać z organizmem. Człowiek nagle czuje się niepokonany. Dobra, wiem że to dopiero pierwsze metry, ale cieszyłam się jak mała foczka, płynąc kraulem tak, że prawie nadążałam za resztą triathlonistów. Szybko jednak otrzeźwiałam i w głowie zaczęły mi huczeć słowa Pani Agaty, która jak przypominam, stała się niechcący moją pływacką mentorką, ,,Na długim dystansie pływackim nie możesz zmęczyć się na początku. Płyń spokojnie, swoim tempem, nie przejmuj się tymi z przodu, trzymaj rytm, długie ruchy, ramiona do przodu i pilnuj pracy nóg”. No dobrze, dobrze. Płyń spokojnie, trzymaj rytm, licz sobie do trzech …powtarzałam sobie. Przede mną praktycznie dwie godziny spędzone w większości z twarzą zwróconą do niewidocznego dna. Woda nie okazuje się taka strasznie czarna ( bo już myślałam, że na początku będzie mi się płynęło jak w czarnej smole), Płynę w świecie koloru sepii urozmaiconym pęcherzami powietrza tworzącymi się od pracy rąk…które pod koniec dystansu brałam czasem za ryby. Nie muszę chyba pisać, że jestem na końcu stawki. W pewnym momencie okrąża mnie motorówka WOPRu. Zatrzymuję się (przestraszyłam się, że widząc, że wolno płynę i odstaję od reszty, chcą mnie wyjmować z wody), na szczęście otrzymuje tylko doping – ,,Dawaj, dawaj”!!! Krzyczą mi z motorówki i odpływają. Zostaje przy mnie dziewczyna w kajaku, która bardzo sprytnie koryguje mój kurs. Po wypłynięciu z zatoki, na bardziej otwarte wody pojawia się na jeziorze fala. Zaczyna też padać deszcz. A padaj sobie myślę, w międzyczasie licząc 1,2,3 oddech, 1,2,3 oddech…Co jakiś czas sprawdzam czy dobrze płynę. Różnica temperatur pomiędzy wodą a powietrzem jest tak duża, że moje nie parujące okularki parują tak, że nie widzę na powierzchni nic, oprócz jakiś rozmytych plam. Na szczęście kajakowa asysta spisuje się na medal. Mimo, że dziewczyna sama walczy z falą, wiatrem, do tego z deszczem samotnie na kajaku, to jeszcze pilnuje mojego w miarę równego płynięcia. Przy nabieraniu oddechu słyszę – ,,W lewo”!, Przy następnym oddechu ,,Jest dobrze”, Przy następnym ,,W prawo”! Robię taki slalom na tej wodzie, jakbym była po czterech piwach…albo pięciu. Im dalej na bardziej otwarte wody, tym fala większa. Przy nabieraniu oddechu na prawą stronę opijam się żywieckiej wody. Spoko, przecież woda ,,Żywiec” to twoja ulubiona woda, płyń dalej – uśmiecham się pod nosem, ale gdy kolejna i kolejna próba zaczerpnięcia powietrza na prawo, kończy się zaczerpnięciem wody modyfikuję kraula. Jak dobrze, że improwizacja to moja mocna strona. Próbuję sobie na spokojnie paru możliwości…i najkorzystniejsze okazuje się branie oddechu co szósty ruch ramionami, tylko na lewo. Dopływają do mnie dwie motorówki Żywieckiego WOPRu. Zatrzymuję się, żeby przetrzeć okularki i zagadać – ,,Daleko jeszcze‘’? (miałam dodać – Papo Smerfie, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Jeszcze pomyślą, że bredzę i wyciągną mnie z wody). ,,Już niedaleko, zaraz za cyplem”. Odkrzykują mi. Bez umawiania się dwie łodzie ustawiają się w ten sposób, że mając mnie po środku eskortują do Przystani (miejsce mojego noclegu, i początek odcinka rowerowego). Ten fragment jeziora obserwowałam wieczorem z brzegu i wydawał mi się taki długi…teraz wydawał się śmiesznie krótki. W asyście dwóch motorówek czuję się niczym VIP. Płynę, płynę i dopływam do miejsca, gdzie powinno być dno. Zatrzymuję Garmina. Patrzę na niego skołowana…jak to 4 320km?! Miało być 3,8 km!! Podnoszę się, okazuje się , że woda sięga mi do kolan! Zataczam się lekko w momencie, kiedy dopada mnie grawitacja. Po jakie licho kręgowce wyłaziły z oceanów…pomyślałam i krzyczę do ,,obstawy na brzegu” Jaki czas?! ,,Masz jeszcze całe osiem minut!” odkrzykuje mi Daniel. Odwracam się do motorówek. Na obu pokładach biją mi brawo. Macham im i krzyczę – ,,Dziękuję”. To był chyba jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Poczułam się …no nie wiem, jakbym przepłynęła La Manche. Dopłynęłam ostatnia…ale dopłynęłam. Całość kraulem i w limicie.I nie czułam się ,,zajechana”, ramiona mnie nawet nie bolały. Dystans Iron Mana! Potem okazało się, że walka z falą ,,dorobiła „mi pół kilometra. Jaka wielka była moja satysfakcja, gdy okazało się, że przepłynęłam 4 320 m w 1.50.44.


Wybiegam z wody. O dziwo biegnie mi się …super. Nie czuję tej wielkiej ,,miękkości „ nóg, tak jak po ¼. Ahh…adrenalino, najmocniejszy narkotyku świata! Biegnę między domkami do strefy zmian, znajdującej się na korcie tenisowym. I tam też po vipowsku. Namiot do przebrania tylko dla mnie. Samotna Biała Strzała wisi podwieszona za siodełko i czeka.

Łapię za mój worek wpadam do namiotu. Ciężko idzie mi przebieranie. Kończyny górne zapomniały chyba przez te dwie godziny, że mają też właściwości chwytne. Pada. Deszcz bębni w dach i ścianki namiotu, dodatkowo podwiewa poły namiotu. Mimo, że jestem praktycznie na golasa, nie przejmuję się tym w ogóle. Jestem już tylko skupiona na następnym odcinku. Tu popełniam też największy błąd. Nie biorę kurtki przeciwdeszczowej. Moje myślenie opierało się na – będzie ci zimno, to będziesz szybciej pedałować. To była głupota, za którą przyszło mi bardzo słono zapłacić. Ale na razie wybiegam z namiotu, wskakuję na rower i jadę. No właśnie, jadę sama! Nie zdążyłam wgrać sobie tracka na garmina, ani na kom., ale myślę będzie dobrze, oglądałam zdjęcia z tarasy na FB, znam też po kolei miejscowości na trasie, na skrzyżowaniach i na ulicy będą strzałki ,mam przy sobie GPSa…jak gdzieś pobłądzisz, to org zadzwoni i cię naprowadzi…( i opieprzy 😉 Tu też dałam solidnie ciała, bo przez niepewność i zatrzymywania się na trasie traciłam bardzo dużo cennego czasu. Wróćmy jednak do tego, co dzieję się teraz – przede wszystkim jest cholernie mokro. Tego najbardziej się obawiałam. Jak będzie zachowywać się dzielna Biała Strzała na mokrej nawierzchni. Zrobiłam parę kontrolnych hamowań, w tym jedno ostrzejsze, ale mimo obaw, hamulce jakoś łapały, nie stawiało mnie bokiem…jedź, jedź kobieto, nie myśl o tych cieniutkich łysych oponkach bez bieżnika, po prostu jedź!!! Nawet jak się wywalisz, to masz GPSa, znajdą cię. Jadę. Po paru kilometrach dostrzegam rowerzystę. Niemożliwe, że to ktoś z Diablaka. Ależ to zapaleniec, trenować w taka pogodę, po szóstej rano…no zuch chłopak, myślę sobie. Dojeżdżam do niego…patrzę, a na plecach powiewa mu numer startowy Diablaka…Pogubiłem się na początku, krzyczy do mnie, chyba z 10 km zrobiłem bez sensu…Aha, pocieszam się, to nie tylko ja dałam ciała, z obowiązkową znajomością trasy. Stanęliśmy za rondem . Nie ryzykuję…dzwonie do Organizatora ( biedny Daniel Wójcik – wpisałam sobie jego numer pod OGR i zamęczałam telefonami przed, po i w trakcie, wiem, na pewno wiem, że jestem na Czarnej Liście). Daniel – Ok., widzę Was na ekranie, musicie jechać tu i tu…Żadnego opieprzu, sprawnie, miło i rzeczowo…Dzięki, jeszcze raz dzięki ogromne za to niańczenie.
Jedziemy. Leje. Na razie moja strategia – z rozgrzewaniem się działa bardzo dobrze. Gdzieś po godzinie pedałowania przypominam sobie, że funkcjonuje na ½ drożdżówki i wodzie wypitej z Jeziora Żywieckiego. Chwytam za pierwszego z brzegu batonika, zmuszam się do wypicia paru łyków wody ( nie czuję pragnienia w ogóle), i wciągam Kubusiowy mus…to najlepszy ,,rowerowy posiłek pod słońcem. Dojeżdżam do Szczyrku. Uśmiecham się pod nosem. Przypomina mi się styczniowy wyjazd do Szczyrku na Zamieć…cóż, mam same dobre wspomnienia związane z tą miejscowością. Nagle robi się ciemno i w jednym momencie zderzam się ze ścianą deszczu. Dosłownie. Nigdy nie jechałam w takiej ulewie. To było tak, jakby strażacy polewali mnie z węża. Nie widziałam praktycznie nic. W niektórych miejscach tworzą się takie kałuże, że koła roweru zanurzają się w nich do 1/3. W czymś takim przynajmniej się nie poślizgnę – dodaję sobie, jadąc powoli. Przed jakimś skrzyżowaniem zatrzymuje się. Kompletnie nie wiem gdzie jestem. Ściana wody zalała mi oczy i nagle spanikowałam, że zgubiłam trasę. Odpalam komórkę. Na stronie Diablaka jest mapka, gdzie można śledzić zawodników. Nie będę z siebie głupka robić i znów dzwonić do orga, bo przecież to niepoważne, zobaczę czy jestem na trasie, czy nie. Niestety, jakoś ta mapka nie chciała mi się odpalić…dobra, musisz zadzwonić. Ale to już ostatni raz! Widzę cię, jesteś na trasie, jedź cały czas prosto. Otrzymałam jasny komunikat. Deszcz trochę zelżał. Jadę z lekkim dołem, bo czuję się beznadziejnie przez to wydzwanianie. Normalnie mogła jechać za mną kobieta z dzwonem w ręku i wołać ,,Shame! Shame!”


Dalej pada. Jest mrocznie i mgliście. Zaczyna się podjazd pod Przełęcz Salmopolską . Tutaj Biała Strzałą pokazuję swoją całą przewagę nad góralem. Na szosówce podjedzie się wszędzie. Pracuję mocno. Chyba dopiero tutaj zaczynam się czuć komfortowo. Jest mi ciepło, dobrze mi się jedzie. Jest super. Za jednym z zakrętów z naprzeciwka jedzie jakiś samochód i zatrzymuje się na mojej wysokości. Rozpoznaję chłopaków z odprawy w Żywcu. Patrzą na mnie i miny mają zatroskane. ,,Za chwilę będzie bardzo długi zjazd. Uważaj, mocno się na nim wychłodzisz”. Ok.! Dzięki! Odpowiadam…ale myślę, zjazd, to zjazd, i tak będę wolno jechać, bo ślisko…ach, jak oni dobrze wiedzieli, te zatroskane miny, naprawdę wyrażały to, co mnie miało czekać. Zjazd był cholernie długi i cholernie niebezpieczny. W paru miejscach musiałam po prostu się zatrzymać. Tym zjazdem przegrałam Diablaka. Nie dość, że zrobiło mi się tak potwornie zimno, że szczękałam zębami niczym zombie goniący swoją ofiarę, to jeszcze traciłam cenny czas. Ręce bolały mnie od ciągłego hamowania…ale nie miałam odwagi rozpędzić się. Na mokrej powierzchni przy szybszej jeździe nie miałam żadnej kontroli. Dodatkowym niebezpieczeństwem, było to, że nie można było ścinać zakrętów. Diablak odbywał się przy normalnym ruchu ulicznym. W pewnym momencie w ostatniej chwili uciekłam przed terenówką, która na zakręcie, przy podwójnej ciągłej wyprzedzała sobie autokar. Na centymetry, prawie otarłam się o ten samochód. Zatrzymałam się i zsiadłam z roweru. Trzęsłam się cała. Nie wiem czy bardziej ze strachu, czy z zimna. Poczułam się pokonana. Złamana i rozłożona na łopatki. Chciałam to zakończyć. Jesteś zwykłym tchórzem Mariola, nikim innym. Wsiadaj na rower i dojedź chociaż do żywieniówki. Ze spuszczoną głową, powoli dojechałam do miejsca, gdzie na przystanku autobusowym stał bus organizatorów. To był dopiero 45 km trasy…


Dojechałam. Spod przystanku wyskoczył wysoki chłopak w okularach. No w końcu jesteś, już się martwiliśmy, że coś ci się stało. Mówił do mnie, pomagając mi zsiąść z roweru. Telepało mną jak w delirium. Rzucił na mnie okiem. Wsiadaj do busa, rozgrzejesz się. Na fotelu pasażera rozłożony był śpiwór, okryłam się nim, dostałam kubek herbaty. Chciałam powiedzieć, że rezygnuję…ale odwlekałam ten moment. Nigdy, nigdy, przenigdy nie schodziłam z trasy. Nigdy nie powiewałam białą flagą. Nie mogło mi to przejść przez gardło. Gorąca herbata działała kojąco. Chłopak usiadł koło mnie w busie i dodawał otuchy. Opowiedział, że kiedyś też się tak wychłodził na trasie we Francji, że nie był w stanie jechać i musiał rezygnować…i że tak w ogóle, to w tym miejscu przed chwilą zrezygnowało czterech zawodników. Musieli ich zwozić…Spojrzał na mnie poważnie i dodał ,,Ale ty dojedziesz do Żywca” Nie wiem czy te słowa były ,,magicznym zaklęciem”, ale podziałały na mnie właśnie w ten sposób. Nie zrezygnuje, dojadę do końca chociaż pierwszej pętli. Poznam trasę. Potraktuję to jako przygotowanie do następnego Diablaka. Teraz, albo nigdy – Wysiadaj i jedź!!!

Chociaż telepało mnie z zimna dalej szarpnęłam za klamkę drzwi busa i w tempie ewakuacji z płonącego budynku wysiadłam i złapałam za rower. Chłopak pchał mi go jeszcze z dziesięć metrów…Są tacy ludzie, którzy ratują tonących, nie zdając sobie pewnie z tego sprawy. Od tego momentu zaczęły się najwspanialsze momenty rowerowego odcinka. Podjazd pod zameczek był przewspaniały, jazda szczytem, potem zjazd, już mniej stromy i krótszy…nawet padać przestało, ba, wyszło na chwilę słońce. To było tak, jakby Diablak nagradzał mnie za decyzję powrotu na trasę. Tak się czułam…Przegrana i wygrana równocześnie. Czekała mnie jeszcze jedna nagroda. Był taki fragment trasy, którą stanowiła nowa droga techniczna przy drodze szybkiego ruchu. Był to zjazd, chwilę nie padało i asfalt był w miarę suchy. Ręce bolały mnie od wcześniejszych hamowań…Na tym odcinku ,,puściłam wodze” i pozwoliłam Białej Strzale rozpędzić się tak jak chciała. To było coś cudownego…ta prędkość…jest coś w tym pięknego, groźnego i uzależniającego równocześnie. Pęd powietrza wyciskał mi łzy z kącików oczu…których nie chciało się przymykać. Chłonęłam ten moment wszystkimi zmysłami. Wszystko inne przestało istnieć. Byłam tylko ja i prędkość. Coś takiego, taką wolność, doświadczyłam tylko raz na końskim grzebiecie w pełnym galopie, gdześ na otwartym terenie, nigdy na rowerze…ach,ach,ach….cholernie warto było wziąć udział w Diablaku choćby dla tej ulotnej chwili.


Dotarłam do Żywca. Ukończyłam pierwszą pętle. Poczułam wielki smutek i żal, kiedy musiałam zdecydować, że nie jadę na drugą pętle, ale czas jaki mi pozostał do limitu, był już tak niewielki, że nie miałam najmniejszych szans się zmieścić. Z prawdziwą zazdrością patrzyłam na innych zawodników, którzy szykowali się do odcinka biegowego. Do dziś żałuję tylko jednej rzeczy, że nie poprosiłam organizatorów o możliwość pobiegnięcia na Babią Górę po ukończeniu tylko pierwszej pętli. Nieważne, że nie byłabym klasyfikowana. Biegowe zdobycie Diablaka było moim największym marzeniem, a sam bieg, miał być moją najmocniejszą stroną…cóż niedosyt pozostał mi potworny. Może to i dobrze…Choć przegrałam sromotnie ( bo dotarcie do połowy zawodów, to rozłożenie na łopatki) nie żałuję ani sekundy spędzonej na Diablaku.


Chciałabym w tym miejscu podziękować wszystkim, którzy pomagali mi na trasie Danielowi Wójcikowi, chłopakom z samochodu na przełęczy, chłopakowi z busa na żywieniówce, dziewczynie na kajaku, chłopakom na motorówkach, wolontariuszom na rynku w Żywcu…wszystko, absolutnie wszystko było na medal i czułam się, „zaopiekowana” w każdym miejscu. Dziękuję też jeszcze raz wszystkim, którzy mi kibicowali i trzymali kciuki, pomagali, pożyczali sprzęt…To było piękne przeżycie i nie byłoby możliwe, gdyby nie Wasza pomoc.


A teraz kilka słów do Ciebie Diablaku, mój prywatny Barlogu – dziękuję, że utarłeś mi nosa, że mnie pokonałeś, pokazałeś swoją wielkość i siłę, i to, że trzeba się z Tobą liczyć. Wrócę, zejdę znów do Morii, by stoczyć z Tobą bój. Obiecuję

Mariola Powroźna

 

 

fot. OLIVKOVELOVE – FOTOGRAFIA
f
ot. PSTRYKAWKA.PL