mariola powroźna

DIABLAK 2018 CZYLI „TYLKO BLACK AND WHITE”

Od trzeciej edycji Diablak Beskid Extreme Triathlon minął tydzień. Tydzień bez treningów. Tydzień zawieszenia i pustki, którą zakłócały wątpliwości, żal, radość, odbieranie zasłużonych/niezasłużonych gratulacji, liczne (choć nie tak liczne jak myślałam) dietetyczne przestępstwa…wielki kocioł sprzeczności i niepokoju, który sprowadzał się do jednego, jedynego pytania – ,,Czy pojęłam właściwą decyzję o zejściu z trasy”?

Zacznijmy jednak od początku. Nie będę opisywać mojej przygody z ubiegłorocznym Diablakiem i tego dlaczego z nim walczę. Mam wrażenie, że zaczyna to trochę przypominać walkę dobra ze złem i rozrasta się do wielotomowej sagi…Władca Pierścieni miał trzy tomy, więc jest dla mnie może jeszcze jakaś nadzieja 😉 Skupmy się na ,,tu i teraz” sprzed tygodnia. O 15:00 w piątek zjawia się pod moim domem Marcin Brol. W tym roku Marcin był moim supportem biegowym, transportem, logistykiem…Marcinie, przeogromnie Ci dziękuję za cały trud i czas, który mi poświęciłeś…i za  wypożyczenie roweru…na parę miesięcy. Mimo korków sprawnie docieramy do Żywca, gdzie w hali MOSIRu odbywała się odprawa. Poczułam się ,,u siebie”. Wszędzie znajome lub mniej znajome twarze, wszyscy się pozdrawiają, witają, opowiadają coś o sobie. Czuć niesamowitą energię. W tych wszystkich ludziach widać skumulowaną energię i siłę po wielu miesiącach ciężkiej pracy i wyrzeczeń. To się po prostu czuje. Te niecałe pięćdziesiąt osób mogłoby dać początek Supernowej.

 Zaczyna się odprawa. Jak zwykle Daniel Wójcik – główny odpowiedzialny za ten horror, wprowadza nas w klimat, na zmianę dodaje otuchy i gnębi. ,,Trochę zmieniliśmy wam trasę biegową – dodaliśmy jedną górkę w drodze do Korbielowa” (brzmi bardzo niewinnie, prawda?), trasa rowerowa też jest nieco inna (tak, tak, podjazd w Trzebini wygląda tak niepozornie przy trzech wcześniejszych podjazdach). I to jest najpiękniejsze w Diablaku…możesz być pewny, że nie będzie łatwo, nie będzie żadnej litości. Albo jesteś wart aby dotrzeć do końca, albo nie. Nie ma odcieni szarości. Wszystkie najważniejsze informacje wyłożone, strefy spakowane, makaron zjedzony, tracki na trasę rowerową i biegową ściągnięte (tak, to tylko ja to robię na ostatnią chwilę ). Wskakuję na oklejony rower i jadę do Ośrodka Żeglarskiego Politechniki Krakowskiej. To miejsce mojego noclegu, meta odcinka wodnego i T1. Wrzucam rzeczy do swojego pokoju i prowadzę rower do strefy. Tam ostatecznie Biała Strzała zostaje ,,odjanuszowana” (dzięki Witek) . Godzina 21:00. Biorę sobie kolację i idę ją zjeść nad brzeg Jeziora Żywieckiego. Jest po zachodzie słońca, tafla wody spokojna. Piękna chwila. Wspominam te wszystkie miesiące, wątpliwości, załamki, chwile triumfu, parcie do przodu …i czuję się gotowa. Pracowałam ciężko i jestem gotowa, żeby tu być. Posyłam buziaka wodom jeziora, w pokoju układam sobie wszystko na rano (de facto środek nocy), nastawiam dwa budziki i padam spać przed 22:00.

Otwieram oczy, jest ciemna noc. Budzik nie dzwonił ?! Przerażona chwytam za komórkę – 2.30. Obudziłam się sama. Nie do wiary, ale czuję się wyspana. Zrywam się z łóżka, naciągam na siebie piankę do pasa (dzięki Tomasz Ploch – tak, tak, pianka też pożyczona…z funduszami u mnie słabo, ale za to mam znajomości 😉 Czuję jak adrenalina zaczyna buzować mi w żyłach. Ahhhhh…Kocham ten stan! To już! To już za chwilę. Wychodzę w ciemność w wojowniczym nastroju. W T1 dopakowuję telefon, sprawdzam powietrze w oponach, i wędruję do autokaru, który ma nas zawieść na miejsce startu. Dosiada się do mnie Kasia Gniot (jedna z trzech pozostałych zawodniczek, które odważyły się na start w Diablaku). Poznałyśmy się już w piątek na odprawie, rozmawiamy sobie po drodze, jak wyglądały nasze przygotowania, próbujemy, z marnym skutkiem, wbić w siebie choć odrobinę śniadania. Okazuje się, że Kasia godzi treningi i starty z byciem mamą …trójki dzieci (!). Dla mnie takie osoby to prawdziwi współcześni bohaterowie. Podziwiam, szanuję i ogromnie kibicuję. Jazda autokarem trochę się dłuży. Kasia zerka na mnie zdziwiona…,,To tyle będziemy płynąć”? Uspokajam, że wodą, ten odcinek jest dużo krótszy. Docieramy na miejsce. Zaczyna się robić jasno. Na brzegu poznaję Dorotę, życzymy sobie powodzenia i obiecujemy wszystkie w komplecie dotrzeć na szczyt Babiej Góry. Kolejna rzecz, która tak urzekła mnie na Diablaku. Wszyscy, zgromadzeni na brzegu, wszyscy zawodnicy są sobie życzliwi. Czuć szacunek. Wszyscy walczą z dystansem, podjazdami, górami, zmęczeniem, własnymi słabościami i demonami…To piękne i niespotykane zjawisko na zawodach sportowych we współczesnym świecie, jakbyśmy stali po jednej stronie frontu.

Krótka rozgrzewka w wodzie i punktualnie o 4:00 start z brzegu. No to zaczynamy. Początek płynie mi się źle. Szarpię tempo, nie mogę się uspokoić. Płyniesz za szybko, uspokój się – krzyczę na siebie w myślach. Zwalniam. Choć przez to zostaje w tyle – stabilizuję oddech, powoli łapię rytm. Zaczyna być dobrze. Cały czas panuje lekki półmrok, co jakiś czas kontroluję nawigację. Choć nie pływałam za dużo w wodach otwartych, to kiedy przychodzi ,,Dzień Próby” czuję się pewnie. Obok mnie po lewej stronie płynie asekurujący mnie kajak. Po wypłynięciu z zatoki na otwarte wody jeziora mam wrażenie, że spycha mnie za bardzo na prawo. Opływam kajak tak, żeby go mieć po prawej. W pojawiających się relacjach zawodników, pojawia się podobna historia ze znoszeniem, zapewne jakiś prąd wodny, niemałego przecież zbiornika. Płynę dalej. Mimo, że w połowie trasy, zaczynam już myśleć o rowerze. Dekoncentruję się. Do rzeczywistości, mimo wszystko baśniowej” przywraca mnie wschodzące słońce, które wyłoniło się zza góry, otaczając całą moją lewą stronę złoto-pomarańczową poświatą. Podczas nabierania powietrza na lewo woda rozbryzgiwała się w kroplach barwą przypominającą żarzące się węgle w ognisku. Jakkolwiek bym się starała, nie jestem w stanie oddać tego piękna. Czysta magia. Zbliżam się do brzegu. Opływam pomost, płynę, płynę – chyba już będzie dno, myślę, decydując się na pionizowanie. Dno jest już ,,bardzo”, bo ląduję na kolanach w wodzie po pas. Teraz dopiero zerkam na zegarek – prawie 3900 ( trochę mnie zniosło) w 1h33min. Od zeszłego roku progres o 20 min. 20 min!!!

Cieszę się jak mała dziewczynka wyskakując w podskokach z wody. Tak się cieszę biegnąc po zielonym dywanie do strefy, że nie zauważam Benka i Magdy kibicujących mi na brzegu. Tak, tak – chciało im się wstać po trzeciej rano w sobotę, żeby przyjechać mi pokibicować. Benjamin Kuciński to też osoba, której należą się tutaj moje olbrzymie podziękowania – to on podjął się kilka miesięcy temu karkołomnego zadania zrobienia ze mnie prawdziwego triathlonisty. To on układał mi treningi (woda, rower, bieg), motywował, wspierał, jak trzeba było dawał baty, sprawdzał pogodę, wplatał w plany treningowe komunię, chrzściny, konferencje ( rodzinno-zawodowe ,,katastrofy”, ograniczające mój czas)…a przede wszystkim wierzył we mnie. Wierzył, że jestem w stanie w limicie stanąć na Babiej Górze. Benek, Tobie również, przeogromnie dziękuję, wykonałeś kawał ogromnej roboty, za którą nie jestem w stanie podziękować.

W T1 dostaję lokalizator GPS (od tego momentu jestem pod baczną obserwacją bardzo wielu ludzi ;-), staram się szybko ogarnąć przebranie , tutaj w końcu dostrzegam Benka i Magdę. Aż się chce siąść, wypić razem kawę i obgadać ten wodny odcinek…a tu trzeba gonić! Każda minuta ma znaczenie. Wybiegam z rowerem, wskakuję na siodło, wpinam się i jazda… no dobra, jest pod górkę, wiec jeszcze nie tak szybko. Pierwsza pętla początek – lekkie pod górę do Szczyrku. To najgorsze odcinki – nie można się rozpędzić, jedziesz niby mocno, ale prędkość nie zadowala. W końcu podjazd pod Salmopol. I wreszcie zjazd. To ile frajdy przyniósł mi w tym roku ten zjazd…też nie jestem w stanie opisać. Ten sam rower, ta sama trasa, ta sam człowiek…ale zupełnie inna osoba. Nie bałam się WCALE. Gnałam na dół, w dolnym chwycie (jeszcze porę tygodni temu bałam się tak zjeżdżać) i prawie śmiałam się w głos. Punkt żywieniowy mijam bez zatrzymywania, pozdrawiając tylko wolontariuszy, następny podjazd – pod Zameczek, zjazd, choć asfalt gorszy, też przynosi całe pokłady satysfakcji. Jest dobrze, cały czas czuję się świeża, nic nie boli, Jadę swoje, spokojnie. Wspinam się na trzeci podjazd, zjeżdżam (to tam jest jeden z najwspanialszych odcinków trasy –  droga techniczna przy S1). Jadę i już wypatruję tego Żywca. Nagle zaczyna mi się dłużyć. Jest płasko, adrenalina opuszcza mój krwiobieg. Zaczynają boleć mnie plecy. Cisiec, Węgierska Górka, potem jeszcze oczekiwanie na zamkniętym przejeździe kolejowym, Bystra…Gdzie ten Żywiec?!

Zbliża się Trzebinia i nagle wyrasta jak spod ziemi podjazd. To był jedyny moment na trasie, gdzie prawie się popłakałam. Ten podjazd naprawdę był krótki i na profilu wydaje się śmieszny w porównaniu z poprzednimi górami…ale daje w kość, w dodatku przydarzył mi się jeszcze w momencie lekkiego kryzysu. Przetrwałam to. A potem już tylko zjazd i w końcu Żywiec. Mijając tablicę, wydarłam się na całe gardło – ,,Żywiec”!!! Pewnie na rynku mnie słyszeli 😉 Dojazd na rynek. Tam chwila przerwy, wylanie swoich żali na ten nieszczęsny podjazd wolontariuszom i ruszam na drugą pętle. Na drugiej pętli wychodzi błąd popełniony na pierwszej. Za mało piłam i jadłam. Jeszcze przed Szczyrkiem zaczyna mnie odcinać. Muszę zwolnić, dużo piję, biorę żel za żelem…ale już za późno. Spóźniłam się z tym dobre dwie godziny. Na trasie ratuje mnie support jednego z zawodników. Samochód z czerwonym Trakiem na dachu czeka na mnie na trasie, podaje przez okno i odbiera shota, no strasznie Wam dziękuję , za tą spontaniczną pomoc. Jadę, kryzysy mijają, ból pleców też, odzyskuję rytm. Jest dobrze i jestem w Imielinie…i nagle czuję, że złapałam gumę. Nie, nie mam gumy, mówię sobie na głos, to niemożliwe, wydaje mi się…Aż się boje poznać ostateczną prawdę, ale w końcu zatrzymuję się, schodzę z roweru, klękam przy kole i sprawdzam…guma! Ku..wa!!! Wyciągam dętkę, odrywam pompkę przylepioną taśmą wczorajszego wieczora przez Witka na strefie, zabieram się za zmianę trzęsącymi się rękami. Nerwy, stres, zmęczenie …radzę sobie marnie, rozglądam się za samochodem z czerwonym rowerem, nigdzie nie ma, dzwonie do Damiana Wieczorka, który był wolontariuszem na Diablaku. Cała obsługa biegu na zawodach to tak naprawdę jeden wielki support. Odwalacie kawał dobrej . Dałam znać gdzie jestem (choć i tak mają moje położenie co do metra) i dostałam odpowiedź, że pomoc w drodze…może do tego czasu sobie poradzę …Nagle, jak rycerz na białym koniu, pojawia się triathlonista, na sobotnim treningu. Zatrzymuje się i pyta czy nie potrzebuję pomocy. Oj, bardzo potrzebuję. We dwójkę idzie już sprawnie, telefonicznie odwołuję pomoc. Nie pamiętam jak miałeś na imię, chyba Marcin, ale kimkolwiek jesteś, wiedz, że uratowałeś mój limit na rower, dodałeś otuchy i zostałeś moim bohaterem. Wsiadam i jadę. Patrzę na godzinę. Jest źle. Plan był taki, żeby skończyć rower 14-14.20. Mieć trzy godziny z hakiem do Korbielowa, a od Korbielowa cztery z supportem Marcina na Babią. Wolna druga pętla, złapana guma… wszystko spowodowało, że pod znakiem zapytania było to, czy zdążę na rynek przed 15.30. Staram się cisnąć, nie ma czasu na łzy w Trzebini. Wstaję na pedały, głowa w dół, cisnę. Walcz! Walcz! W końcu zjazd i  tradycyjny okrzyk ,,Żywiec”!!! nie patrzę na zegarek, jadę. Dojeżdżam na rynek. Parę minut przed limitem…rower wskakuje na belkę.

Daniel pyta …,,Lecisz dalej”. ,,Po tu jestem”. Siadam w namiocie…przebieram buty i spodenki. Wiem, że już nie mam szans na limit. Cała wola walki, która jeszcze przed chwilą mnie napędzała, zaczyna blaknąć…W Korbelowie będzie czekał Marcin, byle do Korbielowa…powtarzam sobie. Wychodzę z namiotu. Na widok rosołu żołądek przykleja mi się do kręgosłupa. Jestem taka głodna !!! Mimo że to niemożliwe przy posiadaniu dwóch rąk, opuszczam rynek trzymając talerz z rosołem, kubek z rodzynkami, butelkę coli, powerbanka łądującego zegarek i komórkę…to musiał być cudowny widok. Maszeruję pochłaniając rosół i rodzynki, popijając colą…kontaktuję się z Marcinem…nadal wszystko na co mnie stać to marsz. No dobra, uzupełnij bak z paliwem, bo nie masz z czego biec, uspokajam się, zaraz polecisz. Po około pół godziny jest lepiej, zaczyna się marszobieg. Ale szału nie ma. Tym bardziej, że zaczyna się strome podejście.

Paradoksalnie zejście z asfaltu bardzo dobrze mi robi. Wspinam i się i wspinam po ,,Drodze krzyżowej” – naprawdę, na podejściu mijam po kolei wszystkie stacje . Wreszcie zbieg. Od tego momentu leci się naprawdę przyjemnie. Po wybiegnięciu z lasu w oddali widzę Babią Górę…bardzo w oddali…przełykam ślinę, no to jeszcze został mi kawałek. Zaczyna się nieprzyjemny odcinek do samego Korbielowa. Lekkie parę procent w górę. Poddałam się tam i maszerowałam (choć starałam się wyglądać dumnie ;-). Docieram do zwijającego się punktu. ,,Z przykrością musimy cię poinformować, że jesteś już po limicie czasowym. Dostajesz DNF i dalsza trasa, jeśli się zdecydujesz będzie na twoje własne ryzyko. Widzę, że chcesz iść dalej, ale pamiętaj , że dotrzesz do schroniska około 23-24…” Ze wszystkich wypowiadanych przez wolontariusza spraw zdawałam sobie sprawę przed dotarciem na punkt…ale dopiero kiedy je usłyszałam…poczułam, że przegrałam. Miałam czołówkę, ciepłe ciuchy, czułam się dobrze, nic nie bolało, na trasie czekał już Marcin…Miałam wszystko, czego mi było trzeba by dotrzeć na metę. Zabrakło tego najważniejszego. Czasu. Czy naprawdę chcę ukończyć Diablaka grubo po limicie? Czy to ma sens? Czy o to mi chodziło? Dostanę medal, koszulkę finiszera, ale czy będę z tego dumna? Nie. Nie o to mi chodzi. To tak jakby walczyć z bestią i przebić ją mieczem, bo akurat odwróciła wzrok. To nie jest to. Da radę zrobić Diablaka w limicie. Wiem, że jestem w stanie to zrobić…i choć to była jedna z najcięższych decyzji w moim sportowo/amatorskim życiu, zeszłam z trasy 22 km przed końcem. Diablak, mój prywatny Barlog, znów mnie pokonał. To paradoksalne, ale choć już drugi raz z nim przegrywam, to z każdej tej porażki wychodzę silniejsza…oczywiście nie było dnia w tym tygodniu, żebym nie miała wątpliwości, czy była to dobra decyzja. Wystarczył krok, wszystko mi sprzyjało. Co jeśli w przyszłym roku coś uniemożliwi mi start, pójdzie mi gorzej, złapie mnie kontuzja…ale za każdym razem myśl o tym, że to nie byłoby prawdziwe zwycięstwo, trochę mnie uspokaja. Jeszcze nie jesteś gotowa – grzmi Barlog po swojej stronie mostu Khazad Dum i szczerzy swą paszczę…cóż, pozostaje mi zejść do Morii po raz trzeci…

Gratuluję wszystkim zawodnikom, którzy osiągnęli swoją metę, gdziekolwiek by ona nie była. Uczestniczyć z Wami w tych zawodach to dla mnie prawdziwy zaszczyt. Gratuluję Danielowi Wójcikowi i całej Diablackiej Ekipie za wsparcie, profesjonalizm i stworzenie zawodów, które są czymś absolutnie wyjątkowym.

Pokonana po raz drugi

Mariola

 

KOBIETA Z ŻELAZA – MARIOLA POWROŹNA

O tym, że Mariola jest kobietą z żelaza, osobiście, mogłam przekonać się w maju kiedy wraz z grupą kilku osób startowaliśmy w rajdzie przygodowym SETKA Z HAKIEM.
Kiedy cała ekipa zapisała się na marsz, Mariola odważnie postanowiła bieg. Co ważne – zawody startowały o 19:00, do pokonania było 100 km (z hakiem) na orientację. Kibicowaliśmy wszyscy, trzymaliśmy kciuki ale przede wszystkim obawialiśmy się o to, że Mariola na trasie będzie sama.
Na mecie okazało się, że zupełnie niepotrzebnie baliśmy się o naszą koleżankę. Mariola Powroźna nie tylko przebiegła całą trasę sama ale także zajęła pierwsze miejsce wśród pań!!!!

setka

Niedawno Mariola postanowiła zmierzyć się z nowym wyzwaniem – wystartować w triathlonie a o tym jak było przeczytacie poniżej.
Przeżyjcie triathlon razem z Mariolą czytając jej własne słowa.

Żółtodziób na triathlonie

Czym byłoby życie bez odrobiny szaleństwa….zapewne szarym, bezbarwnym niczym. Albo czymś, tylko szarym i bezbarwnym. Każdy kto mnie zna wie, że stać mnie czasem na naprawdę coś szalonego, trochę niebezpiecznego, może nawet głupiego, ale nic na to nie poradzę. Lubię siebie samą zaskoczyć. Od kilku lat nosiłam się z zamiarem zapisania  na jakiś triathlonowy dystans, ot tak, z biegu, bez specjalnych przygotowań, super specjalistycznego sprzętu… prawie, że z ulicy spróbować go zrobić. Okazja nadarzyła się całkiem niedawno. Na terenie Doliny Trzech Stawów (prawie u mnie w ogródku), organizowane były zawody na dystansie ½ i ¼ Ironmana . Były to ostatnie w tym roku zawody z cyklu Etixx Silesiaman. Na Facebooku , który tak sobie od czasu do czasu przeglądałam, cztery dni przed wydarzeniem zauważyłam konkurs. Trzeba było napisać…dlaczego Katowice są fajne i wysłać na podany adres mailowy. Konkurs był ogłoszony parę dni wcześniej, więc wątpiłam, że się załapię, ale co mi tam. Nic nie tracę. W parę minut strzeliłam mały esej pochwalny Katowic i wysłałam…za chwilę zapominając o sprawie. Następnego dnia sprawdzam maile, a tam – Słowa pochwały za mój tekst i możliwość ,,wykupu ‘’ pakietu tanio i z dodatkową zniżką od pochwalonego miasta…teraz albo nigdy – pomyślałam sobie. Jest ciepło (czyli pianka nie będzie wymagana), nie mam żadnej kontuzji, cały czas biegam, więc nie będę aż taka ,,z ulicy”…raz się żyje, zapisuję się.

Jupi, jupi, wystartuję na ¼ Ironmana !!!

Kiedy po chwili emocje opadły…cóż, zaczęły się wątpliwości. Zaczęłam gorączkowo przeglądać zdjęcia z innych imprez pod znakiem ,,tri”…nikt tam nie wyglądał na żółtodzioba. Nikt! Pełna profeska, super sprzęt…co ja narobiłam. Zostanę tam pośmiewiskiem! Nigdy nawet nie mierzyłam sobie czasu w wodzie, mam 25letni rower górski, nie mam tego śmiesznego wdzianka na ramiączkach…blady strach na mnie spadł.

Zrobiłam coś, co organizatorzy zawodów sportowych lubią najbardziej – zaczęłam zadawać pytania, dużo pytań.

Czy można bez pianki, czy można bez tego stroju, czy można na rowerze górskim…myślę, że w ciągu tych paru godzin moje imię i nazwisko zostało zapamiętane i znienawidzone, zdjęcie z Facebooka wydrukowane w celu umieszczenia go na środku tarczy do rzutek …ale nie o tym. Słów otuchy nie szczędzili też Klaudia i Marek, którzy jako MK Team wspierali wydarzenie.

Jakoś to będzie, przestań o tym myśleć – powtarzałam sobie, kombinując jednak w międzyczasie jak się ubrać, od kogo pożyczyć kask..itp.

W celach edukacyjno/motywacyjnych obejrzałam ze dwa razy film ,, Ze wszystkich sił” (przygotowania i start ojca z niepełnosprawnym ruchowo synem w pełnym dystansie Ironmana, cudowny film, który polecam każdemu) i tylko się tym gnębiłam – jak oni ciężko trenowali, ile się przygotowywali…a ja? No dobra, przestałam oglądać. W kwestii stroju …podeszłam do tematu kreatywnie, na krótkie spodenki nałożyłam jednoczęściowy kostium kąpielowy, na który nałożyłam stanik biegowy. Wszystko mniej więcej w tym samym kolorze, chyba dość dobrze imitowało triathlonowy strój, jakby tak pod światło popatrzeć…Kask pożyczyłam w piątek wieczorem, trzymając język za zębami. W sobotę przed startem nie miałam czasu na przedstartowe nerwy. Najpierw praca, a potem …wieczór panieński koleżanki. Z racji tego, że to kreatywna i aktywna osoba zaliczyłam w ramach imprezy pierwszy raz park linowy, odprawiając w myślach modły, żeby się nie zabić i nic sobie nie złamać. Z żalem urwałam się z bardzo sympatycznej i szalonej imprezy, żeby rzutem na taśmę (3 min do zamknięcia biura zawodów) odebrać pakiet startowy. Oj, organizatorzy na pewno mnie pokochali…W drodze powrotnej zahaczyłam o Go Sport po to metalowe coś montowane na ramę, żeby włożyć bidon (jak to się nazywa?). Powrót do domu i rozpakowanie pakietu. Różnił się od tych ,,maratońskich”. Przede wszystkim znajdowały się tam naklejki z numerem startowym. I tu była proszę państwa największa konsternacja. Te na kask były opisane – prawo, lewo, przód – ok., wszystko jasne, ale co z rowerem. Była jedna krótka i jedna długa. Krótką przykleiłam na przód kierownicy, a długą po chwili intensywnego myślenia …przykleiłam wzdłuż ramy – no bo przecież taka długa ta naklejka i  rama też jest długa. Zamontowałam chwytak na bidon, napompowałam koła na beton, spakowałam plecak, z myślą o strefie zmian, lekko się załamałam sprawdzając jeszcze raz prognozę pogody (prawo Murphy’ego głosi, że dzień startu będzie najgorętszym dniem roku, lub miesiąca) i poszłam spać. Budzik zerwał mnie z łóżka po siódmej. Start mojego dystansu był dopiero o 11:00, ale chciałam zobaczyć jak wygląda triathlon, oglądając start ½ Ironmana o 9.00.

woda

Nastrój miałam nawet niezły, startuję w triathlonie, ha ha ha. Podśpiewując sobie pojechałam moim dzielnym, oklejonym rumakiem na start. I to był koniec dobrego nastroju. Kiedy zobaczyłam tych wszystkich ,,zawodowców”, ich rowery, kaski, pianki, buty do roweru…oj oj, jak bardzo chciałam cofnąć czas do tej chwili, kiedy wcisnęłam enter . Dystans wodny ,,na żywo” wyglądał dość wymagająco. Szwendałam się wśród zawodników (wyprostowanych i pewnych siebie) z miną psa, który się zgubił. Przysiadłam sobie w cieniu poważnie zastanawiając się nad ucieczką. Dokonałam też odkrycia, że źle nakleiłam tą długą naklejkę, trzeba było nakleić ją pod siodełko, tak, żeby skleić ze sobą końcówki z numerem….achaaaaaa, pomyślałam sobie, to ma sens! Szybko przekleiłam tę nieszczęsną naklejkę, ciesząc się, że chyba nikt nie widział. W międzyczasie obserwowałam start ½ , kiedy najszybsi zaczęli wychodzić z wody, przeszłam pod strefę zmian, żeby przyjrzeć się jak tam to wszystko wygląda. Stanęłam przy strefie. Obok mnie stał starszy pan. Zerknął na trzymany przeze mnie kask z numerem startowym i zagadał – O, to pani też startuje? Nim zdążyłam odpowiedzieć, spojrzał na mój rower i prawie wykrzyczał – Na TYM?! Przytaknęłam nieśmiało. Starszy pan ze współczuciem pokiwał głową i zapytała ponownie – To tata jeszcze nie kupił niczego porządnego? Hmmm, w tym momencie pomyślałam nie bez satysfakcji,  że chyba ma mnie za dużo młodszą niż jestem w rzeczywistości. Zapytał jeszcze jak mam na imię, bo ,,będzie mi osobiście kibicował” i poradził, żebym kupiła sobie taki sam rower, jak ma ten , kto dzisiaj wygra. Ewakuowałam się na wszelki wypadek i poszłam zobaczyć jak wygląda pływanie, ile jeszcze osób w wodzie…W wodzie coraz mniej niebieskich czepków (były w pakiecie startowym, każdy miał więc taki sam). Powoli zbliżał się czas zaparkowania w strefie zmian. Już nic nie zmienisz, więc zrób to i przestań się bać – pomyślałam, z podniesioną głową wprowadzając mój rower, wyglądający wśród tych lśniących, cieniutkich i leciutkich kolarzówek jak czołg. Tylko gąsienic mu brakowało i działa…Rower i moją przejęta mina powodowała u innych zawodników z mojego otoczenia litość i chęć pomocy. Tak więc rower sam mi się prawidłowo zaczepił, poradzono mi, jak sobie wszystko ułożyć, żeby szybko się tu ogarnąć, kiedy przybiegnę z wody (,,jeśli” tu przyjdę z wody, dopowiadałam gorzko w myślach, bo wciąż najbardziej się bałam, że przekroczę czas przeznaczony na pływanie i zostanę, zdjęta z trasy, hlip, hlip). Do startu pół godziny, strach podniósł się do poziomu – powyżej maturalnego. Jak na skazanie szłam powoli na miejsce startu, przysłuchując się odprawie, po drodze spotkałam Matiego, który też debiutował tego dnia w triathlonie…i też (ku mojej lekkiej, nikczemnej satysfakcji ) trochę się bał. Wszystko: cały mój strach, niepewność, chęć dezercji, minęły, kiedy wskoczyłam do wody. Od dziecka uwielbiam pływać, w wodzie czuję się pewnie. Nie jestem dobra technicznie, nie pływam za szybko, ale nigdy moje pływanie mnie nie zawiodło, nie straszne mi ani jezioro, ani morze, żaden staw ani rzeka, podobno pływałam szybciej niż nauczyłam się porządnie chodzić. Poczułam …ulgę. Kurde, trzeba tu było ,,na dzień dobry” wskakiwać rano do wody, a nie dwie godziny pielęgnować w sobie tchórza. Start odbywał się z wody, przy boi nr 1. Dystans wodny, to był prostokąt, wokół kolejnych boi z numeracją 1,2,3,4. Niby proste i oczywiste, ale z wody aż tak super tych hipotetycznych prostych nie widać, i na wcześniejszym starcie widziałam jak wielu zawodników znosiło, przez co tracili sporo czasu i sił. Postanowiłam płynąć jak najbardziej prosto. Ustawiłam się w wodzie z tyłu. Nie oszukujmy się, wiedziałam, że nie jestem szybka, nie miałam pianki, pierwszy raz płynęłam w okularkach – zadanie zmieścić się w 40 min limitu na 950 metrów pływania…i nie wyjść z wody ostatnia (tak po cichu sobie dodawałam). Kiedy padł strzał startera i wszyscy ruszyli zrozumiałam, dlaczego ten moment nazywany jest przez triathlonistów ,,pralka”. Wszyscy ruszyli bardzo mocno. Mimo, że cięłam kraulem, wydawało mi się, że stoję w miejscu. Przyspieszyłam, ale to nic nie dało, zostawałam w tyle. Spokojnie, pomyślałam sobie, przecież wiedziałaś, że tak będzie, rób swoje. Kraul dość szybko zaczął mnie męczyć. Przeszłam na swój ukochany styl –krytą żabkę. Może to wstyd nią płynąć, ale wiem, że nią potrafię płynąć przyzwoicie i męczę się zdecydowanie mniej. Tylko do boi nr 2, a potem wskoczę na kraula, tak sobie powtarzałam. Na szczęście nie byłam ostatnia, więc nie panikowałam za bardzo. Trzymałam mniej więcej linię prostą, ominęłam boję z prawej strony, ocierając się o nią, żeby jak najmniej czasu stracić. Prawie połowa i nie jest źle, pomyślałam. Krótszy bok prostokąta poszedł szybko, mijam boję nr 3 i próbuję płynąć kraulem…aj, ramiona bolą mnie jednak ( co brak treningu w wodzie, to bark treningu). Wracam na żabę, starając się jednak wycisnąć z niej ile się da. Udaję mi się minąć dwie osoby płynące kraulem. Mimo wszystko jestem w ogonie. Zerkam na ratowników na łodziach podczas nabierania powietrza, czy nie machają, że już koniec czasu. Nie miałam pojęcia, ile płynę. Mijam boję nr 4, już tylko prosta na brzeg. Wyciska z tej żaby całą moc, wyskakuję na brzeg tuż przed dziewczyną którą w ostatniej chwili udało mi się prześcignąć w wodzie (to takie maleńkie zwycięstwa cieszą najbardziej). Na brzegu rozłożona jest miękka mata, która prowadzi do strefy zmian. Z tego samego materiału zrobione są moje nogi, które uginają się prawie do kolan podczas próby biegnięcia.

mar

,,Ale oni wszyscy szybko pływają” – krzyczę do kibicującej i robiącej zdjęcia Klaudii Kapicy, a ona odkrzykuje – też jesteś szybka, zrobiłaś wodę w 30 min! 30 min?! Miałam jeszcze 10 min do końca limitu! Nie płynęłam wcale tak szybko! Da się! Od razu pobiegło mi się lepiej ten dywanowy kawałeczek zawijający ślimaka do roweru. Moje całe przemyślenia dotyczące startu w ¼ Ironmana opierały się na – ,,byleby tylko zdążyć wyjść z wody w limicie, a dalej jakoś to będzie”. Okazało się jednak, że najtrudniejsze miało dopiero nadejść.

Nie doceniałam odcinku rowerowego, który przy moim czołgu, był najcięższym wyzwaniem tego dnia. Sama zmiana dyscypliny poszła szybko i sprawnie, na fali euforii z tych 30 min. Założyłam buty takie od razu do biegania, narzuciłam koszulkę rowerową, założyłam kask, zapięłam pas z numerem startowym, batonik z Biedronki w rękę i biegusiem na belkę startową roweru. Wszystko zajęło mi niecałe trzy minuty. Wskoczyłam na rower i powoli gryząc batonika pomyślałam, no to teraz już z górki będzie. 45 km rowerem, dwie pętle po znanych mi okolicach. Pikuś. Może nawet kogoś wyprzedzę. Oj ja głupia…Nie wyprzedziłam nikogo oczywiście. Trasa rowerowa – góra, dół, góra, dół…i jeszcze ta górrrrrra do Mysłowic (wolę na nią wbiegać na Silesia Maraton, niż wjeżdżać, przysięgam!)…wykańczała psychicznie i fizycznie. Jeszcze te leciutkie, rowery śmigające dookoła mnie…jakbym jechała w piachu, a reszta latała w powietrzu. To było straszne. Na pierwszej pętli jeszcze walczyłam o godność, ale na drugiej walczyłam już tylko o przetrwanie. Nie mogłam się doczekać biegu. W końcu po 2h 3 minutach i 45 sekundach skończyłam tą nierówną walkę, lekko zniszczona psychicznie. Wbiegłam ponownie do strefy zmian. Kiedy jechałam na rowerze ( czytaj czołgałam się na rowerze) nie czułam 33 stopniowego upału. Teraz jednak było tak, jakbym nagle otworzyła drzwi rozgrzanego piekarnika …i do niego wlazła. Na dzień dobry pół butli wody wylałam sobie na głowę, zaparkowałam rower i ruszyłam na dwie pięciokilometrowe pętle…naprawdę z prawdziwą ulgą, że to już nie rower. Pływanie i rower nie mogły przekroczyć 3h, wiec miałam jeszcze sporo zapasu. Wbiegłam na dobrze mi znane trasy poprowadzone pomiędzy stawami. Na początku zmiany dyscypliny nogi tym razem jak z kamienia ( bardzo ciekawe te odczucia własnego ciała podczas triatlonu, nawet tylko dlatego warto spróbować go choć raz), ale dość szybko się rozbiegały. Nie cisnę zbyt mocno, upał jest nieziemski. Na trasie trzy punkty z wodą, przy jednym z nich zainstalowany zraszacz, organizatorzy naprawdę pomyśleli o wszystkim. Nie biegnę szybko, ale mijam zawodników i z1/2 i z ¼ . Wszyscy są już naprawdę bardzo mocno zmęczeni. U każdego procedura zaliczania punktu z wodą podobna – 4 kubki na głowę, 2 kubki w gardło, jeszcze jeden kubek na głowę i dalej w drogę. Najbardziej podobało mi się oznaczenie kilometrów na terasie biegowej – ,,ostatni kilometr” na końcu pętli wszystkim, niezależnie od zmęczenia, płci, czy dystansu poprawiał nastrój. Wbiegałam na drugą pętle 10 km biegu kończącego dystans, kiedy usłyszałam głośny doping – ,,Małgorzata!, Małgorzata!” To poznany przed zawodami starszy pan, prawie dobrze zapamiętał moje imię i gorąco mnie dopingował. Kurcze, właśnie za takie chwile uwielbiam zawody. Dla takich sytuacji. To naprawdę jest coś pięknego, niepowtarzalnego. Ukończyłam ¼ Ironmana w czasie 3h49min i 18 sekund ( limit wynosił 5h). Na mecie czekał medal, gratulacje, piwo, arbuz, obiad….naprawdę na wypasie. W końcu zasłużyliśmy.

mar3

Zapowiadam! To nie koniec.

Spodobało mi się i w przyszłym roku chciałabym zrobić ½….może jednak z innym rowerem…A sam triathlon zdecydowanie polecam każdemu.

Mariola ( Małgorzata) Powroźna

tri-mar