stadion śląski

WIELKI BŁĘKIT

Z całą pewnością mogę napisać, że byłam przygotowana na ten maraton. To miała być moja ,,Ostateczna rozgrywka” z Silesią, którą biegam od zawsze ( czyli od 2013 roku) i która co roku w mniejszym, a częściej w większym stopniu, daje mi popalić. Na dziesiątą edycję PKO Silesia Marathon, przypadał też mój dziesiąty start na Królewskim dystansie. Wszystko to układało się przypadkiem/nie przypadkiem w bardzo zgrabną całość. Nie złamać czwórki z obecną formą i z takim jubileuszem w tle…byłoby po prostu wstyd…ale to Silesia, to Gwiazda Śmierci wśród krajowych maratonów i 7 października 2018 roku, stoczyłam z nią bój na śmierć i życie. Ale po kolei.

Tydzień przed Silesią Benjamin Kuciński, mój trener, oświadczył mi, że przy obecnych wynikach z treningów i obecnej formie, mogę zapomnieć o łamaniu czwórki. Mam lecieć na łamanie 3.50. Bardzo mnie to ,,podniosło” i cały tydzień jak mantrę powtarzałam sobie, stać mnie na 3.50, stać mnie na 3.50 …choć cały czas gdzieś z tyłu głowy mały ludzik krzyczał ,, Ale to Silesia!, Silesia ma gdzieś czy jesteś przygotowana i na jaki czas. I tak będzie chciała cię zmiażdżyć!!!”. Dobra, dobra, w tym roku się nie dam i już. Dodawałam sobie otuchy. Stać mnie na 3.50, stać mnie na 3.50…

I tak nastał 7 października 2018 roku. Do 9:00 pozostały jakieś sekundy. Stoję w tłumie maratończyków. Jest cudownie. Atmosfery przed startem w maratonie nie da się opisać. Trzeba to przeżyć. Zamykam oczy. Chłonę ten moment przed strzałem startera, wszystkimi zmysłami. Czuję się taka…gotowa. Mimo gwaru, głośnej muzyki z głośników zamyka się dookoła mnie kokon. Ludzie znikają. Jestem tylko ja i Silesia. Moja miłość i mój Odwieczny Wróg. Z tego dziwnego letargu wyrywa mnie odliczanie od dziesięciu w dół. I jest. START

Dobra, koniec ,,bajania” jest zadanie do wykonania. Przede mną 42 km i 195 metrów. To maraton. Wszystko się może zdarzyć. Skup się. Rozglądam się za pacemakerami prowadzącymi na 3.50. Przypomnę tylko ( bo to w sumie istotne dla całej dalszej opowieści), że są to biegacze, którzy pomagają pozostałym startującym w dotarciu na metę w określonym czasie. Ładuję się tej grupce na plecy i biegnę. I od samego początku czuję, że coś jest nie tak. Żeby dobiec na metę maratonu w 3h i 50 minut, trzeba zachować średnie tempo 5.27 min/km. Powinnam sobie więc biec te 5.30 – 5.25…Trzymam się posłusznie grupy, zerkając na średnie tempo łapane po każdym kilometrze. 5.17, 5.03, 5.12, 5.12…kurde, ludzie, co jest ? Po kiego tak gnać. W sumie, nie rozmawiałam z nimi przed startem, może mieli takie założenia, żeby pierwszą połowę robić mocniej…Nie tylko ja zdziwiona patrzę na zegarek. Zerkamy na siebie, ktoś się w końcu odzywa – ,,Na pewno chcą zrobić ,,zapas” na podbieg w Siemianowicach”. To tak trochę dodaje nam otuchy. Zaraz Dolina Trzech Stawów . Tam trochę górek się zaczyna. Wpadają ,,wolniejsze” kilometry, tempo biegu się buja. Po 10 km robię błąd logistyczny. Biegnę w środku grupy…i przegapiam punkt z wodą i Izo. Tak po prostu. Jak ostatnia ofiara losu. Wybiegamy z Doliny. Przed nami ul. Gospodarcza, trasa prowadząca na Nikiszowiec. To bez wątpienia jedna z atrakcji Silesia Marathon. Doping i klimat tego niezwykłego osiedla są cudowne. Nim się tam znajdziemy, czekają nas dwa podbiegi. Zwłaszcza jeden z nich daje solidnie w kość. Robię go bardzo siłowo. 14 km pyka na zegarku 5.15, 15 km pyka na zegarku 5.17…mam dość. Czuję się kiepsko. Jest gorąco. A ja chcę zejść z trasy. Na Nikiszu, na punkcie z wodą ładuję w siebie odbezpieczony żel, łapię kubek z wodą za kubkiem z wodą. Kolejne dwa leję sobie na głowę….i podejmuję decyzję, o pożegnaniu grupy 3.50. Niech sobie biegną. Od teraz lecę sama.

Po nawodnieniu czuję się trochę lepiej, ale nogi są ciężkie. Staram się trochę uspokoić. Jeszcze połowy trasy nie ma . Żel zaczyna działać. Czuję zastrzyk energii. Robię sobie głośniej muzykę na uszach. Lista utworzona rano, przy śniadaniu ( to moja tradycja) pasuje mi idealnie. Trochę zamykam się w moim świecie. Sama ze sobą. Z moją muzyką. Z moją trasą. Z moim zadaniem. Odzyskuje siły. Zaczyna mi się dobrze biec ten maraton. Mijam połówkę. Pilnuję tempa. Wzdłuż trasy dostrzegam co jakiś czas tabliczki z motywującymi hasłami – ,,Kolka to stan umysłu”, ,, Chuck Norris nigdy nie przebiegł maratonu”…to był świetny pomysł i choć pewnie wiele tablic przegapiłam, to i tak był to wspaniały doping. Biegnie mi się przyjemnie i lekko. Nie można było tak od początku ( mówi z przekąsem ludzik w głowie?) Cicho tam! Odpowiadam mu. Biegnę dalej. Skupiona. Jest super. Do 30 km.

Od 30 km na raz dopadają mnie dwie rzeczy. Ból w lewym udzie i kolka z prawej strony. I co ku…wa jeszcze, aż się chciało zapytać. Dobra, spoko, nie panikuj. Z kolką poradziłam sobie bez problemu, wystarczyło chwilę biec z naciągniętymi mięśniami, z prawą ręką w górze, głęboko oddychając. To taki mój patent. Gdzieś to kiedyś przeczytałam i nie wiem czy to placebo, ale zawsze na mnie działa. Z udem było gorzej. Centralnie w środkowej części uda palący ból. Dobra, to z pięści go potraktuję. Przy co którymś zamachu lewej ręki uderzałam pięścią w bolące miejsce. Na moment pomagało. 32 km. Zostało 10. Mariola, 10 km to ty na śniadanie zjadasz. Powtarzam sobie. Zaczyna boleć dokładnie to samo miejsce w prawej nodze….Biegnę, ale jak ostatni paralityk. ,,I co? Myślałaś, że tak łatwo ci pójdzie z Silesią? Myślałaś, że co, że już jesteś taka mocna? Zamknij się!!! – krzyczę w głowie ciągnąc dwa bolące kloce z betonu. 33 km.

35 km. Punkt z wodą i super zorganizowany punkt dopingujący biegaczy w Siemianowicach Śląskich. Zaczynam nerwowo zerkać za siebie, czy nie biegną zające z 4.0. Nie widzę ich…ale czuję ich oddech na plecach. Zaczyna się słynny siemianowicki podbieg. Tu wystarczy biec, by wszystkich wyprzedzać. Tyle, że ja nie mogę. Ścina mnie. Ból w udach jest tak mocny, że mam łzy w oczach. Co się dzieje? W mózgu zapalają się czerwone lampki. Przechodzę do marszu…

To był moment osobistej porażki. Porażki, dlatego że staram się zawsze przebiec maraton. Maratony się biega, a nie maszeruje! Weź się w garść!!! Kuśtykając i lekko pojękując sobie z bólu truchtam. Patrzę na tempo. Jest źle. Jest bardzo źle. Ale nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Oto na 38 km dzieje się rzecz najgorsza na świecie. Mija mnie grupa z balonami na 4.0. W akcie desperacji podejmuję ich tempo. Wystarczy tylko się na nich zawiesić i pobiec z nimi do mety. To TYLKO CZTERY kilometry! Nie mogę. Nie mogę utrzymać tempa 5.40. Przechodzę do marszu.

To koniec. Myślę sobie odprowadzając wzrokiem grupę. Koniec. Przegrałam. Znów stało się to, co chwilę przed startem. Zamyka się nade mną kokon. Nic nie słyszę, nie widzę innych biegaczy, czas zwalnia. Przegrałaś. Słyszę w głowie. Kolejna nauczka. Maraton, to Królewski Dystans, a ty myślałaś, że co? Że sobie go polecisz na ,,lekko”? Że nie będzie cię nic bolało? Że tak po prostu, bez walki dostaniesz na tacy ,,Trójkę z przodu”. No właśnie, no właśnie…w życiu też jest ciężko, też nie można się poddawać. 39 km. Zostały 3. Biegnij! Walcz! Jeszcze nie wszystko stracone!

I ja zaczęłam biec. Choć bolało, choć już straciłam nadzieję. Park Śląski. Jest z górki…rozpędzam się. Zaciskam zęby. Stadion coraz bliżej. 40 km. Biegnij!!! Po drodze miga tabliczka z napisem ,,Życie zaczyna się po czterdziestce”. Jakimś cudem mój mózg to rejestruje. W tych okolicach miałam podobno ,,swoich kibiców”…ale już nikogo nie widziałam.

Patrzę na zegarek. Jest szansa! Będzie na styk, ale jest szansa, musi być teraz tylko nadświetlna! Wbiegam na Stadion Śląski, do Kotła Czarownic. To jest najpiękniejsza meta wśród maratonów, na których byłam. Wbiegasz w tunel, który prowadzi cię na przepiękną niebieską  bieżnię. Ten kolor po 42 km jest…oszałamiająco niebieski. Po prostu ,,Wielki Błękit”. Wpadam na tłum truchtających. Patrzę na zegarek. 3.59 właśnie się pojawiło. Teraz, albo nigdy! ,,Lewa wolna „!!! drę się na całe gardło. Jak ostatni burak. Ludzie, biegnijcie! Wyskakuję na zewnętrzną…i po prostu biegnę. Sprintem. Nie słyszę stadionu, nie liczy się nic. Tylko meta. Wpadam na nią, przeskakując matę pomiaru czasu ( tak, zastanawiałam się nad szczupakiem). Wyłączam zegarek…

Jest. Mam to! Złamałam 4 h. Zginam się w pół. Przez chwilę nic nie czuję. Nic nie słyszę. Jakiś człowiek łapie mnie w pasie, prostuje, pyta czy dobrze się czuję. Patrzę na niego i mówię mu tylko. ,,Złamałam cztery godziny”, ,,Złamałam cztery godziny”…i w końcu dociera do mnie, że mówię to do gościa w stroju do futbolu amerykańskiego. Łapali biegaczy na mecie. Jakie to było super…I dotarło do mnie. Dotarło do mnie, że to zrobiłam. Dostaję smsa od PKO Silesia Marathon : ,, Twój czas netto 03:59:54, 52 miejsce Open K, 31 miejsce K30, gratulujemy”. A więc oficjalnie i już zawsze, jestem maratończykiem z trójką z przodu. ,,Mariola !”, rozglądam się – to Benek z trybun krzyczy, ,,Stawaj do zdjęcia”. A ja mu – ,,Benek! Złamałam! Złamałam czwórkę!”…W tym miejscu, chcę po raz kolejny, przeogromnie podziękować Benkowi…bo to dzięki niemu. Dzięki niemu ten wynik. To on zamienił truchtacza 6.0 i Janusza triatlonu we mnie ,,teraz”. Nie miałabym z czego zwalczyć tego mega kryzysu, ani odbudować się po za mocnym początku, gdyby nie plan treningowy, gdyby nie strategia, gdybym nie była gotowa.

I właśnie…to jest ta nutka goryczy, która mimo życiówki poprawionej o 12 minut, złamanej w końcu czwórki, towarzyszy mi od wczoraj. Stać mnie na więcej. I chcę więcej. I trener zadał mi przed chwilą ,,maraton do poprawki” ;-)…

Przeogromnie dziękuję wszystkim, którzy mi kibicowali, trzymali kciuki. Dziękuje za te wszystkie gratulacje…to ogromnie dużo dla mnie znaczy. Cały maratoński weekend to było dla mnie jedno wielkie biegowe święto. A kawa i bezalkoholowe piwo pite na słońcu, na trawie pod Stadionem z grupą wspaniałych ludzi z Night Runners Śląsk…smakowały lepiej niż …niż cokolwiek innego. Nie mogę się jeszcze otrząsnąć z tych emocji…i tak naprawdę wcale nie chcę…

Ach, moja ukochana Silesio. Pogromczyni maratończyków, Gwiazdo Śmierci… to był bój na śmierć i życie. To była piękna walka. Zwyciężyłam, ale po cholernie ciężkiej bitwie. Ale czy rzeczy, które przychodzą łatwo cieszyłyby tak bardzo?

6 sekund…tak mało …tak wiele

 

Mariola Powroźna

Życiówka w maratonie 3.59.54

 

JAK PRZEBIEC PÓŁMARATON NA WARZYWACH?

Mniej więcej pod koniec maja, zdecydowałam, że w tym roku przebiegnę PKO SILESIA MARATHON na dystansie półmaratonu. Postanowiłam, że nie będzie to taki sobie spontaniczny start, ale rzetelne treningi, dzięki którym osiągnę swój zamierzony cel, czyli „złamię” 2 godziny. Na swoją trenerkę wybrałam olimpijkę i mistrzynię Polski w chodzie sportowym – Agnieszkę Dygacz. 
Agnieszka bardzo profesjonalnie podeszła do tematu. Po szeregu pytań, na które musiałam odpowiedzieć, na moją skrzynkę mailową przyszła wiadomość – dzienniczek treningowy, z rozpisanym planem na pierwszy tydzień. Od tego wszystko się zaczęło….

Wg planu treningowego, na początku biegałam 3 x w tygodniu. Oprócz tego ćwiczenia stabilizacyjne, rozciąganie, rytmy i wiele innych ćwiczeń, dzięki którym miała się poprawić moja gibkość, zwinność i szybkość. Wszystko szło pięknie do czasu kiedy truchtałam. Kiedy plan zakładał bieg ciągły zaczynały się schody. Zbyt wysokie tętno, zmęczenie, zadyszka.
– To nic! – tłumaczyłam sobie – Przecież dopiero od niedawna trenuję, nie zrobię formy w dwa tygodnie – usprawiedliwiałam swój brak efektów.
Mijały tygodnie, a ja sportowo stałam w miejscu. Oprócz mojej rosnącej frustracji, rosła także waga i pogłębiało się moje niezadowolenie z samej siebie. Włączył się tak zwany dołek i bieganie, które miało wywoływać u mnie produkcje hormonu szczęścia, fundowało mi stany depresyjne.

Z okazji długiego, sierpniowego weekendu, wraz z grupą przyjaciół wyjechaliśmy na długi weekend do Poraja. Wyjazd ten nazwaliśmy roboczo mini obozem sportowym. Postanowiliśmy bowiem, że każdy dzień wypełnimy aktywnością: bieganie, rower rolki.
Pomimo, iż kocham rower i zawsze będzie on u mnie na pierwszym miejscu, Jura Krakowsko – Częstochowska dała mi mocno w kość. Czułam się z tym nieswojo. Nawet kiedy miewałam spadek formy, rower nigdy nie stanowił dla mnie problemu. Na wypady rowerowe czy rajdy, gdzie do pokonania było 100 km, zgłaszałam się chętnie. W Poraju po pokonaniu 25 km miałam wrażenie jakbym przejechała ich 250 i z chęcią kolejne dni spędziłabym w łóżku na regeneracji.

Zmęczenie, trudności z ruszeniem się z łóżka rano, ciągłe uczucie senności i towarzyszące temu „niechcemisię”, to tylko niektóre objawy, które utrudniały mi życie. Czułam, że coś jest nie tak i pomimo, że walczyłam z dolegliwościami własnymi sposobami, miałam wrażenie, że zamiast lepiej jest gorzej.  Moje ciśnienie uparcie wskazywało 80:50. Nic tylko leżeć i płakać.
Postanowiłam pójść do lekarza – nie jednego. Na tapetę poszło kilku, oczywiście wszystkie wizyty umawiałam prywatnie, ze względu na czas oczekiwania do specjalisty, który przyjmuję w ramach NFZ. Tym sposobem wydałam około 1500 zł w 2 tygodnie. Uważam jednak, że było warto, między innymi dlatego, że do endokrynologa od momentu wykonania telefonu do wizyty mięło 10 godzin. Z NFZ wizyta miała odbyć się w 2019 roku (!!!) do tego czasu w najlepszym wypadku mogłabym ważyć 100 kg, w najgorszym….wolę nie gdybać.

Całkiem sympatyczna pani endokrynolog, wysłuchała mojej historii. Najbardziej zaciekawił ją fakt, że dokucza mi problem obrzęku na nogach (ciągle czułam jakbym miała dwie kłody ważące tonę zamiast nóg). Po wywiadzie przyszła pora na USG.
Na początku mina pani doktor niczego nie zdradzała, ale gdy padło pytanie – Czy w pani rodzinie ktoś chorował na tarczycę? wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Otóż nie wiem czy ktoś chorował. Może chorował ale o tym nie wiem, a może ten ktoś sam o tym nie wie?

Okazało się, że jak na mój młody wiek (mam 34 lata) wyhodowałam sobie całkiem sporo, całkiem sporych guzów. Nie lubię słowa guz i nawet zapewnienia pani doktor, że w 95% przypadków, takie guzy są łagodne i oprócz tego, że są, nic więcej się nie dzieje, wystarczy obserwować. Mimo wszystko pozostało 5%.
Po dłuższej rozmowie z endokrynologiem uzyskałam wiele odpowiedzi na moje pytanie, które od dawna pojawiały się w głowie, ale nigdy nie sądziłam, że odpowiada za nie tarczyca – problem z połykaniem śliny, ucisk a nawet problem z szybkim bieganiem – winę za to ponosiły moje ponad 2 centymetrowe guzki.
Dostałam skierowanie na biopsję i listę badań do zrobienia. Zaczęło się…

Mój próg bólu jest bardzo wysoki, więc nie bałam się wbijania igły, zwłaszcza, że biopsja miała być wykonana cieńszą igłą niż np. pobranie krwi, jednak sam fakt, że ktoś mi będzie wbijać igłę w szyję trochę mnie martwił.
Na skierowaniu endokrynolog zaleciła biopsję dwóch płatów tarczycy, spodziewałam się więc dwóch nakłuć. Niestety, pomyliłam się. Lekarz aż cztery razy wbijał mi igłę w szyję i pobierał materiał do badania. Samo wbicie igły nie było straszne i nic nie bolało, jednak pobieranie materiału do badania było dość nieprzyjemnym uczuciem. Na szczęście badanie odbywało się inaczej niż się spodziewałam: trzeba położyć się na kozetce i odchylić głowę do tyłu, tak by lekarz miał naszą szyję na pierwszym planie. Dzięki temu nie widzimy kiedy lekarz ma zamiar przystąpić do zabiegu i nie musimy obawiać się nagłego ataku paniki 😉
Badanie trwało około 10 min, na wyniki czekałam 3 dni i mimo, iż byłam dobrej myśli, były to najdłuższe 3 dni od czasów operacji mojego Taty.
Po otrzymaniu wyników na maila, na kolejną wizytę u endokrynologa czekałam jeden dzień. Najważniejsze usłyszane wtedy zdanie brzmiało: guzy nie są złośliwe ale musimy się im bacznie przyglądać.

Nie będę się wdawać w szczegóły, ale oprócz wizyty u endokrynologa, zaliczyłam też wizytę u dietetyka (choroby tarczycy to często nietolerancje pokarmowe) i postanowiłam, że zafunduję mojemu organizmowi oczyszczanie w postaci postu leczniczego dr Ewy Dąbrowskiej. Jedyne co mnie przed nim blokowało to półmaraton Silesia.

Długo się nad tym wszystkim zastanawiałam i postanowiłam, że zrobię i post i wystartuję w półmaratonie. Mój kompromis polegał na tym, że przestałam martwić się o czas na mecie. Najważniejsze było dla mnie ukończyć bieg w limicie.

W innym wpisie opiszę Wam na czym polega post (dzisiaj jest mój 25 dzień z 42 dni postu, potem czeka mnie jeszcze 42 dni wychodzenia z postu) teraz wkleję Wam jedynie tabelkę co jem, a czego nie mogę jeść, więc pewnie sami zrozumiecie skąd moje obawy przed startem w zawodach. Dodam, że liczba kalorii na dobę nie powinna przekraczać 800 kalorii.

Tydzień przed półmaratonem, razem z Mamą wystartowałyśmy w Biskupicach na dystansie 6 km. Biegło mi się fantastycznie, świetna pogoda i doping, uśmiech nie schodził mi z buzi. To mnie wyluzowało przed startem.

Przed PKO Silesia Marathon wystartował jeszcze Mini Silesia Marathon, na który też zdecydowałam się iść w towarzystwie Mamy i przyjaciół z naszego teamu. Nie wiem czy podjęłam słuszną decyzję, że przed półmaratonem zafundowałam sobie prawie 5cio km rozgrzewkę. Na pewno dobrze się bawiłam i po biegu zaobserwowałam ważne dla mnie reakcje organizmu na aktywność fizyczną podczas postu.

W sobotę położyłam się spać o 1:25 (byliśmy jeszcze na weselu) a w niedzielę obudziłam się o 6:30. O godzinie 7:00 zjadłam cztery pieczone jabłka z cynamonem, a do pudełka wzięłam pieczone frytki z dyni piżmowej, które zjadłam około 8:30. W butelce miałam swoją wodę z cytryną.

Bardzo się stresowałam, ciągle chciało mi się siku i byłam chyba marudna, takie przynajmniej odniosłam wrażenie, obserwując moją towarzyszkę Beti 😉 Pozdro Beti 🙂

Kilka minut przed godziną zero, nasza ekipa pod czujnym okiem Ani ze Studia Masażu Balans rozgrzała swoje ciała, a potem wszyscy usłyszeli AC/DC z głośników i było jasne, że czas się ruszyć. Miejmy to z głowy – pomyślałam 🙂

Pierwsze 5 km biegło mi się super. Nie wiem kiedy te kilometry przeleciały. Nagle przede mną pojawił się punkt z wodą, znaleźliśmy się na Dolinie Trzech Stawów, byłam z siebie zadowolona i szczęśliwa. Biegłam dalej, pełna nadziei i optymizmu.

Kolejne kilometry mijały, a ja wciąż miałam siłę i energię. W słuchawkach leciał audiobook ale kibice tak pięknie i głośno kibicowali, że szkoda było ich nie słyszeć. Biegłam sama, swoim tempem, nikt mnie nie poganiał i niczego nie narzucał, biegłam tak jak lubię najbardziej. Dla siebie. Ta myśl krążyła mi w głowie.

Mniej więcej na 12 km zaczęłam odczuwać zmęczenie. Zwolniłam, próbowałam nawet przejść do marszu by trochę odpocząć ale ten pomysł nie był dobry. Musiałam biec. Wolno ale biec. Około 12:00 zadzwoniłam do rodziców i dałam im znać, że wbiegłam do Siemianowic, poprosiłam o wodę z cytryną i cisnęłam do nich ile sił w nogach. I głowie. W centrum miasta nabrałam wiatru w żagle. Mnóstwo kibiców i znajomych, którzy dali dużego kopa. To było niesamowite i na samą myśl o tym, znowu łzy napływają mi do oczu. Kiedy znalazłam się przy rondzie z kulami wiedziałam, że najgorsze przede mną. 2 km podbiegu ze słońcem świecącym w twarz. Pocieszałam się, że zaraz spotkam rodziców. Była to ostatnia górka, do mety zostanie już tak niewiele. Uda mi się!

Tyle razy tam biegałam, chodziłam. Znam ten podbieg od 34 lat….i nienawidzę go. Miałam dość. Ja i wszyscy wokoło mnie, mało kto miał siłę by wbiegać pod tę ciągnącą się w nieskończoność górę, gdybym nie wiedziała, że zaraz ujrzę rodziców, z pewnością całą trasę pokonałabym marszem. Zdecydowałam się jednak na bieg, chciałam pokazać rodzicom, że jeszcze nie umieram i wbiegam żwawo pod taką górę 🙂

Świetnie było spotkać rodziców. Byli przejęci. Przygotowali mi wodę i jabłka 🙂 wiedzieli, że na punktach odżywczych, ze względu na post nie tknę się nawet banana. Zdecydowałam się jednak tylko na wodę. Na pożegnanie od mamy usłyszałam, że nie wyglądam na zmęczoną i na kogoś kto już ma 16 km w nogach. Cóż 🙂 może jednak mogłam biec szybciej?

Kiedy wbiegłam do Parku byłam najszczęśliwsza na świecie. Meta była tak blisko. Już nic nie mogło się stać. Biegłam z górki ile sił w nogach. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Stadionie Śląski nadchodzę.
Ostatni podbieg pod stadion już nawet tak nie bolał. Fakt, że widzę kopułę stadionu dodawał mi sił. Kiedy znalazłam się przed bramą szczęka mi opadła, a łzy napłynęły mi do oczu. Bieg po murawie był najbardziej wzruszającym uczuciem jaki mi ostatnio towarzyszyło. Miałam wrażenie, że Ci wszyscy kibice na trybunach patrzą na mnie. Nie wiedziałam czy biec, czy zatrzymać się i podziwiać widok czy włączyć telefon i nagrać to wszystko.
META!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Boże! Udało mi się. Pomimo, że miałam obawy i przygody po drodze, nie poddałam się. Osiągnęłam swój cel, chociaż nie pobiegłam w zakładanym przez siebie i Agnieszkę czasie. Nieważne. Świat się z tego powodu nie skończył. Przede mną jeszcze mnóstwo biegów. Nowe cele do zrealizowania. Najważniejsza dla mnie lekcja jaką wyciągnęłam po tym biegu jest taka, że nie należy się poddawać, załamywać i odkładać marzeń. Dopóki mam zdrowe nogi będę szła przed siebie. W jakim czasie? Nieważne. On i tak upłynie.
Przekonałam się też, że dieta wegańska nie pozbawia organizmu energii i kiedy tylko zakończę post, na pewno będę ją kontynuować, ale o tym w kolejnym wpisie.

SILESIA STREETBALL CUP VOL.3

Koszykówka znów zagości na Stadionie Śląskim w ramach turnieju Silesia Streetball Cup vol. 3, który odbędzie się w sobotę 7 czerwca na obiektach treningowych śląskiego giganta. Jak to miało miejsce w poprzednich edycjach, również teraz turniej zostanie rozegrany w kilku kategoriach. Wszelkich szczegółów dowiedzieć się można na stronie www.stadionslaski.pl

 

W razie pytań prosimy o kontakt pod adres mailowy mariusz.mendala@stadionslaski.pl lub telefonicznie (32) 603-26-03.

 

Serdecznie zapraszamy wszystkich zainteresowanych!

 stadion

STREETBALL W NOWEJ ODSŁONIE

Zawody koszykówki ulicznej na stałe zagościły na Stadionie Śląskim, ciesząc się uznaniem zawodników. 31 sierpnia odbędzie się kolejny turniej streetballowy, jednak w nieco innej scenerii. Zamiast świecącego słońca i lejącego żaru z nieba Stadion Śląski proponuje rozgrywki przy świetle księżyca (wspomaganym nieco przez oświetlenie).

„Nocny streetball na Śląskim” to turniej rozgrywany w czterech kategoriach – U18 dziewcząt, U18 chłopców, open kobiet oraz open mężczyzn, początek o 21:00. Zgłoszenia przyjmowane są do 29 sierpnia.

Wszelkie szczegóły dotyczące zgłoszenia oraz samego turnieju dostępne w Regulaminie dostępnym na stronie www.stadionslaski.pl

 

streetball

 

BE ACTIVE Z BEE ACTIVE

Na zajęcia z trenerami z BEE ACTIVE uczęszczamy regularnie od 13 maja. Pomimo, iż kondycja nam się zdecydowanie polepszyła, na każdych zajęciach używamy innych partii ciała, co powoduje, że nieustannie dowiaduję się, że mam mięśnie, o których istnieniu nie wiedziałam lub dawno temu zapomniałam. Tym razem, trener Michał Górny zafundował nam ćwiczenia na schodach. Na początku myślałam, że będzie lekko i przyjemnie ale z każdym następnym ćwiczeniem, przekonywałam się, jak bardzo się myliłam. Na wszelki wypadek nic więcej nie napiszę, bo potem to się odbija przeciwko mnie i innym uczestnikom zajęć. Po prostu – nie może być zbyt łatwo. 🙂

Kto jeszcze nie był, niech sam przyjdzie i się przekona. Następne spotkanie w poniedziałek o 18:30 pod Stadionem Śląskim! Zapraszamy w imieniu chłopaków. TUTAJ możecie zobaczyć krótki film z naszych ostatnich zajęć.

Klaudia.

DSCF8305

DSCF8310

DSCF8317

DSCF8324

DSCF8338

ĆWICZ W GRUPIE Z TRENEREM OSOBISTYM – START 13 MAJA W PARKU ŚLĄSKIM

W poniedziałek 13 maja o godz. 18:30 na terenie Parku Śląskiego ruszają zajęcia Ćwicz w Grupie z Trenerem Osobistym! Zajęcia organizowane są przez trenerów BEE ACTIVE wspólnie ze Stadionem Śląskim, a partnerami imprezy zostali Decathlon XS, Baza-Instruktorow.com, oraz MajkelDesign.com. Zajęcia będą prowadzone w nowatorskiej formule, oparte o zajęcia boot camp. Wszystkich zainteresowanych zapraszamy. Pierwsze zajęcia zawsze gratis!

Spotykamy się na parkingu przed hotelem Stadion Śląski! Na najbliższych, poniedziałkowych zajęciach będzie można spotkać mnie i Dominikę.

Więcej informacji na fanpage’u grupy BEE ACTIVE – zapraszamy wszystkich zainteresowanych.

Klaudia.

 

na bloga